Archiwa tagu: Ukraina

Czy nadal jesteśmy sojusznikami?

Kluczowym sukcesem Władimira Putina, wydaje się powolne rozbijanie Sojuszu Północnoatlantyckiego. W 25 lat po końcu Zimnej Wojny, po naiwnym stwierdzeniu, że przynajmniej w Europie „historia się skończyła” Sojusz trzeszczy w szwach, a wojna jest coraz bliżej jego wschodnich granic. Pytanie czy nadal jesteśmy sojusznikami jest coraz bardziej uprawnione w ustach Estończyków, Łotyszy, Litwinów, czy Polaków. Należy je zadać szczególnie najsilniejszemu z europejskich sojuszników – Francji. Francja zgodnie z artykułem 5 Traktatu zobowiązuje się do aktywnej obrony w wypadku ataku na kogokolwiek z nich. Ale czy wschodnie narody Sojuszu mogą w to wierzyć, jeżeli ich teoretyczny sojusznik sprzedaje na potęgę broń potencjalnemu agresorowi? Owa agresja jest coraz bardziej prawdopodobna. Przykład Ukrainy pokazuje, że nie będzie to wojna wprost. Raczej rzekomy bunt mniejszości narodowych, których w państwach bałtyckich nie brakuje. Przy uderzeniu na Polskę też znajdą się pewnie jakieś „zielone ludziki” bez dystynkcji, z wcześniejszym doświadczeniem na Krymie czy w Donbasie. Z doświadczeniem obejmującym świadomość, że choćby cały świat wiedział, że są to zawodowi żołnierze rosyjscy, w rosyjskich czołgach i z nowoczesnymi rosyjskimi rakietami, to osoby pokroju Hollanda czy Sarkozyego będą nadal bredzić o „separatystach” i „wojnie domowej”. Swoim zwyczajem będą mówić, że „pada deszcz” na kolejnych konferencjach prasowych, na których Rosjanie będą pluć im w twarz. Ostatnia konferencja w Mińsku i to co się po niej dzieje jako żywo przypomina konferencję monachijską w 1938 roku. Prezydent Hollande wykazał się ignorancją historyczną niestety dość charakterystyczną dla absolwentów postępowych europejskich szkół, w których obrazki Power Point zastępują wiedzę i myślenie. Powiedział, że „przywiózł pokój”. Zupełnie jak Chamberlain po konferencji monachijskiej. Churchill skomentował wówczas – „Mieli do wyboru wojnę lub hańbę, wybrali hańbę, a wojnę będą mieli i tak”. O honorze Hollanda szkoda nawet napomykać. Dalsza część komentarza, ta o wojnie jest prawdopodobna. Do czego prowadzi ustępowanie szaleńcowi marzącemu o imperium, pokazała historia po konferencji monachijskiej. Analogie historyczne dotyczące zdrad sojuszników drażliwe są szczególnie dla Polaków. Doświadczenie tych zdrad w XX wieku kosztowało Polskę między innymi jedną trzecią ludności i 50 lat niewoli. W 1939 roku Francuzi też byli sojusznikami. Po napaści przez Hitlera na Polskę zrzucili na Niemcy… ulotki. Jednak wtedy nie dostarczali Hitlerowi broni. Obecnie eksport broni ofensywnej trwa w najlepsze. Dzięki naciskowi zewnętrznemu i protestom samych Francuzów zawieszono chwilowo najważniejszy z kontraktów – ten na Mistrale. Ale mało kto wie, że równolegle stocznie francuskie budują dla Rosjan łodzie desantowe. Właśnie podpisano francusko-kazachski (czyli z dostępem dla Rosjan) projekt budowy podwodnych dronów. Rosyjskie czołgi niedługo zostaną wyposażone w super nowoczesne systemy zakupione we Francji. Te systemy na polu bitwy zapewnią im przewagę nad czołgami Polski czy krajów bałtyckich, o których zniszczeniu rosyjscy politycy mówią otwartym tekstem. Z francuskim sprzętem i pewnością bezruchu sojuszników niedawne deklaracje Rosjan, że „dojdą do Warszawy w jeden dzień” brzmią szczególnie złowrogo. Nie widzę, żeby w krajach zachodnich uzbrajanie Rosji w broń ofensywną powodowało obiekcje polityków – choćby takie jak kilka lat temu, kiedy Polska negocjowała amerykańską tarczę antyrakietową – broń defensywną nie zagrażającą nikomu, kto nie chce jej zaatakować. Jednocześnie Francja – główny producent broni, z której być może w niedalekiej przyszłości ktoś zabije mnie i tysiące moich rodaków stara się, jak gdyby nigdy nic, o obronny „kontrakt stulecia” w Polsce. Do zarobienia 10 miliardów euro. Przy tradycyjnym frajerstwie Polaków doprawionym umiejętnym lobbingiem i łapówkami Francja może wygrać z głównym konkurentem z Ameryki, mimo równoległego dozbrajania potencjalnego agresora. W tej sytuacji uprawnione wydaje się pytanie – czy kody źródłowe francuskiego sprzętu sprzedanego Polsce przekazane zostaną również Putinowi? Dlaczego nie? Przecież biznes jest biznes. Nikt nie chce stracić możliwości zarobku… nie mówiąc o „umieraniu za Gdańsk”…

 

Wersja francuska:

https://www.facebook.com/pawel.leski.7

Powiązany wpis:

http://pawelleski.blog.pl/2014/08/29/jestem-europejczykiem-i-jest-mi-wstyd/

 

Wersja francuska:

https://www.facebook.com/notes/pawel-leski/je-suis-europ%C3%A9en-et-jen-ai-honte/344639135714256

JESTEM EUROPEJCZYKIEM… I JEST MI WSTYD

Jeśli kiedyś będę miał wnuki i zapytają czy kiedykolwiek wstydziłem się za Europę powiem im tak:

Dawno temu, kiedy politycy całego kontynentu wypluwali codziennie miliony frazesów o demokracji, moralności, odpowiedzialności, pokoju czy solidarności pewien naród w swojej naiwności uwierzył im. Zrobił pod flagami Unii Europejskiej rewolucję. Pierwszy raz w historii pod tymi flagami od kul snajperów ginęli ludzie. Tracili życie za ideały, o których inni mówili siedząc w fotelach i robiąc interesy z bandytami odpowiedzialnymi za strzelanie.

Bandyci wstali z foteli i najechali na domy tych, którzy nie chcieli żyć pod ich władzą. Najechani oglądali się  z coraz większym niedowierzaniem na polityków robiących nadal interesy siedząc pod tą samą flagą, pod którą ci pierwsi ginęli.

Czy nie przesadzam z tym wstydem? Chyba nie. Po raz pierwszy robi mi się niedobrze, kiedy słyszę Bruksela, Berlin, Paryż… Odczuwam wstręt kiedy widzę ciebie szefowo najpotężniejszego państwa Unii, kiedy po raz setny „wyrażasz zaniepokojenie”, gdy twój wschodni przyjaciel strzela do ludzi oczekujących twojego wsparcia! Kiedy liczysz kolejne miliony zarobione na szemranych interesach nie dopuszczając do wiadomości, że interesy z mafią kończą się albo członkostwem w mafii, albo własną destrukcją! Beczenie owcy nigdy nie powstrzyma wilka! A ty beczysz na jego widok licząc, że naje się zanim dojdzie do ciebie! Beczysz razem ze stadem podobnych sobie baranów!

Takich jak ty – hipokryto z Pałacu Elizejskiego! Jakie pokłady podłości trzeba z siebie wydobyć, żeby na oczach całego świata opowiadać o tym jak to niedopuszczalna sytuacja by się zdarzyła „jeśli wejście rosyjskich wojsk na Ukrainę by się potwierdziło”? Mówisz „jeśli”, kiedy cały świat widzi regularną wojnę! To samo powiesz gdy rosyjskie bomby będą spadać na Kijów? Może na Rygę? Może Warszawę?  Czy jest jakieś świństwo, do którego nie jesteś zdolny? Czy to bardziej wynika z tchórzostwa czy braku zasad? Bo przecież nie wyłącznie z głupoty! Nie jesteś wszak takim idiotą jakiego z siebie robisz swoimi wypowiedziami! Jak po czymś takim radzisz sobie z patrzeniem w lustro?

Niedobrze się robi gdy się was widzi bando tchórzliwych miernot! Czy nie lepiej powiedzieć otwarcie – nie obchodzicie nas, gińcie sobie za ideały. My chowamy głowę w piasek. Bardziej obchodzą nas nasze interesy niż wasze nędzne poza unijne życie.

A ideały? A uczciwość wobec samego siebie? A myślenie perspektywiczne i uczenie się na błędach historii? Z myśleniem u was nie najlepiej. Z uczciwością jeszcze gorzej.  Wszak doszliście tak daleko bo umiecie kłamać bez mrugnięcia okiem. Bo umiecie zrobić interes z każdym bandytą nazywając to troską o pokój. Jak niegdyś w Monachium. Jak niedawno w Mińsku.

A że ludzie giną? Przecież jest przeludnienie. Ważne żeby giełda nie spadła…

 

POWIĄZANE WPISY:

http://pawelleski.blog.pl/2014/08/14/silni-zwarci-gotowi/

http://pawelleski.blog.pl/2014/04/28/ukrainska-wojna-o-konstytucje/

http://pawelleski.blog.pl/2014/04/02/ukraina-optymizm-miedzy-wierszami/

http://pawelleski.blog.pl/2014/03/11/ukraina-dopiero-poczatek/

 

 

SILNI, ZWARCI, GOTOWI

W tym jesteśmy dobrzy. Defilada 15 sierpnia ma przyćmić wszystkie poprzednie. Ma przestraszyć potencjalnego agresora. Ma pokazać nam wszystkim, że jesteśmy silni, zwarci, gotowi.

Jako podatnik, jako Polak mogę się czuć bezpieczny i dumny. Czy na pewno?

Ze wszystkiego co wojsko powinno robić defilady są najłatwiejsze. Są też ostatnią rzeczą jakie wojsko robić powinno. Dopiero wtedy, kiedy wiadomo, że wypełniło wszystkie inne obowiązki. Defilada to wisienka na torcie. Niestety dokładniejsza analiza może pokazać, że jest to wyłącznie wisienka – tortu nikt nie upiekł. Gdzieś w panice zaczyna się mówić o tym, że tort warto mieć, że w przyszłości kupimy rewelacyjny proszek do pieczenia, dzięki któremu będziemy mogli upiec nowoczesny tort.

Większość społeczeństwa i tak będzie patrzyć jedynie na wisienkę czyli defiladę. A przecież to większość się liczy… może nie na polu bitwy, ale przy wyborczej urnie z pewnością…

Tymczasem poza defiladą istnieje rzeczywistość. A ona jest taka, że w wojsku masowo fałszowana jest dokumentacja z ćwiczeń. Ilość oficerów przypadających na szeregowców przypomina sytuację z pamiętnej lektury „Chłopcy z Placu Broni”, gdzie tylko biedny Nemecek nie był dowódcą. Od kilku lat mamy Narodowe Siły Rezerwy… jedynie na papierze. Jednocześnie w Polsce z oddolnej inicjatywy tysiące młodych ludzi działa i szkoli się w organizacjach typu „Strzelec” czy „Legia Akademicka”. Dlaczego borykając się od lat z bezskutecznym tworzeniem NSR nie pomyślano o oparciu się na tych ludziach, którzy o niczym innym nie marzą jak o tym, żeby ktoś ich zagospodarował? Wystarczy profesjonalne szkolenie. Przydzielenie sensownych oficerów. Wpisanie w plany obronne. Co potrafią ochotnicy z wysokim morale widać na Wschodniej Ukrainie po sukcesach tamtejszej Gwardii Narodowej i półprywatnych batalionów ochotniczych. Może zagospodarowanie tych osób nie opłaca się monowskim biurokratom bo… jest mało kosztowne? Co to za interes takie coś, co jest tanie? Tego typu myślenie nie byłoby nowością. A może sensownych oficerów jest za mało bo system promuje tych zwanych BMW (bierny, mierny ale wierny) i mogłoby się okazać, że umieją mniej od młodzieży garnącej się do paramilitarnych organizacji?

Brak chęci do działania nie ogranicza się do NSR. Niedawno znajomy rezerwista – były komandos o wybitnie profesjonalnym profilu – chciał dostać się na rutynowe ćwiczenia rezerwy. „Nie przewidujemy” – usłyszał. Oficerowie, z którymi rozmawiał zasugerowali, żeby ruszył jakieś znajomości jeśli chce poćwiczyć…

W defiladowej retoryce zapominamy o wieloletnich zaniedbaniach najprostszych rzeczy – jak choćby zagospodarowanie emerytów, którzy odchodząc na wczesne emerytury mundurowe znajdują zatrudnienie na całym świecie. Czy ktoś monitoruje co robią byli komandosi, czy funkcjonariusze służb? W kraju, w którym ochrona kontrwywiadowcza jest fikcją (co pokazała afera nagraniowa) zapewne nikt nie ma pojęcia co robią i gdzie są. Mimo, że wielu z nich pewnie by chciała, żeby państwo się nimi interesowało. Nie dotyczy to wyłącznie żołnierzy. W razie konfliktu potrzebne jest zabezpieczenie zaplecza. Odciążyć nasze mikroskopijne wojsko powinna policja. Czemu do dziś nie istnieje rezerwa? Tysiące zdrowych i przeszkolonych byłych funkcjonariuszy doskonale się do tego nadaje (podobnie jak do zabezpieczeń masowych imprez, do których za niewielką opłatą nadawaliby się policyjni ochotnicy –  rezerwiści). Ale czy ktoś wie gdzie są i co robią? Czy ktoś pomyślał nad odpowiednimi zapisami w ustawie O Policji? Czy oni sami wiedzą gdzie się zgłosić w przypadku wojny? Pytania raczej retoryczne dla każdego kto zna mundurowe resorty, masy pułkowników poupychanych po dowództwach, sztabach, ministerstwach. Pułkowników od defilad i definicji. Wszystko „teoretycznie” cytując ministra.

Zaniedbania nie ograniczają się do służb mundurowych. Gazoport lada moment otworzą… Litwini, którzy zaczęli budowę znacznie później niż my. Skąd nasze opóźnienia? Czy dlatego, że gazoport był „be” bo wymyślił go sam przywódca „watahy”, którą należało „dorzynać” a nie kontynuować ich pomysły, wśród których było kilka propaństwowych? Czy dlatego, że buduje (raczej nie buduje) nasz gazoport  włoska spółka bardzo mocno powiązana z kapitałem rosyjskim (jak podaje portal Defence24.pl lada moment może zostać formalnie wykupiona przez Rosjan). Gdzie były służby, że nie zauważyły zagrożenia oczywistego dla dziennikarzy? Można wymieniać dalej – jak choćby lata fikcyjnych działań wokół łupków zniechęcających potencjalnych inwestorów brakiem uregulowań prawnych, a co za tym idzie stałą niepewnością uniemożliwiającą sensowne inwestycje.

Ale co tam łupki, czy gazoport? Co tam ćwiczenia, czy rezerwa? Będziemy mieć defiladę. Może nic się nie stanie… Może Ukraińcy się utrzymają… Może…

UKRAIŃSKA „WOJNA O KONSTYTUCJĘ”

3 maja 1791 roku tłum warszawiaków wiwatował przyjęcie ustawy zasadniczej.

 

Tłum miał w jej przyjęciu  udział niemal tak ważny jak piszący ją politycy. Bez nacisku tłumu dokumentu zapewne nie przyjęto by w tym dniu. Tłum miał dość fikcyjnego niewydolnego państwa i postawił na swoim. Potencjalni oponenci – ci nieliczni, którzy byli wówczas w stolicy – nie śmieli się odezwać.
Tłum – co nie zdarza się często – wykazał odpowiedzialność za państwo. Państwo, które de facto nie działało, choć istniało na papierze.  Które było bezbronne, choć formalnie miało armię. W którym nie działało prawo, choć formalnie istniały przepisy. Które choć teoretycznie suwerenne nie mogło decydować o sobie – kluczowe decyzje podejmował poseł sąsiedniego mocarstwa.
Konstytucja dawała szansę na zmianę. Na stabilne , reformatorskie rządy, na zbudowanie silnego państwa prawa, które samo będzie decydować o własnych losach.
Tego właśnie nie zdzierżyło sąsiednie mocarstwo. Inwazja, która potem nastąpiła przeszła do historii jako „Wojna o Konstytucję”.
Choć sąsiednie mocarstwo  w swoich  granicach gnębiło wszystkich, a zwłaszcza wszelkiego rodzaju mniejszości, formalnie interweniowało w obronie mniejszości.
Tak przedstawiano to na salonach, a zachodni dyplomaci i intelektualiści przyjmowali absurdalne tłumaczenie to z powodu naiwności, to z przekupstwa.
Właściwie nic dodać nic ująć – tylko daty zmienić i nazwiska. No i słowo „konstytucja” zastąpić jakimś zamiennikiem – bo lud na kijowskim Majdanie i walcząca obecnie o życie Ukraina  nie wprowadzili żadnego dokumentu.
 Poza tym wszystko jest podobne – tłum doprowadza do zmian, które mogą zatrzymać panujący rozkład. Rozkład na każdym kroku – martwe przepisy, ledwo przędząca armia, wszechobecna korupcja, sprawowanie rządów przez ambasadora sąsiedniego mocarstwa.
 Tak jak wtedy sąsiednie mocarstwo nie chce na to pozwolić. Też najeżdża i też rzekomo w obronie mniejszości, choć samo na własnym terytorium praktykuje do potęgi to, co zarzuca swojej ofierze.  Znowu część zachodniej opinii…
Tak. Po ponad dwustu latach Ukraińcy też mają swoją „Wojnę o Konstytucję”.
Oby z szczęśliwszym zakończeniem.

UKRAINA – OPTYMIZM MIĘDZY WIERSZAMI

Wbrew przygnębiającej atmosferze związanej z aneksją Krymu i możliwej dalszej wojnie Putina z Ukrainą gdzieś między wierszami ukrywają się również pewne optymistyczne symptomy.
Zacznijmy od tego co Putin na pewno już osiągnął, a czego z pewnością nie chciał. Udało mu się zjednoczyć jak nigdy wcześniej Ukraińców ze Wschodu i z Zachodu. Przy okazji zniechęcił do siebie ogromną rzeszę Ukraińców rosyjskojęzycznych, dotychczas raczej wolnych od rusofobii. Udało mu się również jak żadnemu z naszych polityków ugruntować proces zapoczątkowany już podczas Pomarańczowej Rewolucji – pozytywnego nastawienia Ukraińców do Polaków. Zapewne nigdy w historii nikomu się to jeszcze nie udało w takim stopniu. I zapewne jest to dokładna odwrotność tego, czego Putin sobie życzy.
Udało mu się również skompromitować do reszty swoiste „Detente” Obamy w stosunkach z Rosją. Poprzednie „Detente” z lat siedemdziesiątych mogło doprowadzić do wojny w wyniku dysproporcji sił. Na szczęście dla Europy zanim doprowadziło do wojny zostało zastąpione Doktryną Reagana. Putinowska taktyka słonia w składzie porcelany coraz bardziej „reaganizuje” Obamę. A to jest osiągnięcie.

Tyle wiadomo. Co dalej? Nawet związana brudnymi interesami i wystraszona Europa zdobyła się na gesty nieco bardziej niż symboliczne. Sankcje są ograniczone, niemniej wbrew pewnym siebie komentarzom Moskwy wraz z sankcjami amerykańskimi coraz bardziej uderzają w silnych stronników Putina, oraz w całą gospodarkę Rosji. Nagły brak możliwości używania kart kredytowych przez rzesze Rosjan, topniejąca giełda, niepewny rubel, wreszcie zablokowanie transferu technologii wojskowych przez Niemców, zagrożenie wstrzymaniem kontraktów na Mistrale przez Francuzów, a także, co być może najważniejsze, amerykańscy i brytyjscy żołnierze przybywający na ćwiczenia na terytorium Ukrainy zaczynają mieć realne znaczenie. Są to akurat żołnierze tych krajów, które w wyniku Memorandum Budapesztańskiego są w pewnym sensie odpowiedzialne za integralność Ukrainy.

Wydaje się także, że zagrywka Ukraińców z zapowiedzią wycofania się z rezygnacji z broni masowego rażenia może odnieść skutek. Jest logiczna, bo wynika z nieskuteczności gwarancji otrzymanych właśnie w zamian za likwidację arsenałów nuklearnych. To musi działać na wyobraźnię nie tylko w związku z Ukrainą. Po prostu za chwilę jakiekolwiek konwencje dotyczące takiego rodzaju broni mogą przestać mieć sens. To może przemawiać do wyobraźni panstw zachodnich.
Prawdopodobnym jest, że właśnie coraz twardsza postawa Zachodu mogła zdecydować o tym, że wojska rosyjskie jeszcze nie wkroczyły na „kontynentalną” Ukrainę a Rosjanie zapewnili Amerykanów, że nie mają takiego zamiaru. Czy rzeczywiście nie mają – wątpliwe, ale mogą się jednak bać. W tym wypadku to co wyczyniają na Krymie może mieć również sens jako testowanie limitu zachodniej wytrzymałości. Mimo naśmiewania się w Moskwie z sankcji Zachodu, myślę że związek przyczynowo skutkowy między nimi a moskiewskimi wahaniami jest możliwy. A to wskazuje na to, że sankcje nawet tak ograniczone są skuteczne. Co za tym idzie należy je niezwłocznie kontynuować wbrew sugestiom Der Tagesspiegel, że „Zachód może zażegnać obecny konflikt z Rosją o Ukrainę tylko w dialogu z prezydentem Władimirem Putinem”. Nie wiem czy rozważanie niemieckiej gazety wynikają z braku wiedzy na temat skuteczności negocjacji z bandziorami, czy są artykułem na zamówienie. Najwyraźniej bredzenia Schroedera i Verheugena na temat rosyjskich racji i ukraińskich faszystów nie brzmią wiarygodnie już nawet na Zachodzie. W tym wypadku modelowanie działań przeciwnika poprzez sugestie prasowe, że tak, należy walczyć, ale wyłącznie przez konstruktywny dialog nie sankcje wydaje się optymalne z punktu widzenia mniej lub bardziej niejawnych służb rosyjskich.
Jest spora szansa, że im się to nie uda – to też optymistyczna refleksja.

UKRAINA – DOPIERO POCZĄTEK?

Wszystko wskazuje na to, że dopiero się zacznie. Siły rosyjskie na granicy przekraczają liczebnie całe ukraińskie siły lądowe. Przed inwazją na resztę kraju Putin mówi „sprawdzam” na Krymie. Po dzisiejszych wydarzeniach jeśli nie będzie zdecydowanej odpowiedzi z Zachodu uzna, że ma zielone światło. A zdecydowanej odpowiedzi ze strony bandy zdziecinniałych tchórzy raczej się nie spodziewam. „Męstwa” współczesnego Europejczyka jest akurat na tyle, żeby porobić wygibasy na kolejnych „manifach” i „narażać się” na froncie walki o znaczenia płciowe poszczególnych słów. Rozumu też zostało mniej więcej na tyle.

Tymczasem reakcja potrzebna jest natychmiast.

Obym się mylił ale coraz bardziej wygląda na to, że Ukraina przepada. Sama bez pomocy militarnej nie ma żadnych szans. Choćby pomocy w nowoczesnym sprzęcie, jeżeli już nie klasycznej pomocy. Tego nikt nie zaryzykuje i Putin o tym wie. O stanie ukraińskiej armii też wie dużo. Z pewnością więcej niż my. Po tylu latach kontroli nad Ukrainą ilość dobrze uplasowanej agentury pozwala mu zapewne mieć informacje na bieżąco z pierwszej ręki.

No chyba, że jednak Zachód coś zrobi. Nawet nie militarnie, ale poprzez dotkliwe sankcje, nie tylko grożenie nimi.

Jeśli padnie Ukraina możemy zacząć czekać na swoją kolej. Znajdą się tacy, którzy będą postulować czekanie połączone z nic nierobieniem. Wierząc nadal w swoją gwarantowaną sojuszami nietykalność. Nie wiem czy tak skrajnie nieodpowiedzialna postawa może obecnie przeważyć nawet u nas. Chociaż na pewno Putin nie szczędzi środków, żeby poglądy tego typu pojawiały się w naszych mediach. Teraz też pewnie nie szczędzi grosza na to, co w żargonie służbowym nazywa się „środkami aktywnymi”. Ostatnie dwa dni to wysyp dziwnych wypowiedzi w prasie na temat zaistniałej sytuacji. Wszystko przebił pewien niemiecki weteran SPD, który oświadczył, że winę za całą sytuacje ponosi… przyjęcie Polski do NATO… bo Rosja czuje się zagrożona. Oczywiście gdyby nie to, Putin z ogromnym entuzjazmem pozostawiłby Ukrainę niezależną prawda?
Przypomnę, że Ukrainie również nietykalność gwarantują sojusze – częściowo z tymi samymi gwarantami co nasi. Nie chcą umierać za Kijów – nie łudźmy się, że będą chcieli za Gdańsk czy Warszawę. Jeszcze gdyby była tarcza, ważne instalacje z dużą ilością amerykańskich żołnierzy – jest szansa, że w razie napadu na nas byliby naszymi zakładnikami, że musieliby nas bronić, żeby bronić siebie. Do dzisiaj pamiętam brednie osób opowiadających, że instalacje obronne to „prowokowanie” Rosji. Zupełnie jak „prowokowanie” Hitlera przerwaną na wniosek aliantów mobilizacją w 1939 roku…

Tymczasem Nasi wpadli w panikę i nagle w ciągu tygodni przyśpieszają łupki, zmieniają plan modernizacji armii, zaczynają mówić że nie jesteśmy bezpieczni, że koncentracja wojsk przy niemieckiej granicy od czasów PRL to przeżytek, może zaczną przyśpieszać ślimaczącą się budowę gazoportu… Publicyści, którzy jeszcze niedawno każdego, kto zwracał uwagę, że kraj za jakiś czas może nie być bezpieczny uważali za paranoika, publikują artykuły o wrogu u bram. Pamiętam jak na moje utyskiwania, że mamy armię niezdolną do obrony terytorium słyszałem zadawane z politowaniem pytania: „a któżby miał nas napadać”, „po co”? Rządzący i ich zwolennicy nagle przestali zauważać przejaw paranoi w widzeniu rosyjskiej polityki jako imperialnej układanki, w której coraz bliżej nam do roli następnego puzzla.
Chwała im za zmianę myślenia. Lecz ciśnie się na usta pytanie – dlaczego dopiero teraz? Przez tyle lat żaden na to nie wpadł? Żadne służby nie działają? A może nikt ich nie słuchał?  Żadni doradcy do spraw bezpieczeństwa i spraw międzynarodowych nie doradzili, że lepiej coś robić?

To może wpadnijmy na jeszcze jeden innowacyjny pomysł – żeby oczyścić armię i administrację ze złodziei i miernot. Nawet jeśli to są miernoty i złodzieje z „naszej” opcji (gwoli sprawiedliwości – każda opcja ich miała, czasem nawet tych samych). Bo kto ma planować obronę w nowym stylu – czy ci sami urzędnicy w mundurach, którzy jeszcze niedawno chcieli zlikwidować GROM, bo raził w oczy swoją mobilnością i profesjonalizmem? Czy ci urzędnicy w mundurach, którzy siedzą nad formułkami i pokazami zamiast na poligonach? Wtajemniczeni wiedzą, że nawet wśród wyjeżdżających do Afganistanu część stanowili układowcy, którzy nigdy nie wyjeżdżali poza bazy, ani nie pełnili w nich żadnych pożytecznych funkcji, ale trzeba ich było zabrać bo chcieli zarobić i mieli wysoko postawionego wujka. Może czas zmienić również to panowie? Oraz pozbyć się tych którzy kradną przy co drugim (zgodnie ze wskazaniami NIK) państwowym przetargu? W obliczu niebezpieczeństwa to niemal tak niebezpieczne jak współpraca z nieprzyjacielem.
Lepiej późno niż wcale panowie. Jeśli naprawdę zmieniliście myślenie i praktykę to życzę wam sukcesu. Szczerze, choć nie bezinteresownie – od tego zależy również moje bezpieczeństwo.