Archiwa tagu: Kongo

Słoń a sprawa kongijska

Kiedy wyjeżdżałem z parku Virunga przeszedł mi drogę słoń. Pomyślałem: zawsze lepiej słoń niż czarny kot. Ale co może oznaczać słoń? Chyba dobrą wróżbę, bo może znaczyć że sytuacja w Virundze rzeczywiście się poprawia. Czyli nie strzelają do wszystkiego co się rusza, zwłaszcza jeśli ma, przedstawiające wymierną czarnorynkową wartość, kły. Wtedy rzeczywiście wydawało się, że idzie ku lepszemu – teraz znowu park ogarnęła wojna.
Nie miałem czasu na zwiedzanie, ale samo rozglądanie się „przy okazji” może zachwycić. Kiedy jadąc na północ od Gomy minie się rozpadające się, nędzne miejscowości, przejedzie ostatnie większe miasto Rutshuru i jego targowe przedmieście Kiwanja, zaczyna się to, czego nie zeszpecił człowiek – afrykańska przyroda.
Droga nie prowadzi przez las. Widać go w tle, podobnie jak sporych rozmiarów góry. Dookoła rozciągają się łąki z niewielkimi skupiskami drzew i sporą ilością małp. Nad parkiem króluje osada Rwindi z resztkami wybudowanego z rozmachem, ale w dobrym guście hotelu – zrujnowanego jak wszystko. Wybite szyby, zdemolowane wnętrza. Park Narodowy Virunga od dawna nie widuje turystów. Mniej więcej od początku wojny czyli od polowy lat dziewięćdziesiątych. Gdyby nie wojna, mógłby zarabiać miliony. Zarabiać mogliby również okoliczni mieszkańcy. Ale przez te wszystkie lata w parku grasowali pospolici bandyci, rebelianci, żołnierze. Oprócz tego, że strzelali do siebie nawzajem, wybijali zwierzęta i wycinali drzewa. W należącym do parku jeziorze Edwarda część gatunków ryb jest już nie do odratowania – wyłowiono wszystkie, łącznie z młodymi, co uniemożliwia reprodukcję gatunku. Przez jezioro łatwo przemycać kłusowniczy urobek do leżącej na jego wschodnim brzegu Ugandy . W drugą stronę broń. Nad jeziorem w czasie mojej wizyty stacjonowało co prawda zgrupowanie marynarki wojennej, ale nie miało ani jednej łodzi. Zresztą właśnie żołnierze należą do największych niszczycieli parku.
Jedyną profesjonalną siłą państwową w regioniebyli strażnicy parku. Trudno się dziwić – pensje płaciła Unia Europejska. Europejscy żołnierze, lub byli żołnierze prowadzili rekrutacje i szkolenia. Ponieważ wojsko pensji zazwyczaj nie dostaje, to jakie jest każdy widzi. Ale kiedy wojsko wycofano z parku na obrzeża i na obszar parku mogli wchodzić jedynie w mieszanych patrolach ze strażnikami zwierzęta odetchnęły z ulgą, a życie fauny i flory powoli zaczęło wracać do normy, aż do momentu pojawienia się nowego rozdziału wojny. Drogę mógł przejść słoń.

Kiedy późnym popołudniem wróciłem do Gomy, przeciął mi drogę prezydent Kabila. Słoń wzbudził we mnie znacznie pozytywniejsze uczucia niż prezydent. Nie tylko dlatego, że nie jechał na sygnale otoczony  ochroniarzami. Również dlatego, że słoń nie jest niczemu winien. Natomiast w przypadku prezydenta zastanawiałem się, co myśli patrząc przez szybę samochodu. Czy widzi związek przyczynowo skutkowy pomiędzy swoją polityką a panującą wokół nędzą? Czy zadaje sobie pytanie dlaczego w potencjalnie jednym z najbogatszych miast świata większość osób nie ma prądu i wody? Dzieci nie chodzą do szkoły, bo nauczyciele od lat nie dostają pensji, więc na pensje muszą się składać rodzice, a wielu na to nie stać? Większość osób nie ma dostępu do podstawowej opieki medycznej? I dlaczego w mieście przez które przechodzą tony minerałów Północnego Kivu, więc z samych opłat powinno przypominać Dubaj, jest niewiele asfaltowych jezdni, a w tak zwanym centrum nocne oświetlenie ogranicza się często do płonących na ulicach ognisk, w których miejscowa ludność pali śmieci, nie wywożone przez nieistniejące służby miejskie?
A może prezydent w ogóle się nad tym nie zastanawia. Może myśli akurat o swojej prywatnej rezydencji na Lazurowym Wybrzeżu? A może oblicza kiedy odleci comiesięczny samolot z gotówką przesyłaną z Kivu do Kinszasy jako prezydencka działka? Może w ogóle nie myśli bo ma władzę, więc po co ma myśleć?
Jakiś czas później natknąłem się na kolejny konwój. Otoczony przez wychudzonych policjantów z… RPG na ramionach. Wyglądało to dość komicznie, bo ewentualny atak mógł nastąpić albo z motocykla albo pieszo, natomiast możliwość ataku przy użyciu czołgu była zerowa. Ale może konwojowany po prostu lubi mieć w otoczeniu broń przeciwpancerną.
Sądząc po rejestracji konwojowanym był gubernator Północnego Kivu. Żeby było zabawniej przechodnie przyłączali się do konwoju i wiwatowali. Zastanawiałem się czy to opłaceni klakierzy, czy jest to po prostu jedna z nielicznych rozrywek i dlatego wiwatują.
W 2009 roku, zgodnie z ustaleniami parlamentarnej komisji śledczej gubernator ukradł z kasy prowincji 50 milionów dolarów. Wtedy nawet prezydent się zdenerwował. Gubernator został wezwany do Kinszasy. Po poważnej rozmowie w cztery oczy pozostał na stanowisku, a ustalenia komisji utajniono.
Ile z 50 milionów dostał prezydent, a ile komisja można obstawiać, ale nie wiadomo. Paluku nadal jest gubernatorem . W końcu to świetny fachowiec – 50 milionów w rok to wynik przynoszący zaszczyt. Drzewiecki i spółka „kręcąca lody” zgodnie z przedwyborczymi obietnicami jednej z posłanek, mogliby przyjechać na szkolenie.
Co do komisji śledczych i skutków ich pracy oraz co do zasłaniania prawdy o przekrętach tajemnicą państwową… hm… tu moglibyśmy się wymienić doświadczeniami.
I jeszcze jedna refleksja. A propos słonia. Słonie to zwierzęta niezwykle inteligentne. Ich inteligencja sięga wręcz abstrakcyjnych pojęć takich jak indywidualna odpowiedzialność. Świadomość często przypisywana jedynie morrisowskiej „nagiej małpie”. Oglądałem kiedyś film pokazujący „śledztwo” przeprowadzane przez słonicę, której młode zostało poturbowane przez słonicę z innego stada i poskarżyło się mamie. Poważnie zdenerwowana mama nie rzuciła się na kogokolwiek z rzeczonego stada. Wąchając „miejsce przestępstwa” i kolejno poszczególne słonie doszła do „sprawcy”. Nie interesowała jej odpowiedzialność zbiorowa. I trudno się oprzeć refleksji, że czasem to elephas maximus powinien tresować homo sapiens.

MAGICZNA WODA PRZECIW KULOM

Demokratyczna Republika Konga.Trwająca od kilkunastu lat wojna, spowodowała  masowe powstawanie tzw. mayi-mayi. Pierwotnie miała to być lokalna samoobrona, którą „Mzee Kabila” (straszy Kabila- były prezydent, ojciec obecnego) uzbrajał w celu zwalczania rwandyjskiej inwazji podczas drugiej wojny kongijskiej. Z samoobrony zostało niewiele – przerodziła się szybko w kolejne grupy rozbójnicze. W dodatku chronione przez czary.

Czary w tutejszym regionie są dość powszechne.  Nie dotyczy to wyłącznie Konga. W wielu krajach regionu porywane i zabijane są dzieci, które urodziły się jako albinosy (osoby z brakiem czarnego pigmentu w skórze). Wiele osób wierzy, że części ich ciała mają specjalne właściwości i robią z nich amulety.
Jednak podobnie jak u nas w dawnych czasach, ofiarami ludowych oskarżeń o czary padają też niewinne osoby i kończą podobnie jak ich poprzednicy w średniowieczu. Bo przecież chorobę w rodzinie łatwiej wytłumaczyć rzuconym przez sąsiadkę urokiem niż niechęcią do mycia rąk.
Wiele informacji na temat szamanów można wyszukać czytając lokalną prasę. Na przykład w Ugandzie, gdzie władze państwowe wspólnie z Kościołami walczą z czarami. Nie chodzi o średniowieczne oskarżanie niewinnych ludzi o czary, lecz o znachorów zagrażających życiu swoich pacjentów i ludzi składających ofiary z dzieci w ramach praktyk czarowniczych. W jednej z ugandyjskich gazet znalazłem opis aresztowania dziadków, którzy właśnie zabili w ten sposób swoją wnuczkę. Nasuwa się refleksja – czy wszystkie osoby sądzone w dawnej Europie za tego typu praktyki rzeczywiście były niewinne? Pewnie część z nich nie. Choć pewnie większość takW tym samym dniu dowiaduje się, że w Ugandzie przeprowadzono kolejną operację na otwartym sercu. Sukces ? Niewątpliwie. Kontrast informacji szokujący.
Termin „mayi-mayi” pochodzi z Tanzanii, gdzie dawno temu powstała tego typu grupa, mająca za zadanie walczyć z Niemcami. Ale w Tanzanii to już historia. W ostatnich latach jest to specjalność kongijska. Termin pochodzi od „maji” czyli wody w języku Swahili. Wodą  polewa się, czy też pije, ale wcześniej poddawana jest ona specjalnym  zabiegom. Wiążą się one często ze specjalnym tańcem, podczas którego wpada się w rodzaj transu. Zabiegi te mają bardzo praktyczny użytek, a mianowicie powodują, że bojowników nie imają się kule. Zmieniają się w wodę, czy zmieniają tor lotu. Niektórzy potrafią nawet „połknąć spadającą bombę”. Pewien mężczyzna przekonywał mnie, że mayi-mayi nie imają się nawet wystrzelone rakiety. Niektórzy giną, „ale to nie są prawdziwi mayi-mayi”.
Bojownicy mayi-mayi nie boją się w czasie walki i szturmują
miejsca gdzie nikt inny by się nie odważył. Co więcej system czasem działa,
ponieważ w konfrontacji z mayi-mayi (których łatwo rozpoznać po liściach
przyczepionych do ubrania), żołnierze często uciekają bez walki, zostawiając broń. Postępowanie logiczne, bo tylko głupiec strzelałby do kogoś, kogo i tak nie da się zastrzelić.
Nieco inaczej do kwestii mayi-mayi podchodzili żołnierze rwandyjscy, którzy podobno niezbyt przejmowali się czarami i po prostu strzelali do mayi-mayi. Co najdziwniejsze skutecznie.
Ale rozmówcy zawsze wyjaśnią, że ci, którzy polegli albo udawali mayi-mayi, albo zrobili coś, co od rytuału do momentu śmierci zniwelowało działanie czarów. Proste? Chyba…

W Kongu ruch mayi-mayi rozpoczął się już z początkiem niepodległości. Rebelianci mayi-mayi SIMBA (lwy) uzbrojeni jedynie w maczety w rekordowym tempie opanowywali kolejne połacie kraju, z których w panice uciekało nieźle uzbrojone rządowe wojsko. Na zajętych terenach masakrowali osoby pochodzenia europejskiego i miejscowych „zdrajców” czyli np. nauczycieli, czy w ogóle tych, którzy umieli czytać i pisać. Niektóre ofiary zjadano. Młode państwo zmuszone było poprosić o pomoc Belgów, którzy magicznie szybko rozbili magiczny ruch i zaprowadzili pokój.
Z jakichś przyczyn woda odgrywa wyjątkową rolę w zabiegach magicznych.
Z jednym z bojowników mayi-mayi uciąłem sobie kiedyś dłuższą pogawędkę , która wprowadziła mnie w szczegóły walki bez ryzyka śmierci czy nawet zranienia.
Specjalni lekarze przygotowują lekarstwa przeciw kulom. Zgodnie z zaleceniami nowoczesnej medycyny stawia się tu na profilaktykę, nie leczenie – lekarstwa przyjmuje się przed walką. Można je spożyć, można przyjąć w formie mikro tatuażu.
Jednak samo lekarstwo nie wystarczy. Jego działanie obwarowane jest warunkami, których złamanie powoduje, że lekarstwo przestaje działać. Wiele z nich związanych jest z wodą. Nie wolno więc pluć do wody, czy użyć jej jako ubikacji, nie można pić wody zmieszanej z deszczówką. Nie można też jeść nic ugotowanego w wodzie deszczowej.
Jedzenia dotyczy więcej warunków. Nie można jeść w domu, w którym nastąpił poród i nie można jeść nic surowego. Kiedy się je wspólnie z innymi, nie można przyciągać do siebie talerza.
Są też warunki związane z przedmiotami czy roślinami. Nie wolno przekroczyć moździerza spożywczego ani na nim usiąść. Nie można też nadepnąć na łodygę manioku.
Ponadto w czasie ataku nie można mieć przy sobie nic wartościowego, zwłaszcza pieniędzy. Nie wolno się położyć na ziemi, bo wtedy przyciąga się kule przeciwnika. Do ataku trzeba iść wyprostowanym i wtedy nic nie grozi.
Złamanie warunku nie skutkuje utratą mocy czarów, jeśli się o danym warunku nie wiedziało, albo złamało się go niechcąco.
Zapytałem dlaczego nie eksportuje się tych lekarstw do Europy czy do USA? Przecież tamtejsze armie zapłaciłyby za nie więcej niż za jakiekolwiek minerały. Niestety sprzedane za pieniądze lekarstwa nie działają. Można je kupić wyłącznie za wodę czy kozę.
Tak więc, mała uwaga dla radców handlowych polskich ambasad – nie szukajcie pieniędzy. Zbierajcie zapasy Kryniczanki, a ja załatwię barter. I mamy reformę MON-u z głowy. Nawet tarcza rakietowa nie będzie nam potrzebna bo ewentualne rakiety  połkniemy. Może warto spróbować. W końcu ONZ już zatrudniło w Nowym Jorku „rzeczniczkę” do kontaktów z UFO, gdyby się akurat pojawiło..
Z drugiej strony może warto zbadać jak się mają gusła w Polsce. Z dzieciństwa pamiętam jak  padły mi króliki i pewna gospodyni spytana o radę, całkiem poważnie zdiagnozowała śmierć od uroku spowodowanego zawistnym spojrzeniem. Inna Polka, z początkiem lat siedemdziesiątych opowiadała o dość niesamowitych zabiegach, mających chronić dziecko, na które ktoś „źle spojrzał”. A pewna lekarka, nieco wcześniej, zdesperowana niestosowaniem się lokalnej ludności do przepisanych recept wpadła na pomysł, żeby nie tylko podawać lekarstwo w określonych godzinach, ale również pamiętać o wiązaniu na przegubie wstążeczki w określonym kolorze. Wstążeczka działała. Bo „przy okazji” pacjenci stosowali przepisane lekarstwa, zadowoleni, że wreszcie trafiła się lekarka, naprawdę znająca się na rzeczy. Żeby nie było wątpliwości miało to miejsce w Polsce, bodaj w latach sześćdziesiątych.

ROZMOWY MIĘDZYKULTUROWE

Komunikacja międzykulturowa płatała figle od zawsze. Graniczna rzeka pomiędzy Ugandą a Kongo nosi melodyjną nazwę „Semliki”. Dawno temu, kiedy belgijscy kartografowie zbierali po kraju nazwy geograficzne, jeden z nich pojawił się nad wspomnianą rzeką. Miejscowy rybak z ludu Nande właśnie łowił ryby. Jak się nazywa ta rzeka? – spytał po francusku kartograf wskazując na wodę. Rybak nie zrozumiał słów, ale z gestu wywnioskował, że przybysz pyta, czy w łowisku są ryby. Przestraszył się najwidoczniej, że Belg może mu odebrać łowisko i przezornie odparł „Semliki” – co w języku Kinande oznacza „Nie ma nic”. A! „Semliki” ucieszył się kartograf i zapisał nazwę, która do dzisiaj widnieje na mapach. Kto nie wierzy, niech sprawdzi.

Rozmowy między ludźmi, bywają szokujące we wszystkich czasach. Pewna Kongijka zobaczywszy maskę na drzwiach domku mojego kolegi zapytała co ta maska oznacza? Zaczęła dopytywać czy to prawda, co mówią o białych i o maskach. O ile wiedziałem, że maski w Afryce mają różne znaczenia i zastosowania, o tyle jakieś specjalne związki Wazunngu (białych) z maskami wzbudziły moje zdumienie.

– Podobno umiecie zmusić maski do mówienia… Ci co sprzedają maski mówili, że biali dlatego je kupują, iż potrafią je nauczyć mówić i one im wskazują gdzie są minerały w dżungli.

Zacząłem tłumaczyć, że maski mają funkcję dekoracyjną. Jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że dla części moich rozmówców wydawanie pieniędzy na maskę po to, żeby ładnie wyglądała jest znacznie większym absurdem niż kupienie jej po to, żeby powiedziała gdzie jest złoto.
Jedna z rozmów, z obsługą kawiarni w Kongo wyglądała mniej więcej tak:
– Ile masz dzieci? Ile masz lat?
– Nie mam dzieci. I nie jestem żonaty.Wiem, że to szokujące tutaj, ale w Europie nie.
– Niemożliwe!
– Możliwe. Kraje się różnią. Tu są inne zwyczaje, tam inne. Mój dziadek miał prawie sześćdziesiątkę, gdy urodziło się pierwsze dziecko.
– Niemożliwe. Ja mam 27 lat i mam 4 dzieci
– Ale u nas prawie nikt nie ma więcej niż 2 dzieci. Zazwyczaj jedno.
– Jak można tak żyć?
To jest dla nas szokujące – wyjaśniła później jego koleżanka z pracy.
– A mnie też szokują niektóre rzeczy – powiedziałem, doszedłszy do wniosku, że również mam prawo wyrażać zdziwienie – Na przykład, że kobiety  zatrzymują się, żeby mnie przepuścić. U nas tylko ostatni cham nie przepuszcza kobiety, to jest odruch. Nie nadmieniłem, że tych „ostatnich chamów” jest niestety u nas coraz więcej. I nie wyobrażam sobie, aby u nas kobieta szła obładowana jak wielbłąd, a mężczyzna kroczył obok niczego nie niosąc. Wszyscy oglądaliby się za nim.
Potwierdziła.
– U nas rzeczywiście kobieta jest nikim. Facet przychodzi codziennie do domu pijany i ją bije.
Uczciwość zmusiła mnie do pewnego sprostowania, nazbyt sielankowej wizji mojego kraju.
– U nas też tak bywa. Tylko nie uważamy, że to jest normalne, lecz patologiczne i można iść za to do więzienia. Więc życie u nas ma chyba też pozytywne strony?

– Ale tam w Europie jest ciężkie życie . Siostra była i mówiła, że wszystko jest drogie.
Tu omal nie padłem. No bo jeśli w Europie jest ciężkie życie w porównaniu z krajem, gdzie większość osób nie ma prądu i wody, a zwykłe pranie jest czasochłonną operacją przeprowadzaną często w pobliskim jeziorze… Że nie wspomnę o takich drobiazgach jak dostęp do lekarza czy emerytury…
Temat małżeństwa powraca czasem w najmniej oczekiwanych okolicznościach. Przejeżdżałem koło budynku, który jak mi wyjaśniono zajmowała organizacja zrzeszająca lokalnych Pigmejów. Zapytałem znajomego czym się różnią oprócz tego, że można ich rozpoznać po bardzo niskim wzroście. Odpowiedział, że ci ludzie nie chcą mieszkać w miastach i wolą tradycyjne życie w lesie. Rozróżnienie jednak nie pasowało do Pigmejów zrzeszonych w swoim związku w dużym mieście. Językowo też się nie różnią – mówią takim językiem, jaki akurat jest używany w okolicy ich zamieszkania. Rozmówca wreszcie wymyślił różnicę.
- To są ludzie, którzy nie płacą rodzinie panny młodej za żonę.
Ucieszyłem się, że znalazłem swoich – to tak jak u nas…

Skoro o Pigmejach mowa – to lud fascynujący swoją tajemniczością. Nazywani czasem leśnymi ludźmi do perfekcji doprowadzili bezszelestne poruszanie się po dżungli. Kazimierz Nowak w swoich relacjach z podróży rowerem po Afryce  w  latach trzydziestych, opisuje wizytę w osadzie Pigmejów w dżungli, w której mieszkał europejski misjonarz. Misjonarz wyjaśnił mu, że już od tygodnia wiedział, że zbliża się biały na rowerze i na niego czekał. Podróżnik był pod permanentną obserwacją kompletnie nie zdając sobie z tego sprawy, natomiast misjonarz dostawał codziennie raporty na jego temat.

Pigmeje, jedna z najstarszych w sensie antropologicznym ludność Afryki, to prawdziwi autochtoni. Nigdy się nie zasymilowali – wypierani prze ludność Bantu z jednych terenów przenosili się na inne. Teraz część z nich mieszka w miastach czy wsiach, zazwyczaj jako najbardziej zdegradowana część społeczeństwa.

Zawsze chciałem spotkać prawdziwego Pigmeja. Udało mi się. Nosił elegancki garnitur. Był menadżerem dobrze funkcjonującego lokalu…

W Kongo Pigmeje  byli ofiarami prześladowań. W lasach Ekwatoru urządzano na nich polowania i jedzono – uważano że nie są ludźmi. Robili to „bojownicy” niejakiego Jean-Pierre Bemby.  Ów gentleman obecnie siedzi w luksusowym areszcie Międzynarodowego Trybunału Karnego w Hadze oskarżony o zbrodnie wojenne. Może nawet kiedyś zostanie skazany. Zanim jednak trafił do Hagi kandydował na prezydenta Kongo. Kiedy w ramach kampanii wyborczej zawitał do Bukavu – stolicy Południowego Kivu – na wiecu w pierwszych rzędach usadowili się miejscowi Pigmeje. Kiedy pojawił się na trybunie zaczęli skandować „zjedzcie nas, zjedzcie nas !”. To był koniec wiecu.

Przy takich okazjach nachodzą człowieka refleksje na temat rasizmu. Wydaje się, że jest on tak samo naturalną tendencją ludzi jak np. skłonność do chorób („naturalne” nie zawsze oznacza „pozytywne”).

Powyższy przykład jest przejawem skrajnym, polegającym nie tylko na uznaniu innej rasy czy grupy etnicznej za niższą, lecz na zaprzeczeniu jej człowieczeństwu. Podobnie jak naziści uważający Słowian za podludzi, a Żydów i Cyganów za „szczury” czy „wszy” (Tutsi w Ruandzie w 94 roku to „karaluchy”). Dzięki temu germańscy nadludzie mogli słowiańskich, semickich czy cygańskich podludzi nie tylko zabijać ale np. robić z ich skóry abażury do lamp. Taka dygresja na wypadek jakby ktoś chciał wierzyć, że do prymitywnej zbrodni  na poziomie kanibalizmu zdolni są jedynie Afrykanie…

Ale wracając do rozmów. Załatwiając w Kongo jakąś sprawę  rozmawiałem z mężczyzną o nieco zbyt miękkich ruchach. Zaproponował kawę, więc na wszelki wypadek spytałem czy jest żonaty. Przytaknął i dodał, że ma dzieci. Na chwilę opuściły mnie podejrzenia, ale kiedy zaczął dopytywać się, czy homoseksualizm w Polsce jest legalny przestałem mieć wątpliwości.

Wytłumaczyłem, że jest legalny, bo to jest sprawa prywatna każdej osoby, zaznaczając jednocześnie, że ja akurat do tej opcji nie należę.

Mężczyzna westchnął, że w Europie to fajnie z tą wolnością, bo u nich to jest przestępstwo.

I właściwie nic dziwnego w całej rozmowie – ot facet sprawdza czy przypadkiem cudzoziemiec nie podziela jego upodobań. Robi to dyplomatycznie i dostaje równie dyplomatyczną, choć jasną odpowiedź.

Nasuwają się jednak refleksje. Refleksje nie tyle dotyczące tego, co mówi rozmówca, tylko na temat swoich własnych odczuć. Bo dominującym odczuciem było autentyczne współczucie. Cierpi on, prawdopodobnie jego żona,  może również dzieci. Uzmysłowiłem sobie, że nastawienie do problemu zmienia się w zależności od kraju, w którym  człowiek sięznajduje. Europa ze swoją polityczną poprawnością – każąca akceptować pod presją wykluczenia, czy wręcz zamknięcia w więzieniu  pochody roznegliżowanych pajaców z różnych parad, czy zakazująca na porodówkach używać słów „mama” i „tata” żeby nie urażać par „gejowskich” (Wielka Brytania) powoduje,  że osoba która nigdy nie była wrogo nastawiona do tzw. mniejszości seksualnych zaczyna odczuwać niechęć. Odczuwać, nie znaczy przejawiać. Pewnie zwykły odruch u osób czujących zagrożenie, widząc próby zmiany istniejącego porządku na coś w rodzaju huxleyowskiego Nowego Wspaniałego Świata. Zapewne niesłusznie, bo ponoć tak zwani „aktywiści gejowscy”, to jedynie nieliczny odsetek homoseksualistów i obarczanie wszystkich odpowiedzialnością za wygłupy, czy agresje owej mniejszości w mniejszości nie powinno mieć miejsca. Podobnie jak feministyczne ekstremistki nie powinny kształtować opinii o kobietach, a dajmy na to przekupni policjanci o wszystkich policjantach, czy kibole miejscowej drużyny o mieszkańcach miasta lubiących piłkę nożną. Ale w końcu mówimy o odczuciach, które rzadko bywają racjonalne.

W krajach takich jak Kongo patrzy się na to z innej perspektywy i widzi się nie agresywnego seksualnego rewolucjonistę, czy kolejnego dziennikarza – po raz setny zanudzającego „coming-outem”  jakiegoś celebryty – tylko człowieka, którego mogą zamknąć w więzieniu. Tylko dlatego, że ma albo lekko zmienioną genetykę, albo zaburzenie identyfikacji płciowej na etapie rozwoju. Nie widzi się politycznie poprawnego terrorysty, który będzie mnie próbował zlinczować za wcześniejsze zdanie, tropiąc w iście bolszewickim stylu każde słowo niezgodne z doktryną, lecz zaszczutego człowieka.

Czy jest jakiś kraj, w którym jest po prostu normalnie? Gdzie tolerancja i brak agresji, poprostu istnieje i nie przekształca się sama w agresywną ideologię?

Może niektóre kraje Azji – już rozwinięte, a jeszcze nie powariowane.