Archiwa tagu: Talibowie

TALIBOWIE

TALIBOWIE

 

W terenowej Toyocie atmosfera była coraz gęstsza. Dwóch polskich dziennikarzy, afgański kierowca i afgański tłumacz mówili bardziej ciałem niż słowami. Pocili się mimo, że grzanie nie działało, a temperatura na zewnątrz nie przekraczała dziesięciu stopni.  Stopy drgały, palce wykonywały nerwowe ruchy to bębniąc o coś to pocierając okolice twarzy. Kierowca zacisnął palce na kierownicy i wydawał się zahipnotyzowany dziurawą, pylastą drogą. Starał się jechać jak najszybciej, jednak stan nawierzchni nieremontowanej od końca lat siedemdziesiątych, rozoranej gąsienicami czołgów, podziurawionej pociskami dział i bombami rzadko pozwalały przekroczyć czterdzieści na godzinę.

Wyprawa od początku była ryzykowna, ale dziennikarze uparli się i dobrze zapłacili. Mieli jednak wrócić przed zmierzchem do Kandaharu i zaszyć się jak wszyscy w dobrze strzeżonej bazie. Nawet w dzień i nawet w środku miasta nie byli bezpieczni. Awaria samochodu i niesolidność ochrony, która pomyliła daty i nie dotarła (czy to przypadek? – zadawali sobie pytanie), spowodowała, że utknęli na bezdrożach najniebezpieczniejszej prowincji kraju bez żadnej ochrony. Kierowcy zajęło kilka godzin naprawianie awarii i teraz udało im się dotrzeć do drogi oznaczonej na mapie szumną nazwą A75 prowadzącej od graniczącego z Pakistańskim Beludżystanem miasteczka Spin Boldak do Kandaharu. Po latach wojen z drogi niewiele jednak zostało.

– Tu nawet w dzień strach jeździć – mruknął tłumacz – kiedy wreszcie znaleźli drogę niewiele różniącą się wizualnie od otaczającej jej pustyni. Trochę bardziej podziurawiona, ale przynajmniej w całości rozminowana.

– Talibowie po zmroku często robią zapory na drodze. Z wami nie mamy szans na przeżycie. Wy też. Śpieszmy się –dodał do kierowcy w języku Paszto.

Kierowcy nie trzeba było tego mówić. Wiedział to tak samo jak tłumacz i coraz bardziej zielony na twarzy dawał z siebie wszystko.

Przejechali dłuższy prosty odcinek i dojechali do zakrętu, na niewielkim wzniesieniu, pod który uszkodzone auto podjeżdżało z trudnością. Wyjechali za zakręt i zastygli z przerażenia. Kierowca zahamował widząc wycelowane w ich stronę karabiny. Droga była zabarykadowana terenowymi samochodami. Próba zawracania nie miała szans powodzenia. Brodaci bojownicy w charakterystycznych dla Talibów obszernych czarnych turbanach dysponowali samochodami w znacznie lepszym stanie niż zdezelowana Toyota. Kierowca zgasił silnik i blady jak papier otworzył okna. Samochód natychmiast został otoczony, przez Talibów. Ich dowódca podszedł do okna od strony pasażera, gdzie siedział tłumacz. Spojrzał groźnie po pasażerach.

Dy kum grup minawale ye? – zapytał. Jego głos nie wróżył podróżnym nic dobrego.

– On pyta – powiedział drżącym głosem tłumacz – za kim
jesteście?

Nastała kłopotliwa cisza.

– Za… Cracovią… – powiedział niepewnie jeden z dziennikarzy.

– To macie szczęście – mruknął dowódca łamaną polszczyzną.

Rzucił bojownikom rozkazy i opuścili broń. Potem znowu zwrócił się do tłumacza w języku pasztuńskim.

– Pan dowódca mówi – powiedział tłumacz znacznie pewniejszym głosem – że da nam eskortę do granic miasta. Twierdzi, że nie jesteśmy tu bezpieczni. Podobno część oddziałów w tej okolicy to kibice Wisły.