Archiwa tagu: AFryka

ROZMOWY MIĘDZYKULTUROWE

Komunikacja międzykulturowa płatała figle od zawsze. Graniczna rzeka pomiędzy Ugandą a Kongo nosi melodyjną nazwę „Semliki”. Dawno temu, kiedy belgijscy kartografowie zbierali po kraju nazwy geograficzne, jeden z nich pojawił się nad wspomnianą rzeką. Miejscowy rybak z ludu Nande właśnie łowił ryby. Jak się nazywa ta rzeka? – spytał po francusku kartograf wskazując na wodę. Rybak nie zrozumiał słów, ale z gestu wywnioskował, że przybysz pyta, czy w łowisku są ryby. Przestraszył się najwidoczniej, że Belg może mu odebrać łowisko i przezornie odparł „Semliki” – co w języku Kinande oznacza „Nie ma nic”. A! „Semliki” ucieszył się kartograf i zapisał nazwę, która do dzisiaj widnieje na mapach. Kto nie wierzy, niech sprawdzi.

Rozmowy między ludźmi, bywają szokujące we wszystkich czasach. Pewna Kongijka zobaczywszy maskę na drzwiach domku mojego kolegi zapytała co ta maska oznacza? Zaczęła dopytywać czy to prawda, co mówią o białych i o maskach. O ile wiedziałem, że maski w Afryce mają różne znaczenia i zastosowania, o tyle jakieś specjalne związki Wazunngu (białych) z maskami wzbudziły moje zdumienie.

– Podobno umiecie zmusić maski do mówienia… Ci co sprzedają maski mówili, że biali dlatego je kupują, iż potrafią je nauczyć mówić i one im wskazują gdzie są minerały w dżungli.

Zacząłem tłumaczyć, że maski mają funkcję dekoracyjną. Jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że dla części moich rozmówców wydawanie pieniędzy na maskę po to, żeby ładnie wyglądała jest znacznie większym absurdem niż kupienie jej po to, żeby powiedziała gdzie jest złoto.
Jedna z rozmów, z obsługą kawiarni w Kongo wyglądała mniej więcej tak:
– Ile masz dzieci? Ile masz lat?
– Nie mam dzieci. I nie jestem żonaty.Wiem, że to szokujące tutaj, ale w Europie nie.
– Niemożliwe!
– Możliwe. Kraje się różnią. Tu są inne zwyczaje, tam inne. Mój dziadek miał prawie sześćdziesiątkę, gdy urodziło się pierwsze dziecko.
– Niemożliwe. Ja mam 27 lat i mam 4 dzieci
– Ale u nas prawie nikt nie ma więcej niż 2 dzieci. Zazwyczaj jedno.
– Jak można tak żyć?
To jest dla nas szokujące – wyjaśniła później jego koleżanka z pracy.
– A mnie też szokują niektóre rzeczy – powiedziałem, doszedłszy do wniosku, że również mam prawo wyrażać zdziwienie – Na przykład, że kobiety  zatrzymują się, żeby mnie przepuścić. U nas tylko ostatni cham nie przepuszcza kobiety, to jest odruch. Nie nadmieniłem, że tych „ostatnich chamów” jest niestety u nas coraz więcej. I nie wyobrażam sobie, aby u nas kobieta szła obładowana jak wielbłąd, a mężczyzna kroczył obok niczego nie niosąc. Wszyscy oglądaliby się za nim.
Potwierdziła.
– U nas rzeczywiście kobieta jest nikim. Facet przychodzi codziennie do domu pijany i ją bije.
Uczciwość zmusiła mnie do pewnego sprostowania, nazbyt sielankowej wizji mojego kraju.
– U nas też tak bywa. Tylko nie uważamy, że to jest normalne, lecz patologiczne i można iść za to do więzienia. Więc życie u nas ma chyba też pozytywne strony?

– Ale tam w Europie jest ciężkie życie . Siostra była i mówiła, że wszystko jest drogie.
Tu omal nie padłem. No bo jeśli w Europie jest ciężkie życie w porównaniu z krajem, gdzie większość osób nie ma prądu i wody, a zwykłe pranie jest czasochłonną operacją przeprowadzaną często w pobliskim jeziorze… Że nie wspomnę o takich drobiazgach jak dostęp do lekarza czy emerytury…
Temat małżeństwa powraca czasem w najmniej oczekiwanych okolicznościach. Przejeżdżałem koło budynku, który jak mi wyjaśniono zajmowała organizacja zrzeszająca lokalnych Pigmejów. Zapytałem znajomego czym się różnią oprócz tego, że można ich rozpoznać po bardzo niskim wzroście. Odpowiedział, że ci ludzie nie chcą mieszkać w miastach i wolą tradycyjne życie w lesie. Rozróżnienie jednak nie pasowało do Pigmejów zrzeszonych w swoim związku w dużym mieście. Językowo też się nie różnią – mówią takim językiem, jaki akurat jest używany w okolicy ich zamieszkania. Rozmówca wreszcie wymyślił różnicę.
- To są ludzie, którzy nie płacą rodzinie panny młodej za żonę.
Ucieszyłem się, że znalazłem swoich – to tak jak u nas…

Skoro o Pigmejach mowa – to lud fascynujący swoją tajemniczością. Nazywani czasem leśnymi ludźmi do perfekcji doprowadzili bezszelestne poruszanie się po dżungli. Kazimierz Nowak w swoich relacjach z podróży rowerem po Afryce  w  latach trzydziestych, opisuje wizytę w osadzie Pigmejów w dżungli, w której mieszkał europejski misjonarz. Misjonarz wyjaśnił mu, że już od tygodnia wiedział, że zbliża się biały na rowerze i na niego czekał. Podróżnik był pod permanentną obserwacją kompletnie nie zdając sobie z tego sprawy, natomiast misjonarz dostawał codziennie raporty na jego temat.

Pigmeje, jedna z najstarszych w sensie antropologicznym ludność Afryki, to prawdziwi autochtoni. Nigdy się nie zasymilowali – wypierani prze ludność Bantu z jednych terenów przenosili się na inne. Teraz część z nich mieszka w miastach czy wsiach, zazwyczaj jako najbardziej zdegradowana część społeczeństwa.

Zawsze chciałem spotkać prawdziwego Pigmeja. Udało mi się. Nosił elegancki garnitur. Był menadżerem dobrze funkcjonującego lokalu…

W Kongo Pigmeje  byli ofiarami prześladowań. W lasach Ekwatoru urządzano na nich polowania i jedzono – uważano że nie są ludźmi. Robili to „bojownicy” niejakiego Jean-Pierre Bemby.  Ów gentleman obecnie siedzi w luksusowym areszcie Międzynarodowego Trybunału Karnego w Hadze oskarżony o zbrodnie wojenne. Może nawet kiedyś zostanie skazany. Zanim jednak trafił do Hagi kandydował na prezydenta Kongo. Kiedy w ramach kampanii wyborczej zawitał do Bukavu – stolicy Południowego Kivu – na wiecu w pierwszych rzędach usadowili się miejscowi Pigmeje. Kiedy pojawił się na trybunie zaczęli skandować „zjedzcie nas, zjedzcie nas !”. To był koniec wiecu.

Przy takich okazjach nachodzą człowieka refleksje na temat rasizmu. Wydaje się, że jest on tak samo naturalną tendencją ludzi jak np. skłonność do chorób („naturalne” nie zawsze oznacza „pozytywne”).

Powyższy przykład jest przejawem skrajnym, polegającym nie tylko na uznaniu innej rasy czy grupy etnicznej za niższą, lecz na zaprzeczeniu jej człowieczeństwu. Podobnie jak naziści uważający Słowian za podludzi, a Żydów i Cyganów za „szczury” czy „wszy” (Tutsi w Ruandzie w 94 roku to „karaluchy”). Dzięki temu germańscy nadludzie mogli słowiańskich, semickich czy cygańskich podludzi nie tylko zabijać ale np. robić z ich skóry abażury do lamp. Taka dygresja na wypadek jakby ktoś chciał wierzyć, że do prymitywnej zbrodni  na poziomie kanibalizmu zdolni są jedynie Afrykanie…

Ale wracając do rozmów. Załatwiając w Kongo jakąś sprawę  rozmawiałem z mężczyzną o nieco zbyt miękkich ruchach. Zaproponował kawę, więc na wszelki wypadek spytałem czy jest żonaty. Przytaknął i dodał, że ma dzieci. Na chwilę opuściły mnie podejrzenia, ale kiedy zaczął dopytywać się, czy homoseksualizm w Polsce jest legalny przestałem mieć wątpliwości.

Wytłumaczyłem, że jest legalny, bo to jest sprawa prywatna każdej osoby, zaznaczając jednocześnie, że ja akurat do tej opcji nie należę.

Mężczyzna westchnął, że w Europie to fajnie z tą wolnością, bo u nich to jest przestępstwo.

I właściwie nic dziwnego w całej rozmowie – ot facet sprawdza czy przypadkiem cudzoziemiec nie podziela jego upodobań. Robi to dyplomatycznie i dostaje równie dyplomatyczną, choć jasną odpowiedź.

Nasuwają się jednak refleksje. Refleksje nie tyle dotyczące tego, co mówi rozmówca, tylko na temat swoich własnych odczuć. Bo dominującym odczuciem było autentyczne współczucie. Cierpi on, prawdopodobnie jego żona,  może również dzieci. Uzmysłowiłem sobie, że nastawienie do problemu zmienia się w zależności od kraju, w którym  człowiek sięznajduje. Europa ze swoją polityczną poprawnością – każąca akceptować pod presją wykluczenia, czy wręcz zamknięcia w więzieniu  pochody roznegliżowanych pajaców z różnych parad, czy zakazująca na porodówkach używać słów „mama” i „tata” żeby nie urażać par „gejowskich” (Wielka Brytania) powoduje,  że osoba która nigdy nie była wrogo nastawiona do tzw. mniejszości seksualnych zaczyna odczuwać niechęć. Odczuwać, nie znaczy przejawiać. Pewnie zwykły odruch u osób czujących zagrożenie, widząc próby zmiany istniejącego porządku na coś w rodzaju huxleyowskiego Nowego Wspaniałego Świata. Zapewne niesłusznie, bo ponoć tak zwani „aktywiści gejowscy”, to jedynie nieliczny odsetek homoseksualistów i obarczanie wszystkich odpowiedzialnością za wygłupy, czy agresje owej mniejszości w mniejszości nie powinno mieć miejsca. Podobnie jak feministyczne ekstremistki nie powinny kształtować opinii o kobietach, a dajmy na to przekupni policjanci o wszystkich policjantach, czy kibole miejscowej drużyny o mieszkańcach miasta lubiących piłkę nożną. Ale w końcu mówimy o odczuciach, które rzadko bywają racjonalne.

W krajach takich jak Kongo patrzy się na to z innej perspektywy i widzi się nie agresywnego seksualnego rewolucjonistę, czy kolejnego dziennikarza – po raz setny zanudzającego „coming-outem”  jakiegoś celebryty – tylko człowieka, którego mogą zamknąć w więzieniu. Tylko dlatego, że ma albo lekko zmienioną genetykę, albo zaburzenie identyfikacji płciowej na etapie rozwoju. Nie widzi się politycznie poprawnego terrorysty, który będzie mnie próbował zlinczować za wcześniejsze zdanie, tropiąc w iście bolszewickim stylu każde słowo niezgodne z doktryną, lecz zaszczutego człowieka.

Czy jest jakiś kraj, w którym jest po prostu normalnie? Gdzie tolerancja i brak agresji, poprostu istnieje i nie przekształca się sama w agresywną ideologię?

Może niektóre kraje Azji – już rozwinięte, a jeszcze nie powariowane.

PYTANIA DO RADIA EREWAŃ

Popularne w dawnych czasach kawały o pytaniach do radia Erewań najlepiej ilustrują poziom serwowania wiadomości w Polsce. Droga redakcjo – pyta słuchacz – Czy to prawda, że w Moskwie na Placu Czerwonym rozdają samochody za darmo? Tak to prawda TYLKO nie w Moskwie, a w Leningradzie, nie na Placu Czerwonym, a na Newskim Prospekcie, nie samochody, a rowery i nie rozdają, a kradną.
W ten sposób Nesweek, a za nim ideologiczni współwyznawcy zbudowali historię biskupa Hosera.
Czy to prawda, że jako nuncjusz apostolski w Rwandzie milczał podczas ludobójstwa, w którym uczestniczył Kościół? Tak to prawda TYLKO: nigdy nie był nuncjuszem, w czasie rwandyjskiego ludobójstwa był w Europie, Kościół w czasie ludobójstwa w niczym nie uczestniczył – część kleru uczestniczyła, część ratowała, część była zabijana.
Czy to prawda, że biskup Hoser nie zna się na medycynie i praktykował tylko 6 miesięcy? Tak, to prawda TYLKO jest po studiach medycznych i nie praktykował miesiącami lecz latami.
Czy to prawda, że biskup krytykował dzieci poczęte in vitro jako niepełnowartościowe? Tak, to prawda TYLKO nie dzieci a procedurę medyczną i nie przeciwko dzieciom a w trosce o ich zdrowie.
Pytania do Radia Erewań, przemianowanego chwilowo na Newsweek i parę innych poczytnych tytułów można mnożyć. Mnogość redakcji rodem z radia Erewań pomaga w nagonce, bo jak mawiał klasyk gatunku kłamstwo wielokrotnie powtarzane staje się prawdą.
Nie wiem jak naprawdę wyglądała słynna rozmowa pomiędzy księdzem Lemańskim i biskupem Hoserem. Co z tego wynika,nie wiem kto tu mniej lub bardziej winny konfliktowi. Wiem, że nie wie tego również żadna z tak zaangażowanych w konflikt redakcji. Ani Nasz Dziennik z Niezależną.pl ani Newsweek z Wyborczą. Mam nadzieję, że wyjaśni się to wcześniej niż później. Wiem, że w Kościele obowiązuje podległość służbowa jak w wojsku i jeśli ktoś ma zakaz wypowiadania się, to przez pewien czas milczy. Tak jak zrobił to swego czasu ksiądz Issakowicz-Zaleski, choć decyzja biskupa była skrajnie niesprawiedliwa i moim zdaniem sprzeczna z dobrem Kościoła. Ale ksiądz Zaleski jako politycznie niepoprawny nie był broniony przez oświeconą prasę – przeciwnie dorabiano mu gębę na prawo i lewo (choć może raczej gębę na prawo, ale dorabiano z lewa).
Dlatego nie bardzo wierzę w troskę o Kościół autorów nagonki na biskupa. Panie i Panowie – nie lepiej powiedzieć wprost (Wprost?): nienawidzimy biskupa i reprezentowanej przez niego instytucji więc dokopiemy mu choćby wymyślając brednie o Rwandzie i niekompetencji medycznej? Lekarz z długoletnią praktyką wie mimo wszystko o biologii i możliwych powikłaniach różnych procedur medycznych więcej niż profesor etyki. Nawet jeśli on nosi sutannę, a ona reprezentuje środowiska „postępowe”. Ale co tam biologia, liczy się ideologia. A kto nie z nami tego na gilotynę. W końcu jesteśmy oświeceni, więc wzory jakobińskie są nam bliskie.
Przykład argumentu „rwandyjskiego” jest szczególnie symptomatyczny, bo wpisuje się w nurt narracji zapoczątkowany książką Wojciecha Tochmana „Dzisiaj narysujemy śmierć”. Książki, która pokazuje jak człowiek inteligentny, dysponujący mistrzowskim piórem, lecz minimalną wiedzą merytoryczną uzupełnianą fantazją i uprzedzeniami potrafi dorobić gębę. Też księżom i też Pallotynom. Tym samym Pallotynom, u których mieszkał w Kigali przez ten krótki okres, w którym bawił w Rwandzie zbierając materiały i stając się „ekspertem” od ludobójstwa. Co ciekawe zamieszczony w Tygodniku Powszechnym krytyczny komentarz ekspertki prowadzącej badania terenowe pod nadzorem rwandyjskiej Narodowej Komisji Do Walki Z Ludobójstwem (CNLG) , spowodował nagonkę Wyborczej i na Tygodnik i na ekspertkę. Nagonkę porównywalną w stylu z obecną nagonką na biskupa. Choć światopogląd ekspertki różni się znacznie od światopoglądu biskupa, widoczne jest podobieństwo nagonki.
Może właśnie dlatego odruchowo czuje do niego sympatię.
A jak jest naprawdę w konflikcie ksiądz – biskup? Tego nie wiem. I nie próbuje tego przykrywać manipulacjami. Nie jestem z Radia Erewań…