Archiwa tagu: czary

MAGICZNA WODA PRZECIW KULOM

Demokratyczna Republika Konga.Trwająca od kilkunastu lat wojna, spowodowała  masowe powstawanie tzw. mayi-mayi. Pierwotnie miała to być lokalna samoobrona, którą „Mzee Kabila” (straszy Kabila- były prezydent, ojciec obecnego) uzbrajał w celu zwalczania rwandyjskiej inwazji podczas drugiej wojny kongijskiej. Z samoobrony zostało niewiele – przerodziła się szybko w kolejne grupy rozbójnicze. W dodatku chronione przez czary.

Czary w tutejszym regionie są dość powszechne.  Nie dotyczy to wyłącznie Konga. W wielu krajach regionu porywane i zabijane są dzieci, które urodziły się jako albinosy (osoby z brakiem czarnego pigmentu w skórze). Wiele osób wierzy, że części ich ciała mają specjalne właściwości i robią z nich amulety.
Jednak podobnie jak u nas w dawnych czasach, ofiarami ludowych oskarżeń o czary padają też niewinne osoby i kończą podobnie jak ich poprzednicy w średniowieczu. Bo przecież chorobę w rodzinie łatwiej wytłumaczyć rzuconym przez sąsiadkę urokiem niż niechęcią do mycia rąk.
Wiele informacji na temat szamanów można wyszukać czytając lokalną prasę. Na przykład w Ugandzie, gdzie władze państwowe wspólnie z Kościołami walczą z czarami. Nie chodzi o średniowieczne oskarżanie niewinnych ludzi o czary, lecz o znachorów zagrażających życiu swoich pacjentów i ludzi składających ofiary z dzieci w ramach praktyk czarowniczych. W jednej z ugandyjskich gazet znalazłem opis aresztowania dziadków, którzy właśnie zabili w ten sposób swoją wnuczkę. Nasuwa się refleksja – czy wszystkie osoby sądzone w dawnej Europie za tego typu praktyki rzeczywiście były niewinne? Pewnie część z nich nie. Choć pewnie większość takW tym samym dniu dowiaduje się, że w Ugandzie przeprowadzono kolejną operację na otwartym sercu. Sukces ? Niewątpliwie. Kontrast informacji szokujący.
Termin „mayi-mayi” pochodzi z Tanzanii, gdzie dawno temu powstała tego typu grupa, mająca za zadanie walczyć z Niemcami. Ale w Tanzanii to już historia. W ostatnich latach jest to specjalność kongijska. Termin pochodzi od „maji” czyli wody w języku Swahili. Wodą  polewa się, czy też pije, ale wcześniej poddawana jest ona specjalnym  zabiegom. Wiążą się one często ze specjalnym tańcem, podczas którego wpada się w rodzaj transu. Zabiegi te mają bardzo praktyczny użytek, a mianowicie powodują, że bojowników nie imają się kule. Zmieniają się w wodę, czy zmieniają tor lotu. Niektórzy potrafią nawet „połknąć spadającą bombę”. Pewien mężczyzna przekonywał mnie, że mayi-mayi nie imają się nawet wystrzelone rakiety. Niektórzy giną, „ale to nie są prawdziwi mayi-mayi”.
Bojownicy mayi-mayi nie boją się w czasie walki i szturmują
miejsca gdzie nikt inny by się nie odważył. Co więcej system czasem działa,
ponieważ w konfrontacji z mayi-mayi (których łatwo rozpoznać po liściach
przyczepionych do ubrania), żołnierze często uciekają bez walki, zostawiając broń. Postępowanie logiczne, bo tylko głupiec strzelałby do kogoś, kogo i tak nie da się zastrzelić.
Nieco inaczej do kwestii mayi-mayi podchodzili żołnierze rwandyjscy, którzy podobno niezbyt przejmowali się czarami i po prostu strzelali do mayi-mayi. Co najdziwniejsze skutecznie.
Ale rozmówcy zawsze wyjaśnią, że ci, którzy polegli albo udawali mayi-mayi, albo zrobili coś, co od rytuału do momentu śmierci zniwelowało działanie czarów. Proste? Chyba…

W Kongu ruch mayi-mayi rozpoczął się już z początkiem niepodległości. Rebelianci mayi-mayi SIMBA (lwy) uzbrojeni jedynie w maczety w rekordowym tempie opanowywali kolejne połacie kraju, z których w panice uciekało nieźle uzbrojone rządowe wojsko. Na zajętych terenach masakrowali osoby pochodzenia europejskiego i miejscowych „zdrajców” czyli np. nauczycieli, czy w ogóle tych, którzy umieli czytać i pisać. Niektóre ofiary zjadano. Młode państwo zmuszone było poprosić o pomoc Belgów, którzy magicznie szybko rozbili magiczny ruch i zaprowadzili pokój.
Z jakichś przyczyn woda odgrywa wyjątkową rolę w zabiegach magicznych.
Z jednym z bojowników mayi-mayi uciąłem sobie kiedyś dłuższą pogawędkę , która wprowadziła mnie w szczegóły walki bez ryzyka śmierci czy nawet zranienia.
Specjalni lekarze przygotowują lekarstwa przeciw kulom. Zgodnie z zaleceniami nowoczesnej medycyny stawia się tu na profilaktykę, nie leczenie – lekarstwa przyjmuje się przed walką. Można je spożyć, można przyjąć w formie mikro tatuażu.
Jednak samo lekarstwo nie wystarczy. Jego działanie obwarowane jest warunkami, których złamanie powoduje, że lekarstwo przestaje działać. Wiele z nich związanych jest z wodą. Nie wolno więc pluć do wody, czy użyć jej jako ubikacji, nie można pić wody zmieszanej z deszczówką. Nie można też jeść nic ugotowanego w wodzie deszczowej.
Jedzenia dotyczy więcej warunków. Nie można jeść w domu, w którym nastąpił poród i nie można jeść nic surowego. Kiedy się je wspólnie z innymi, nie można przyciągać do siebie talerza.
Są też warunki związane z przedmiotami czy roślinami. Nie wolno przekroczyć moździerza spożywczego ani na nim usiąść. Nie można też nadepnąć na łodygę manioku.
Ponadto w czasie ataku nie można mieć przy sobie nic wartościowego, zwłaszcza pieniędzy. Nie wolno się położyć na ziemi, bo wtedy przyciąga się kule przeciwnika. Do ataku trzeba iść wyprostowanym i wtedy nic nie grozi.
Złamanie warunku nie skutkuje utratą mocy czarów, jeśli się o danym warunku nie wiedziało, albo złamało się go niechcąco.
Zapytałem dlaczego nie eksportuje się tych lekarstw do Europy czy do USA? Przecież tamtejsze armie zapłaciłyby za nie więcej niż za jakiekolwiek minerały. Niestety sprzedane za pieniądze lekarstwa nie działają. Można je kupić wyłącznie za wodę czy kozę.
Tak więc, mała uwaga dla radców handlowych polskich ambasad – nie szukajcie pieniędzy. Zbierajcie zapasy Kryniczanki, a ja załatwię barter. I mamy reformę MON-u z głowy. Nawet tarcza rakietowa nie będzie nam potrzebna bo ewentualne rakiety  połkniemy. Może warto spróbować. W końcu ONZ już zatrudniło w Nowym Jorku „rzeczniczkę” do kontaktów z UFO, gdyby się akurat pojawiło..
Z drugiej strony może warto zbadać jak się mają gusła w Polsce. Z dzieciństwa pamiętam jak  padły mi króliki i pewna gospodyni spytana o radę, całkiem poważnie zdiagnozowała śmierć od uroku spowodowanego zawistnym spojrzeniem. Inna Polka, z początkiem lat siedemdziesiątych opowiadała o dość niesamowitych zabiegach, mających chronić dziecko, na które ktoś „źle spojrzał”. A pewna lekarka, nieco wcześniej, zdesperowana niestosowaniem się lokalnej ludności do przepisanych recept wpadła na pomysł, żeby nie tylko podawać lekarstwo w określonych godzinach, ale również pamiętać o wiązaniu na przegubie wstążeczki w określonym kolorze. Wstążeczka działała. Bo „przy okazji” pacjenci stosowali przepisane lekarstwa, zadowoleni, że wreszcie trafiła się lekarka, naprawdę znająca się na rzeczy. Żeby nie było wątpliwości miało to miejsce w Polsce, bodaj w latach sześćdziesiątych.