EWA KOPACZ JAK BOLESŁAW CHROBRY

Rząd postanowił powrócić do źródeł. Do początkowych sukcesów państwa.

Zaczęto od modelu zarządzania. W czasach pierwszych Piastów nie było stałego geograficznego ośrodka władzy i książę był cały czas w podróży. Objeżdżał swoje włości i wszystkiego sam doglądał w każdym zakątku księstwa. W ten sposób utrzymywał jedność kraju i kontakt z poddanymi. Ani książę, ani poddani nie jeździli co prawda pociągami, za którymi podążają puste limuzyny i samoloty, lecz końmi, z mniej nowoczesnym orszakiem. Ale to detal – też drogo kosztowało.

Powrót Polski do praźródeł uwidocznił się w pełnej krasie podczas wyjazdowego posiedzenia całego dworu, przepraszam – rządu, na Śląsku. Oferta inwestycyjna, oraz rządowe priorytety, parytety i parapety dotyczące województwa łódzkiego ogłoszone zostały przez księżną w samej Łodzi. Z Warszawy głosu by nie doniosło, o rozstawnych koniach nikt nie pomyślał. No i jak tu  inaczej Łódź czy Katowice powiadomić o tym, co ich dotyczy?

Ta tendencja widoczna była już za panowania księcia Donalda. Ów jeździł głównie po rozlicznych katastrofach i powodziach. Oczywiście nie po to, żeby odciągać od swoich zadań policję i przeszkadzać ratownikom przedkładając nad życie i zdrowie ratowanych własną popularność. On, jak to kiedyś wyjaśnił, musiał przekonać się na miejscu jaka jest sytuacja. Z czego wynika, że nie miał – podobnie jak pierwsi Piastowie – żadnych nowoczesnych służb umożliwiających orientowanie się w tym co się w państwie dzieje. Dobrze, że nigdy nic nie wydarzyło się w dwóch miejscach jednocześnie.

Raz nawet raczył książę Donald sam wziąć łopatę i umacniać wały przeciwpowodziowe. Z tego wynika, że również on wzorował się na czasach przedjagiellońskich. Wszak już Jagiełło dowodził bitwą pod Grunwaldem z pobliskiego pagórka, co umożliwiało mu kontrolowanie wszystkich działań. Nie pchał się z mieczem do szeregów. Ale może Jagiełło miał na dworze lepszych doradców od zarządzania, a gorszych od „piaru. No i nie dysponował telewizją.

Wszystko to jedynie powrót do Polski piastowskiej, a nie wyciąganie kolejnych pieniędzy z budżetu na kampanię wyborczą, którą winno się finansować z funduszy partyjnych.

Nie mam żadnych wątpliwości.

Czy nadal jesteśmy sojusznikami?

Kluczowym sukcesem Władimira Putina, wydaje się powolne rozbijanie Sojuszu Północnoatlantyckiego. W 25 lat po końcu Zimnej Wojny, po naiwnym stwierdzeniu, że przynajmniej w Europie „historia się skończyła” Sojusz trzeszczy w szwach, a wojna jest coraz bliżej jego wschodnich granic. Pytanie czy nadal jesteśmy sojusznikami jest coraz bardziej uprawnione w ustach Estończyków, Łotyszy, Litwinów, czy Polaków. Należy je zadać szczególnie najsilniejszemu z europejskich sojuszników – Francji. Francja zgodnie z artykułem 5 Traktatu zobowiązuje się do aktywnej obrony w wypadku ataku na kogokolwiek z nich. Ale czy wschodnie narody Sojuszu mogą w to wierzyć, jeżeli ich teoretyczny sojusznik sprzedaje na potęgę broń potencjalnemu agresorowi? Owa agresja jest coraz bardziej prawdopodobna. Przykład Ukrainy pokazuje, że nie będzie to wojna wprost. Raczej rzekomy bunt mniejszości narodowych, których w państwach bałtyckich nie brakuje. Przy uderzeniu na Polskę też znajdą się pewnie jakieś „zielone ludziki” bez dystynkcji, z wcześniejszym doświadczeniem na Krymie czy w Donbasie. Z doświadczeniem obejmującym świadomość, że choćby cały świat wiedział, że są to zawodowi żołnierze rosyjscy, w rosyjskich czołgach i z nowoczesnymi rosyjskimi rakietami, to osoby pokroju Hollanda czy Sarkozyego będą nadal bredzić o „separatystach” i „wojnie domowej”. Swoim zwyczajem będą mówić, że „pada deszcz” na kolejnych konferencjach prasowych, na których Rosjanie będą pluć im w twarz. Ostatnia konferencja w Mińsku i to co się po niej dzieje jako żywo przypomina konferencję monachijską w 1938 roku. Prezydent Hollande wykazał się ignorancją historyczną niestety dość charakterystyczną dla absolwentów postępowych europejskich szkół, w których obrazki Power Point zastępują wiedzę i myślenie. Powiedział, że „przywiózł pokój”. Zupełnie jak Chamberlain po konferencji monachijskiej. Churchill skomentował wówczas – „Mieli do wyboru wojnę lub hańbę, wybrali hańbę, a wojnę będą mieli i tak”. O honorze Hollanda szkoda nawet napomykać. Dalsza część komentarza, ta o wojnie jest prawdopodobna. Do czego prowadzi ustępowanie szaleńcowi marzącemu o imperium, pokazała historia po konferencji monachijskiej. Analogie historyczne dotyczące zdrad sojuszników drażliwe są szczególnie dla Polaków. Doświadczenie tych zdrad w XX wieku kosztowało Polskę między innymi jedną trzecią ludności i 50 lat niewoli. W 1939 roku Francuzi też byli sojusznikami. Po napaści przez Hitlera na Polskę zrzucili na Niemcy… ulotki. Jednak wtedy nie dostarczali Hitlerowi broni. Obecnie eksport broni ofensywnej trwa w najlepsze. Dzięki naciskowi zewnętrznemu i protestom samych Francuzów zawieszono chwilowo najważniejszy z kontraktów – ten na Mistrale. Ale mało kto wie, że równolegle stocznie francuskie budują dla Rosjan łodzie desantowe. Właśnie podpisano francusko-kazachski (czyli z dostępem dla Rosjan) projekt budowy podwodnych dronów. Rosyjskie czołgi niedługo zostaną wyposażone w super nowoczesne systemy zakupione we Francji. Te systemy na polu bitwy zapewnią im przewagę nad czołgami Polski czy krajów bałtyckich, o których zniszczeniu rosyjscy politycy mówią otwartym tekstem. Z francuskim sprzętem i pewnością bezruchu sojuszników niedawne deklaracje Rosjan, że „dojdą do Warszawy w jeden dzień” brzmią szczególnie złowrogo. Nie widzę, żeby w krajach zachodnich uzbrajanie Rosji w broń ofensywną powodowało obiekcje polityków – choćby takie jak kilka lat temu, kiedy Polska negocjowała amerykańską tarczę antyrakietową – broń defensywną nie zagrażającą nikomu, kto nie chce jej zaatakować. Jednocześnie Francja – główny producent broni, z której być może w niedalekiej przyszłości ktoś zabije mnie i tysiące moich rodaków stara się, jak gdyby nigdy nic, o obronny „kontrakt stulecia” w Polsce. Do zarobienia 10 miliardów euro. Przy tradycyjnym frajerstwie Polaków doprawionym umiejętnym lobbingiem i łapówkami Francja może wygrać z głównym konkurentem z Ameryki, mimo równoległego dozbrajania potencjalnego agresora. W tej sytuacji uprawnione wydaje się pytanie – czy kody źródłowe francuskiego sprzętu sprzedanego Polsce przekazane zostaną również Putinowi? Dlaczego nie? Przecież biznes jest biznes. Nikt nie chce stracić możliwości zarobku… nie mówiąc o „umieraniu za Gdańsk”…

 

Wersja francuska:

https://www.facebook.com/pawel.leski.7

Powiązany wpis:

http://pawelleski.blog.pl/2014/08/29/jestem-europejczykiem-i-jest-mi-wstyd/

 

Wersja francuska:

https://www.facebook.com/notes/pawel-leski/je-suis-europ%C3%A9en-et-jen-ai-honte/344639135714256

EMPIK? NIE, DZIĘKUJĘ

EMPIK ? NIE DZIĘKUJĘ.

Święta kojarzą się zwykle z emocjami pozytywnymi. Ale różnie bywa. Od jakiegoś czasu politycznie poprawna Europa ze świętami walczy, chociaż wybiórczo. Niepoprawna jest szopka, czy jasełka – stanowią „religijną opresję”. Niepoprawna coraz częściej może być nawet choinka! Natomiast czas wolny od pracy jest już całkowicie poprawny i nawet warto by go wydłużyć. Byle nie nazywać tego świętami, a wolne dni spędzić pijąc w knajpach, albo kupując tysiące nikomu niepotrzebnych przedmiotów w supermarketach. Wtedy jest poprawnie.

W Polsce, która nowinki i mody przyjmuje z pewną powściągliwością, owo szaleństwo na szczęście jeszcze nie króluje. Święta to święta, również dla zdecydowanej części osób niewierzących, czy dla osób wyznań innych niż chrześcijańskie. Dla tych osób jest to rodzinna, ważna tradycja, której chrześcijański rodowód nie ulega wątpliwości, ani nie przeszkadza. Czy dlatego, że generalnie u nas zwykle wszystko jest mniej ekstremalne, więc wychylenia ideologicznego wahadła są mniejsze (mniejsza opresja kobiet w historii – mniejszy femnistyczny ekstremizm obecnie, mniejsza opresja innowierców w historii – mniejsza skłonność do jakobinizbu). A może po prostu Polacy jeszcze nie oczadzieli od nadmiaru dobrobytu i mają prawdziwe problemy – nie muszą  wynajdywać sobie sztucznych?

Brzmi optymistycznie – ale nie do końca. Bo diagnoza dotyczy przytłaczającej większości, ale niekoniecznie najgłośniejszej. Głośna mniejszość to choćby ta, której główną motywacją do działań jest zaistnienie. A nic łatwiej nie pomaga w zaistnieniu jak zaszokowanie. W Polsce póki co jeszcze łatwiej zaszokować, choć za każdym razem musi to być bardziej szokujące, żeby zostało zauważone. „Szokerów” za wszelką cenę może nie ma dużo, ale za to mogą liczyć na wpływowych dziennikarzy – albo pożytecznych naiwnych, albo ideologicznych ekstremistów, albo zwyczajne hieny, dla których ważna jest wyłącznie „klikalność” idąca za wszystkim co szokuje. Zapewne z tego ostatniego powodu mogą również liczyć na wsparcie specjalistów od reklamy.

Ponieważ mania szokowania powoduje, że jest ono coraz trudniejsze, od pewnego czasu na tapetę idą święta. Rok temu zaistniała pani Bratkowska oświadczając, że właśnie w wigilię podda się aborcji. To niby taka odwaga miała być, czy prowokacja. Ów żenujący spektakl oczywiście zachwycił kilka wpływowych osób i spowodował „klikalność” przekładającą się na kasę.

Może ów „sukces” spektaklu głupoty i okrucieństwa podziałał na wyobraźnię marketingowców Empiku w tym roku. Świątecznymi twarzami Empiku zrobili „Nergala” i Marię Czubaszek. „Nergal” zaistniał poprzez teksty nawołujące do palenia kościołów i darciu Biblii na koncertach. To otworzyło mu drogę do kariery. Maria Czubaszek powróciła do sławy deklarując, że jej największym osiągnięciem były dwie skrobanki. Przyznała też, że dzieci nienawidzi i sama ich obecność działa jej mocno na nerwy. O ile „Nergal” robi wrażenie cwanego, bezwzględnego lisa, robiącego kasę za wszelką cenę, o tyle pani Czubaszek wzbudza bardziej litość niż grozę. Skomplikowane konstrukcje myślowe i strach przed dziećmi wygląda bardziej na paniczne zabijanie poczucia winy, czy tłumionych instynktów macierzyńskich niż bezwzględność. Ale nie o tym mowa – zostawmy to psychoterapeutom.

Mowa o marketingowcach z Empiku, którzy na owych żałosnych spektaklach postanowili zarobić kasę i jeszcze przypodobać się wpływowym grupom trzęsącym częścią mediów, które każdą „prowokację” uderzającą w uczucia znienawidzonego „zaścianka” powitają z radością.

Mam nadzieję, że wyjdą na tym jak Zabłocki na mydle. Akcja niekupowania w Empiku nabiera rozmachu. Zwłaszcza przed świętami może pokazać, że na chamstwie można stracić, nie tylko zarobić. Rzadko (poza jedzeniem) kupuję coś innego niż książki. Otóż deklaruję – w Empiku z pewnością już ich nie kupię. I namawiam do tego wszystkich. Nie tylko ze względów etycznych. Również estetycznych.

TAJNA BROŃ PLATFORMY

Tajna broń właściwie jest jawna… No i teoretycznie wycelowana w Platformę. Praktycznie strzela na odwrót. Coś jakby pistolet przystawiony do głowy wypalał przez  kurek zamiast lufę.

Broń od lat jest skuteczna i z wielką determinacją odwraca spadające po kolejnych aferach sondaże PO. Broń nazywa się Jarosław Kaczyński…

Teza, że PIS tak naprawdę nie chce wygrać wyborów, bo pozycja największej partii opozycyjnej daje spore profity, a nie jest związana z odpowiedzialnością pachniała mi zawsze teorią spiskową. Ostatnio zacząłem się zastanawiać…

Arogancja władzy, ilość złodziejskich afer już kilkakrotnie doprowadzały Platformę na skraj przepaści. Wyborcy patrząc na skalę i częstotliwość szwindli, na bronienie za wszelką cenę złapanych na tych szwindlach kolesi już kilka razy trzymali w ręce czerwoną kartkę.

 Ale wtedy na ratunek śpieszył Prezes PIS. I mówił. Mówił w taki sposób, że część potencjalnych wyborców obrażała się (ludzie bardzo łatwo się obrażają), część dochodziła do wniosku, że mniej straszny przewidywalny złodziej niż obciachowy furiat. “Obciach” – to pojęcie, które ludzi przeraża najbardziej. Wolą być identyfikowani z ładnie podretuszowanym Alem Capone niż z formacją za którą co chwilę trzeba się wstydzić. Choćby ów Al Capone miał okraść ich własne mieszkanie.

Prezes wiele razy ujawniał swoje polityczno-samobójcze skłonności. Na przykład po nieznacznie przegranych wyborach prezydenckich.  Taktyka, która wyciągnęła go z dna do pierwszej ligi i o mało nie zrobiła prezydentem (mało mówił, zachowywał się kulturalnie, nie mylił studia TV z wiecem) została nagle przez niego odrzucona razem z osobami za nią odpowiedzialnymi. A poparcie zaczęło się zmniejszać…

Po każdej aferze, gdy PIS wyrastał na przyszłego zwycięzcę, Prezes a to kogoś obraził, a to wyskoczył z tekstem “wiem ale nie powiem”. A to nie podał ręki. A to podał, ale potem jego przyboczny tłumaczył że nie do końca podał i że to nic nie znaczy… No, przyboczny po  madryckiej aferce (wszak mimo wszystko to „aferka, nie „afera”, jakich po drugiej stronie bez liku)  już  nie jest przybocznym. Nawet wyleciał z partii (tym różni się ta partia od tamtej), jednak co przysporzył przed odejściem głosów Platformie, to jego.

Zresztą nie on jeden, bo specjalistów od “tajnego” ratowania PO jest w PIS oprócz samego Prezesa wielu. Także wśród “pisowskich” dziennikarzy. Jutro 11 listopada. Zapewne wśród uczestników Marszu Niepodległości znów znajdą się “dymiący” kibole. Im ich więcej tym “lepiej” tuż przed wyborami. Lepiej dla PO – nie dla Polski. Wiodące media z pewnością zrównają jak zwykle cały marsz z owymi bandytami, których wśród uczestników marszu jest garstka. Manipulację wiodących mediów wzmocni jeden czy drugi “pisowski” dziennikarz broniąc bandziorów i nazywając ich “patriotami”. W TVN będą to pokazywać na przemian z kolejnymi gafami Prezesa i jego przybocznych.

A potem wybory… Walkower? Samobójstwo? Trudno powiedzieć – na pewno żenada… No i żal, że partia rządząca, która w swoim zachowaniu przypomina bardziej zorganizowaną grupę przestępczą niz ugrupowanie polityczne, nadal nie dostanie czerwonej kartki…

OCZKO ODPADŁO… TEMU MISIU

Ale miś lata. Po co jest „nikt nie wie, więc nie zapyta”. Prezes Ochódzki pojechał do kraju zagranicznego. Jego protegowani powalczą o schedę w klubie Tęcza (bez skojarzeń poza tymi filmowymi). Sukces za sukcesem i wszyscy z twarzą przy szafie mówią prawdę o prezesie, bo przecież wszystkim chodzi tylko o dobro klubu.

I tylko oczko odpadło temu misiu…

„Grabarczyk polskiej infrastruktury” w imię jedności klubu Tęcza dostał resort sprawiedliwości. Słusznie – infrastruktura już dostała za swoje i drugi raz takiego wstrząsu mogłaby nie przeżyć. Więc teraz sprawiedliwie po łbie resortowi sprawiedliwości.

Sprawy wewnętrzne dostała katechetka, mająca jednak doskonałe kwalifikacje merytoryczne – jest dobrą znajomą nowej prezesowej. Dzięki temu, że na służbach sie nie zna, nie zepsuje żadnych interesów.  Ma natomiast szansę zupełnie nieświadomie zepsuć to, czego nie zdążyli zepsuć poprzednicy, a po ich „osiągnięciach” w resorcie zadanie to niełatwe.

Naiwni z poza klubu Tęcza, do MSW typowali Marka Biernackiego. Najlepszego po 89 roku ministra spraw wewnętrznych z dużymi zasługami, nieporównywalnymi z żadnym innym ministrem. Ale to takie niebezpieczne. On taki mało prospołeczny… znany z tego, że nie rozumie jak się robi „prawdziwe interesy”, więc „na koniaczek go nie stać”. Mógłby spytać tu i ówdzie po co ten miś i rachunki za misia… Zna się na rzeczy, a to przecież ewidentny brak kwalifikacji. W klubie Tęcza panuje przecież atmosfera wzajemnego zaufania i głupich pytań się nie zadaje.

Bezpośredni poprzednik pani minister w wywiadzie dla RMF sugerował, że będzie nadal doradcą – takim „nieformalnym, który jest ważniejszy niż formalny”. O ile dobrze zrozumiałem wymowę ex-ministra, który, jak sam przyznał, jest „osobą biesiadną”, czemu dał wyraz w wywiadzie dla radia (kto nie wierzy niech sprawdzi w Internecie). Zrozumiałem natomiast, że wszyscy, którzy coś na niego mówili, „będą połykać języki”.

Już się przygotowuję…

Priorytetem jest polityka wschodnia, co zawsze podkreślał prezes Ochódzki. Nowa prezesowa podkreśla to mniej, ale bardziej oryginalnie odpowiadając na pytania o kwestie rosyjsko-ukraińskie, że jest kobietą i będzie miała kobiece podejście (znowu nie żart można sprawdzić). Tymczasem niemieccy policjanci wysłali ekipę instruktorów na Ukrainę. Parę miesięcy temu Ukraińcy prosili o to… Polaków. Ale „biesiadny” minister nie uznał za stosowne się tym zainteresować. Polityka wschodnia, priorytety… ot oczko odpadło… temu misiu.

W trosce o jedność klubu dano posadę głównemu konkurentowi byłego prezesa i obecnej prezesowej. Kiedyś był w MSW. Był dobrym ministrem. Całymi dniami grał ponoć w koszykówkę w sali gimnastycznej sąsiednego budynku ABW (źródło: prcownik MSW). Robotę zostawił fachowcom, więc resort jakoś działał. Brak aktywności lepiej wyszedł resortowi i podległym mu służbom niż aktywność jego następców. Tyle, że teraz dostał MSZ. Tam koszykówka i wysyłanie doradców nie przejdzie. Musi sam spotkać się z rozgrywającymi z całego świata. Tyle, że nie zna języków, co można zaakceptować u wszystkich, tylko nie u ministra spraw zagranicznych. Ktoś ładnie zauważył, że student starający się o praktyki w ambasadzie musi znać ich dwa (angielski i kraju docelowego)… „Good morning… ja tu chcę, my money w wasz bank… verstehen?” Czy możemy liczyć, że Ławrow, czy Kerry odpowiedzą „Dlaczego nie verstehen? Pan usiądzie, się załatwi”. I znów oczko odpadło… temu misiu…

Tyle tych oczek odpadło, że tylko czekać, aż cały miś spadnie do przerębli. Ale co tam, zrobimy „protokół zniszczenia i dostaniemy procent, więc im ten miś droższy tym… stać nas… koniaczku?”.

Klub Tęcza murem za prezesową. „Nieprawda, że dach przecieka, zwłaszcza, że prawie nie pada…”

To mówiłem ja, Jarząbek…  W zeszłym tygodniu nie mówiłem bo byłem chory. Mam zaświadczenie.

 

JESTEM EUROPEJCZYKIEM… I JEST MI WSTYD

Jeśli kiedyś będę miał wnuki i zapytają czy kiedykolwiek wstydziłem się za Europę powiem im tak:

Dawno temu, kiedy politycy całego kontynentu wypluwali codziennie miliony frazesów o demokracji, moralności, odpowiedzialności, pokoju czy solidarności pewien naród w swojej naiwności uwierzył im. Zrobił pod flagami Unii Europejskiej rewolucję. Pierwszy raz w historii pod tymi flagami od kul snajperów ginęli ludzie. Tracili życie za ideały, o których inni mówili siedząc w fotelach i robiąc interesy z bandytami odpowiedzialnymi za strzelanie.

Bandyci wstali z foteli i najechali na domy tych, którzy nie chcieli żyć pod ich władzą. Najechani oglądali się  z coraz większym niedowierzaniem na polityków robiących nadal interesy siedząc pod tą samą flagą, pod którą ci pierwsi ginęli.

Czy nie przesadzam z tym wstydem? Chyba nie. Po raz pierwszy robi mi się niedobrze, kiedy słyszę Bruksela, Berlin, Paryż… Odczuwam wstręt kiedy widzę ciebie szefowo najpotężniejszego państwa Unii, kiedy po raz setny „wyrażasz zaniepokojenie”, gdy twój wschodni przyjaciel strzela do ludzi oczekujących twojego wsparcia! Kiedy liczysz kolejne miliony zarobione na szemranych interesach nie dopuszczając do wiadomości, że interesy z mafią kończą się albo członkostwem w mafii, albo własną destrukcją! Beczenie owcy nigdy nie powstrzyma wilka! A ty beczysz na jego widok licząc, że naje się zanim dojdzie do ciebie! Beczysz razem ze stadem podobnych sobie baranów!

Takich jak ty – hipokryto z Pałacu Elizejskiego! Jakie pokłady podłości trzeba z siebie wydobyć, żeby na oczach całego świata opowiadać o tym jak to niedopuszczalna sytuacja by się zdarzyła „jeśli wejście rosyjskich wojsk na Ukrainę by się potwierdziło”? Mówisz „jeśli”, kiedy cały świat widzi regularną wojnę! To samo powiesz gdy rosyjskie bomby będą spadać na Kijów? Może na Rygę? Może Warszawę?  Czy jest jakieś świństwo, do którego nie jesteś zdolny? Czy to bardziej wynika z tchórzostwa czy braku zasad? Bo przecież nie wyłącznie z głupoty! Nie jesteś wszak takim idiotą jakiego z siebie robisz swoimi wypowiedziami! Jak po czymś takim radzisz sobie z patrzeniem w lustro?

Niedobrze się robi gdy się was widzi bando tchórzliwych miernot! Czy nie lepiej powiedzieć otwarcie – nie obchodzicie nas, gińcie sobie za ideały. My chowamy głowę w piasek. Bardziej obchodzą nas nasze interesy niż wasze nędzne poza unijne życie.

A ideały? A uczciwość wobec samego siebie? A myślenie perspektywiczne i uczenie się na błędach historii? Z myśleniem u was nie najlepiej. Z uczciwością jeszcze gorzej.  Wszak doszliście tak daleko bo umiecie kłamać bez mrugnięcia okiem. Bo umiecie zrobić interes z każdym bandytą nazywając to troską o pokój. Jak niegdyś w Monachium. Jak niedawno w Mińsku.

A że ludzie giną? Przecież jest przeludnienie. Ważne żeby giełda nie spadła…

 

POWIĄZANE WPISY:

http://pawelleski.blog.pl/2014/08/14/silni-zwarci-gotowi/

http://pawelleski.blog.pl/2014/04/28/ukrainska-wojna-o-konstytucje/

http://pawelleski.blog.pl/2014/04/02/ukraina-optymizm-miedzy-wierszami/

http://pawelleski.blog.pl/2014/03/11/ukraina-dopiero-poczatek/

 

 

SILNI, ZWARCI, GOTOWI

W tym jesteśmy dobrzy. Defilada 15 sierpnia ma przyćmić wszystkie poprzednie. Ma przestraszyć potencjalnego agresora. Ma pokazać nam wszystkim, że jesteśmy silni, zwarci, gotowi.

Jako podatnik, jako Polak mogę się czuć bezpieczny i dumny. Czy na pewno?

Ze wszystkiego co wojsko powinno robić defilady są najłatwiejsze. Są też ostatnią rzeczą jakie wojsko robić powinno. Dopiero wtedy, kiedy wiadomo, że wypełniło wszystkie inne obowiązki. Defilada to wisienka na torcie. Niestety dokładniejsza analiza może pokazać, że jest to wyłącznie wisienka – tortu nikt nie upiekł. Gdzieś w panice zaczyna się mówić o tym, że tort warto mieć, że w przyszłości kupimy rewelacyjny proszek do pieczenia, dzięki któremu będziemy mogli upiec nowoczesny tort.

Większość społeczeństwa i tak będzie patrzyć jedynie na wisienkę czyli defiladę. A przecież to większość się liczy… może nie na polu bitwy, ale przy wyborczej urnie z pewnością…

Tymczasem poza defiladą istnieje rzeczywistość. A ona jest taka, że w wojsku masowo fałszowana jest dokumentacja z ćwiczeń. Ilość oficerów przypadających na szeregowców przypomina sytuację z pamiętnej lektury „Chłopcy z Placu Broni”, gdzie tylko biedny Nemecek nie był dowódcą. Od kilku lat mamy Narodowe Siły Rezerwy… jedynie na papierze. Jednocześnie w Polsce z oddolnej inicjatywy tysiące młodych ludzi działa i szkoli się w organizacjach typu „Strzelec” czy „Legia Akademicka”. Dlaczego borykając się od lat z bezskutecznym tworzeniem NSR nie pomyślano o oparciu się na tych ludziach, którzy o niczym innym nie marzą jak o tym, żeby ktoś ich zagospodarował? Wystarczy profesjonalne szkolenie. Przydzielenie sensownych oficerów. Wpisanie w plany obronne. Co potrafią ochotnicy z wysokim morale widać na Wschodniej Ukrainie po sukcesach tamtejszej Gwardii Narodowej i półprywatnych batalionów ochotniczych. Może zagospodarowanie tych osób nie opłaca się monowskim biurokratom bo… jest mało kosztowne? Co to za interes takie coś, co jest tanie? Tego typu myślenie nie byłoby nowością. A może sensownych oficerów jest za mało bo system promuje tych zwanych BMW (bierny, mierny ale wierny) i mogłoby się okazać, że umieją mniej od młodzieży garnącej się do paramilitarnych organizacji?

Brak chęci do działania nie ogranicza się do NSR. Niedawno znajomy rezerwista – były komandos o wybitnie profesjonalnym profilu – chciał dostać się na rutynowe ćwiczenia rezerwy. „Nie przewidujemy” – usłyszał. Oficerowie, z którymi rozmawiał zasugerowali, żeby ruszył jakieś znajomości jeśli chce poćwiczyć…

W defiladowej retoryce zapominamy o wieloletnich zaniedbaniach najprostszych rzeczy – jak choćby zagospodarowanie emerytów, którzy odchodząc na wczesne emerytury mundurowe znajdują zatrudnienie na całym świecie. Czy ktoś monitoruje co robią byli komandosi, czy funkcjonariusze służb? W kraju, w którym ochrona kontrwywiadowcza jest fikcją (co pokazała afera nagraniowa) zapewne nikt nie ma pojęcia co robią i gdzie są. Mimo, że wielu z nich pewnie by chciała, żeby państwo się nimi interesowało. Nie dotyczy to wyłącznie żołnierzy. W razie konfliktu potrzebne jest zabezpieczenie zaplecza. Odciążyć nasze mikroskopijne wojsko powinna policja. Czemu do dziś nie istnieje rezerwa? Tysiące zdrowych i przeszkolonych byłych funkcjonariuszy doskonale się do tego nadaje (podobnie jak do zabezpieczeń masowych imprez, do których za niewielką opłatą nadawaliby się policyjni ochotnicy –  rezerwiści). Ale czy ktoś wie gdzie są i co robią? Czy ktoś pomyślał nad odpowiednimi zapisami w ustawie O Policji? Czy oni sami wiedzą gdzie się zgłosić w przypadku wojny? Pytania raczej retoryczne dla każdego kto zna mundurowe resorty, masy pułkowników poupychanych po dowództwach, sztabach, ministerstwach. Pułkowników od defilad i definicji. Wszystko „teoretycznie” cytując ministra.

Zaniedbania nie ograniczają się do służb mundurowych. Gazoport lada moment otworzą… Litwini, którzy zaczęli budowę znacznie później niż my. Skąd nasze opóźnienia? Czy dlatego, że gazoport był „be” bo wymyślił go sam przywódca „watahy”, którą należało „dorzynać” a nie kontynuować ich pomysły, wśród których było kilka propaństwowych? Czy dlatego, że buduje (raczej nie buduje) nasz gazoport  włoska spółka bardzo mocno powiązana z kapitałem rosyjskim (jak podaje portal Defence24.pl lada moment może zostać formalnie wykupiona przez Rosjan). Gdzie były służby, że nie zauważyły zagrożenia oczywistego dla dziennikarzy? Można wymieniać dalej – jak choćby lata fikcyjnych działań wokół łupków zniechęcających potencjalnych inwestorów brakiem uregulowań prawnych, a co za tym idzie stałą niepewnością uniemożliwiającą sensowne inwestycje.

Ale co tam łupki, czy gazoport? Co tam ćwiczenia, czy rezerwa? Będziemy mieć defiladę. Może nic się nie stanie… Może Ukraińcy się utrzymają… Może…

ETYKA GLANÓW

Ludzie się zmieniają, to prawda. Czasami na lepsze. Ale owo „czasami” wystarczy, żeby stosować zasadę ograniczonego zaufania do różnych byłych. Do narodowca z Wrocławia otaczającego się obutymi w glany skinheadami. Również do byłych sekretarzy, czy reżimowych dziennikarzy z piosenki Kaczmarskiego „Marsz Intelektualistów”. Nawet jeśli dysponują dobrym piórem i drukowani są w poczytnych tygodnikach. Ale dzisiaj nie o nich tylko o pewnym narodowcu. A właściwie o jego ocenie przez różne autorytety w zależności od tego,  po czyjej stronie kopią jego „glany”.

Kiedyś kopały po stronie niesłusznej. Wtedy reklamowano akcje palenia jego kukieł co wówczas nie raziło i nie było mową nienawiści.  Nasz narodowiec był ksenofobem, homofobem, eurofobem, mordercą polskich lektur. Zacietrzewieni zapomnieli, że jego następczyni zmasakrowała lektury i przy okazji historię w sposób nieporównywalnie gorszy. No, ale była w słusznym rządzie.. . Dobra, znowu dygresja. Do rzeczy.

Potem „faszysta” nagle się zmienił. Odziany w te same „glany”, choć ładniej wyczyszczone, jakąś pastą z europejskimi atestami, zaczął kopać po stronie słusznej. Zapomniano mu lektury, mundurki, Młodzież Wszechpolską, tysiące różnych fobii. Ci co dawniej rozdzierali szaty nad faszystą w rządzie nagle zaczęli jadać z nim obiady, zapraszać na salony. Ostatnio, kiedy zaczął kopać z całych sił i już żadnych wątpliwości nie było, że kopie w stronę jedynie słuszną zaczęto rozważać załatwienie mu posady w rządzie. Widowisko rozkręcało się z takim impetem, że czekałem jedynie na poranek radiowy gdzie jakiś autorytet wytłumaczy, że był wśród skinów Konradem Wallenrodem (jak sam się ostatnio raczył przy innej okazji określić) a w jakimś czasopiśmie doniosą  o jego „coming-oucie”.

Impreza rozkręcona była już tak mocno, że najwyraźniej część z rozkręcających uwierzyła w swoje własne brednie. Czym innym można tłumaczyć  falstart redaktorów, którzy postanowili bronić go na całą Polskę  zanim posłuchali co jest na nagraniach. Sam pomyślałem – jeśli negocjował wstrzymanie książki w imieniu swojego klienta – jego prawo a nawet obowiązek. A tu doba różnicy i kolejne radio Erewań – nie w interesie klienta, tylko żeby go szantażować, przy okazji snując wizję przestępczej spółki wymuszającej dziennikarskimi szantażami kasę od co zamożniejszych obywateli. No i jeszcze ta lista homoseksualistów w polityce…  Panowie redaktorzy – dacie sobie spokój z udowadnianiem, że glany to lakierki? Czy mam się spodziewać artykułu tłumaczącego, że owa lista była po to, żeby homoseksualistów promować? Mnie już nic nie zdziwi. Przecież sondaże spadają, a to usprawiedliwi każdą intelektualną woltę…

Na koniec wyrazy szacunku dla redaktora Żakowskiego – oburzył się. Nie zgadza się z tymi z którymi należy się zgadzać. To oznacza, że nie jest oportunistą lecz naprawdę wierzy w głoszone przez siebie poglądy. Do samych poglądów jest mi bardzo daleko. Niemniej szanuję, że ma jakiekolwiek. Ciekawe czy kiedyś dotrze do niego, że po jego stronie barykady może być w mniejszości…

PRAKTYCZNI MINISTROWIE W TEORETYCZNYM PAŃSTWIE

Aż chce się rozwinąć myśl klasyka: Jaki premier – tacy ministrowie, jacy ministrowie – takie resorty, jakie resorty – takie państwo. Znaczy działające „teoretycznie”, jak to określił szef jednego z kluczowych resortów.
Nie wiem kto i dlaczego akurat teraz „odpalił” aferę podsłuchową. Raczej nie opozycja – ta zrobiłaby to przed wyborami. Czy ktoś akurat teraz ma szczególny interes w zaszkodzeniu rządowi? Czy nagrania sprzed roku były elementem jakichś cichych negocjacji, które nie doprowadziły do skutku zadowalającego posiadacza nagrań? Jak pamiętamy, słynne nagrania Rywina też odleżały swoje zanim zdecydowano się na ich publikację i nigdy nie usłyszeliśmy sensownego wyjaśnienia dlaczego zostały ujawnione tak późno. Niemniej spełniły rolę społecznie pożyteczną ujawniając brudy, w które nikt by inaczej nie uwierzył. Może oprócz garstki „oszołomów”…
Dlatego uważam, że obecne nagrania – mimo, że nie wierzę w szlachetne intencje autorów przecieku – spełnią rolę pożyteczną pokazując to, co dla wnikliwszych i mniej zideologizowanych obserwatorów jest oczywiste od dawna – że w państwie wszystko jest „teoretyczne”. Tylko interesy rządzących są praktyczne.
Zdziwienie uważam za uczucie najmniej uprawnione. No, może zdziwienie, że ktoś dał się nagrać. Sam fakt, że jeden były minister skarży się drugiemu na kontrolę jego lewych interesów i tamten zapewnia go o „zablokowaniu sprawy”? Kogo to może dziwić po sprawie ministra Drzewieckiego układającego na cmentarzu ustawę ze znajomymi przedsiębiorcami, a następnie bronionego zaciekle przez swoją partię z premierem na czele (do dziś pozostaje bezkarny)? Sam Drzewiecki skomentował fakt niepokojenia go  słowami „Polska to dziki kraj”. Tak zgadzam się – w kraju cywilizowanym minister Drzewiecki już by siedział…
Czemu mam być zdziwiony, po aferze Amber Gold, gdzie administracja i służby najpierw umożliwiły lewe interesy, a potem doprowadziły do postawienia zarzutu jednemu mało znaczącemu człowieczkowi dyskretnie omijając wszystkich innych? Po podłożeniu rządowi przez pewnego przedsiębiorcę projektu zmiany ustawy tak, żeby uniknąć odpowiedzialności w sprawie, w której już objęty jest aktem oskarżenia? (patrz http://www.rp.pl/artykul/727823.html?print=tak&p=0). Po przekręcie z numerem 112, który po wyłożeniu ciężkich milionów spowodował jedynie… wydłużenie czasu reagowania służb na wypadki i chaos w powiadamianiu ratunkowym ( http://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/117464,jak-minister-miller-wykrecil-numer-112.html )? Wymieniać można długo. Dziwić już się nie należy.
Wróćmy do MSW. Jestem wdzięczny ministrowi Sienkiewiczowi za trafność diagnozy stanu państwa. Ale przypomnę, że za ten stan odpowiedzialni są ludzie na ministerialnych stołkach. Tacy co to dobierają sobie doradców świeżo po maturze. Co pod hasłami walki ze stadionową bandytką organizują konferencje prasowe i kolejne administracyjne twory na poziomie ministerialnym bez żadnych możliwości działania, a jednocześnie dobijają już zranione przez poprzednie ekipy Biuro Wywiadu Kryminalnego. BWK to jedyny do tej pory podmiot, który miał konkretną i realną koncepcję walki z tymi, po których minister „idzie”. Tacy co od dwóch miesięcy pozostawiają bez odpowiedzi prośbę wicepremiera Ukrainy o pomoc Polaków w szkoleniu i reformie ukraińskiej policji tylko dlatego, że przeszło przez ręce funkcjonariusza, którego minister personalnie nie lubi (kopia pisma ukraińskiego w posiadaniu autora). Sabotują w ten sposób politykę zagraniczną własnego rządu… No chyba, że ta polityka zagraniczna też jest „teoretyczna”. Tacy, co bredzą o walce z piratami drogowymi, kiedy podległe im służby ośmieszane są na cały kraj przez jednego bandziora za kierownicą…
Tak Panie Ministrze. Jestem Panu wdzięczny za konstatację co do stanu państwa, w tym Pana resortu. Żałuję jedynie, że na konstatacji się kończy. Będąc na tym stanowisku można było coś naprawić – zamiast psuć to, czego nie zdążyli zepsuć Pana poprzednicy.
Jaki premier, tacy ministrowie – kołacze się stale po głowie. Ciekawe jak odkręci niemiłe wrażenie premier. Postraszy PIS-em? Zmarszczy brwi ( w tym jest dobry) i zdymisjonuje kliku „złych bojarów” ratując image „dobrego cara”? Pogada o piłce nożnej? Może o ustawie antyaborcyjnej i prawach gejów – to zawsze można wyciągnąć, żeby odwrócić uwagę od nagłych problemów? Czy może wymyśli coś nowego, bojąc się, że powtarzana do znudzenia taktyka wreszcie przestanie działać? Nie mogę się doczekać.
Żeby nie było, że jestem nastawiony negatywnie. Jest jeden pozytyw – dzięki aktywnej postawie rządu z MSW na czele jesteśmy zabezpieczeni przed powodziami! W końcu nikt od dawna nie narobił tylu „wałów”.

UKRAIŃSKA „WOJNA O KONSTYTUCJĘ”

3 maja 1791 roku tłum warszawiaków wiwatował przyjęcie ustawy zasadniczej.

 

Tłum miał w jej przyjęciu  udział niemal tak ważny jak piszący ją politycy. Bez nacisku tłumu dokumentu zapewne nie przyjęto by w tym dniu. Tłum miał dość fikcyjnego niewydolnego państwa i postawił na swoim. Potencjalni oponenci – ci nieliczni, którzy byli wówczas w stolicy – nie śmieli się odezwać.
Tłum – co nie zdarza się często – wykazał odpowiedzialność za państwo. Państwo, które de facto nie działało, choć istniało na papierze.  Które było bezbronne, choć formalnie miało armię. W którym nie działało prawo, choć formalnie istniały przepisy. Które choć teoretycznie suwerenne nie mogło decydować o sobie – kluczowe decyzje podejmował poseł sąsiedniego mocarstwa.
Konstytucja dawała szansę na zmianę. Na stabilne , reformatorskie rządy, na zbudowanie silnego państwa prawa, które samo będzie decydować o własnych losach.
Tego właśnie nie zdzierżyło sąsiednie mocarstwo. Inwazja, która potem nastąpiła przeszła do historii jako „Wojna o Konstytucję”.
Choć sąsiednie mocarstwo  w swoich  granicach gnębiło wszystkich, a zwłaszcza wszelkiego rodzaju mniejszości, formalnie interweniowało w obronie mniejszości.
Tak przedstawiano to na salonach, a zachodni dyplomaci i intelektualiści przyjmowali absurdalne tłumaczenie to z powodu naiwności, to z przekupstwa.
Właściwie nic dodać nic ująć – tylko daty zmienić i nazwiska. No i słowo „konstytucja” zastąpić jakimś zamiennikiem – bo lud na kijowskim Majdanie i walcząca obecnie o życie Ukraina  nie wprowadzili żadnego dokumentu.
 Poza tym wszystko jest podobne – tłum doprowadza do zmian, które mogą zatrzymać panujący rozkład. Rozkład na każdym kroku – martwe przepisy, ledwo przędząca armia, wszechobecna korupcja, sprawowanie rządów przez ambasadora sąsiedniego mocarstwa.
 Tak jak wtedy sąsiednie mocarstwo nie chce na to pozwolić. Też najeżdża i też rzekomo w obronie mniejszości, choć samo na własnym terytorium praktykuje do potęgi to, co zarzuca swojej ofierze.  Znowu część zachodniej opinii…
Tak. Po ponad dwustu latach Ukraińcy też mają swoją „Wojnę o Konstytucję”.
Oby z szczęśliwszym zakończeniem.