Archiwa kategorii: SPRAWY BIEŻĄCE

JESTEM EUROPEJCZYKIEM… I JEST MI WSTYD

Jeśli kiedyś będę miał wnuki i zapytają czy kiedykolwiek wstydziłem się za Europę powiem im tak:

Dawno temu, kiedy politycy całego kontynentu wypluwali codziennie miliony frazesów o demokracji, moralności, odpowiedzialności, pokoju czy solidarności pewien naród w swojej naiwności uwierzył im. Zrobił pod flagami Unii Europejskiej rewolucję. Pierwszy raz w historii pod tymi flagami od kul snajperów ginęli ludzie. Tracili życie za ideały, o których inni mówili siedząc w fotelach i robiąc interesy z bandytami odpowiedzialnymi za strzelanie.

Bandyci wstali z foteli i najechali na domy tych, którzy nie chcieli żyć pod ich władzą. Najechani oglądali się  z coraz większym niedowierzaniem na polityków robiących nadal interesy siedząc pod tą samą flagą, pod którą ci pierwsi ginęli.

Czy nie przesadzam z tym wstydem? Chyba nie. Po raz pierwszy robi mi się niedobrze, kiedy słyszę Bruksela, Berlin, Paryż… Odczuwam wstręt kiedy widzę ciebie szefowo najpotężniejszego państwa Unii, kiedy po raz setny „wyrażasz zaniepokojenie”, gdy twój wschodni przyjaciel strzela do ludzi oczekujących twojego wsparcia! Kiedy liczysz kolejne miliony zarobione na szemranych interesach nie dopuszczając do wiadomości, że interesy z mafią kończą się albo członkostwem w mafii, albo własną destrukcją! Beczenie owcy nigdy nie powstrzyma wilka! A ty beczysz na jego widok licząc, że naje się zanim dojdzie do ciebie! Beczysz razem ze stadem podobnych sobie baranów!

Takich jak ty – hipokryto z Pałacu Elizejskiego! Jakie pokłady podłości trzeba z siebie wydobyć, żeby na oczach całego świata opowiadać o tym jak to niedopuszczalna sytuacja by się zdarzyła „jeśli wejście rosyjskich wojsk na Ukrainę by się potwierdziło”? Mówisz „jeśli”, kiedy cały świat widzi regularną wojnę! To samo powiesz gdy rosyjskie bomby będą spadać na Kijów? Może na Rygę? Może Warszawę?  Czy jest jakieś świństwo, do którego nie jesteś zdolny? Czy to bardziej wynika z tchórzostwa czy braku zasad? Bo przecież nie wyłącznie z głupoty! Nie jesteś wszak takim idiotą jakiego z siebie robisz swoimi wypowiedziami! Jak po czymś takim radzisz sobie z patrzeniem w lustro?

Niedobrze się robi gdy się was widzi bando tchórzliwych miernot! Czy nie lepiej powiedzieć otwarcie – nie obchodzicie nas, gińcie sobie za ideały. My chowamy głowę w piasek. Bardziej obchodzą nas nasze interesy niż wasze nędzne poza unijne życie.

A ideały? A uczciwość wobec samego siebie? A myślenie perspektywiczne i uczenie się na błędach historii? Z myśleniem u was nie najlepiej. Z uczciwością jeszcze gorzej.  Wszak doszliście tak daleko bo umiecie kłamać bez mrugnięcia okiem. Bo umiecie zrobić interes z każdym bandytą nazywając to troską o pokój. Jak niegdyś w Monachium. Jak niedawno w Mińsku.

A że ludzie giną? Przecież jest przeludnienie. Ważne żeby giełda nie spadła…

 

POWIĄZANE WPISY:

http://pawelleski.blog.pl/2014/08/14/silni-zwarci-gotowi/

http://pawelleski.blog.pl/2014/04/28/ukrainska-wojna-o-konstytucje/

http://pawelleski.blog.pl/2014/04/02/ukraina-optymizm-miedzy-wierszami/

http://pawelleski.blog.pl/2014/03/11/ukraina-dopiero-poczatek/

 

 

SILNI, ZWARCI, GOTOWI

W tym jesteśmy dobrzy. Defilada 15 sierpnia ma przyćmić wszystkie poprzednie. Ma przestraszyć potencjalnego agresora. Ma pokazać nam wszystkim, że jesteśmy silni, zwarci, gotowi.

Jako podatnik, jako Polak mogę się czuć bezpieczny i dumny. Czy na pewno?

Ze wszystkiego co wojsko powinno robić defilady są najłatwiejsze. Są też ostatnią rzeczą jakie wojsko robić powinno. Dopiero wtedy, kiedy wiadomo, że wypełniło wszystkie inne obowiązki. Defilada to wisienka na torcie. Niestety dokładniejsza analiza może pokazać, że jest to wyłącznie wisienka – tortu nikt nie upiekł. Gdzieś w panice zaczyna się mówić o tym, że tort warto mieć, że w przyszłości kupimy rewelacyjny proszek do pieczenia, dzięki któremu będziemy mogli upiec nowoczesny tort.

Większość społeczeństwa i tak będzie patrzyć jedynie na wisienkę czyli defiladę. A przecież to większość się liczy… może nie na polu bitwy, ale przy wyborczej urnie z pewnością…

Tymczasem poza defiladą istnieje rzeczywistość. A ona jest taka, że w wojsku masowo fałszowana jest dokumentacja z ćwiczeń. Ilość oficerów przypadających na szeregowców przypomina sytuację z pamiętnej lektury „Chłopcy z Placu Broni”, gdzie tylko biedny Nemecek nie był dowódcą. Od kilku lat mamy Narodowe Siły Rezerwy… jedynie na papierze. Jednocześnie w Polsce z oddolnej inicjatywy tysiące młodych ludzi działa i szkoli się w organizacjach typu „Strzelec” czy „Legia Akademicka”. Dlaczego borykając się od lat z bezskutecznym tworzeniem NSR nie pomyślano o oparciu się na tych ludziach, którzy o niczym innym nie marzą jak o tym, żeby ktoś ich zagospodarował? Wystarczy profesjonalne szkolenie. Przydzielenie sensownych oficerów. Wpisanie w plany obronne. Co potrafią ochotnicy z wysokim morale widać na Wschodniej Ukrainie po sukcesach tamtejszej Gwardii Narodowej i półprywatnych batalionów ochotniczych. Może zagospodarowanie tych osób nie opłaca się monowskim biurokratom bo… jest mało kosztowne? Co to za interes takie coś, co jest tanie? Tego typu myślenie nie byłoby nowością. A może sensownych oficerów jest za mało bo system promuje tych zwanych BMW (bierny, mierny ale wierny) i mogłoby się okazać, że umieją mniej od młodzieży garnącej się do paramilitarnych organizacji?

Brak chęci do działania nie ogranicza się do NSR. Niedawno znajomy rezerwista – były komandos o wybitnie profesjonalnym profilu – chciał dostać się na rutynowe ćwiczenia rezerwy. „Nie przewidujemy” – usłyszał. Oficerowie, z którymi rozmawiał zasugerowali, żeby ruszył jakieś znajomości jeśli chce poćwiczyć…

W defiladowej retoryce zapominamy o wieloletnich zaniedbaniach najprostszych rzeczy – jak choćby zagospodarowanie emerytów, którzy odchodząc na wczesne emerytury mundurowe znajdują zatrudnienie na całym świecie. Czy ktoś monitoruje co robią byli komandosi, czy funkcjonariusze służb? W kraju, w którym ochrona kontrwywiadowcza jest fikcją (co pokazała afera nagraniowa) zapewne nikt nie ma pojęcia co robią i gdzie są. Mimo, że wielu z nich pewnie by chciała, żeby państwo się nimi interesowało. Nie dotyczy to wyłącznie żołnierzy. W razie konfliktu potrzebne jest zabezpieczenie zaplecza. Odciążyć nasze mikroskopijne wojsko powinna policja. Czemu do dziś nie istnieje rezerwa? Tysiące zdrowych i przeszkolonych byłych funkcjonariuszy doskonale się do tego nadaje (podobnie jak do zabezpieczeń masowych imprez, do których za niewielką opłatą nadawaliby się policyjni ochotnicy –  rezerwiści). Ale czy ktoś wie gdzie są i co robią? Czy ktoś pomyślał nad odpowiednimi zapisami w ustawie O Policji? Czy oni sami wiedzą gdzie się zgłosić w przypadku wojny? Pytania raczej retoryczne dla każdego kto zna mundurowe resorty, masy pułkowników poupychanych po dowództwach, sztabach, ministerstwach. Pułkowników od defilad i definicji. Wszystko „teoretycznie” cytując ministra.

Zaniedbania nie ograniczają się do służb mundurowych. Gazoport lada moment otworzą… Litwini, którzy zaczęli budowę znacznie później niż my. Skąd nasze opóźnienia? Czy dlatego, że gazoport był „be” bo wymyślił go sam przywódca „watahy”, którą należało „dorzynać” a nie kontynuować ich pomysły, wśród których było kilka propaństwowych? Czy dlatego, że buduje (raczej nie buduje) nasz gazoport  włoska spółka bardzo mocno powiązana z kapitałem rosyjskim (jak podaje portal Defence24.pl lada moment może zostać formalnie wykupiona przez Rosjan). Gdzie były służby, że nie zauważyły zagrożenia oczywistego dla dziennikarzy? Można wymieniać dalej – jak choćby lata fikcyjnych działań wokół łupków zniechęcających potencjalnych inwestorów brakiem uregulowań prawnych, a co za tym idzie stałą niepewnością uniemożliwiającą sensowne inwestycje.

Ale co tam łupki, czy gazoport? Co tam ćwiczenia, czy rezerwa? Będziemy mieć defiladę. Może nic się nie stanie… Może Ukraińcy się utrzymają… Może…

ETYKA GLANÓW

Ludzie się zmieniają, to prawda. Czasami na lepsze. Ale owo „czasami” wystarczy, żeby stosować zasadę ograniczonego zaufania do różnych byłych. Do narodowca z Wrocławia otaczającego się obutymi w glany skinheadami. Również do byłych sekretarzy, czy reżimowych dziennikarzy z piosenki Kaczmarskiego „Marsz Intelektualistów”. Nawet jeśli dysponują dobrym piórem i drukowani są w poczytnych tygodnikach. Ale dzisiaj nie o nich tylko o pewnym narodowcu. A właściwie o jego ocenie przez różne autorytety w zależności od tego,  po czyjej stronie kopią jego „glany”.

Kiedyś kopały po stronie niesłusznej. Wtedy reklamowano akcje palenia jego kukieł co wówczas nie raziło i nie było mową nienawiści.  Nasz narodowiec był ksenofobem, homofobem, eurofobem, mordercą polskich lektur. Zacietrzewieni zapomnieli, że jego następczyni zmasakrowała lektury i przy okazji historię w sposób nieporównywalnie gorszy. No, ale była w słusznym rządzie.. . Dobra, znowu dygresja. Do rzeczy.

Potem „faszysta” nagle się zmienił. Odziany w te same „glany”, choć ładniej wyczyszczone, jakąś pastą z europejskimi atestami, zaczął kopać po stronie słusznej. Zapomniano mu lektury, mundurki, Młodzież Wszechpolską, tysiące różnych fobii. Ci co dawniej rozdzierali szaty nad faszystą w rządzie nagle zaczęli jadać z nim obiady, zapraszać na salony. Ostatnio, kiedy zaczął kopać z całych sił i już żadnych wątpliwości nie było, że kopie w stronę jedynie słuszną zaczęto rozważać załatwienie mu posady w rządzie. Widowisko rozkręcało się z takim impetem, że czekałem jedynie na poranek radiowy gdzie jakiś autorytet wytłumaczy, że był wśród skinów Konradem Wallenrodem (jak sam się ostatnio raczył przy innej okazji określić) a w jakimś czasopiśmie doniosą  o jego „coming-oucie”.

Impreza rozkręcona była już tak mocno, że najwyraźniej część z rozkręcających uwierzyła w swoje własne brednie. Czym innym można tłumaczyć  falstart redaktorów, którzy postanowili bronić go na całą Polskę  zanim posłuchali co jest na nagraniach. Sam pomyślałem – jeśli negocjował wstrzymanie książki w imieniu swojego klienta – jego prawo a nawet obowiązek. A tu doba różnicy i kolejne radio Erewań – nie w interesie klienta, tylko żeby go szantażować, przy okazji snując wizję przestępczej spółki wymuszającej dziennikarskimi szantażami kasę od co zamożniejszych obywateli. No i jeszcze ta lista homoseksualistów w polityce…  Panowie redaktorzy – dacie sobie spokój z udowadnianiem, że glany to lakierki? Czy mam się spodziewać artykułu tłumaczącego, że owa lista była po to, żeby homoseksualistów promować? Mnie już nic nie zdziwi. Przecież sondaże spadają, a to usprawiedliwi każdą intelektualną woltę…

Na koniec wyrazy szacunku dla redaktora Żakowskiego – oburzył się. Nie zgadza się z tymi z którymi należy się zgadzać. To oznacza, że nie jest oportunistą lecz naprawdę wierzy w głoszone przez siebie poglądy. Do samych poglądów jest mi bardzo daleko. Niemniej szanuję, że ma jakiekolwiek. Ciekawe czy kiedyś dotrze do niego, że po jego stronie barykady może być w mniejszości…

PRAKTYCZNI MINISTROWIE W TEORETYCZNYM PAŃSTWIE

Aż chce się rozwinąć myśl klasyka: Jaki premier – tacy ministrowie, jacy ministrowie – takie resorty, jakie resorty – takie państwo. Znaczy działające „teoretycznie”, jak to określił szef jednego z kluczowych resortów.
Nie wiem kto i dlaczego akurat teraz „odpalił” aferę podsłuchową. Raczej nie opozycja – ta zrobiłaby to przed wyborami. Czy ktoś akurat teraz ma szczególny interes w zaszkodzeniu rządowi? Czy nagrania sprzed roku były elementem jakichś cichych negocjacji, które nie doprowadziły do skutku zadowalającego posiadacza nagrań? Jak pamiętamy, słynne nagrania Rywina też odleżały swoje zanim zdecydowano się na ich publikację i nigdy nie usłyszeliśmy sensownego wyjaśnienia dlaczego zostały ujawnione tak późno. Niemniej spełniły rolę społecznie pożyteczną ujawniając brudy, w które nikt by inaczej nie uwierzył. Może oprócz garstki „oszołomów”…
Dlatego uważam, że obecne nagrania – mimo, że nie wierzę w szlachetne intencje autorów przecieku – spełnią rolę pożyteczną pokazując to, co dla wnikliwszych i mniej zideologizowanych obserwatorów jest oczywiste od dawna – że w państwie wszystko jest „teoretyczne”. Tylko interesy rządzących są praktyczne.
Zdziwienie uważam za uczucie najmniej uprawnione. No, może zdziwienie, że ktoś dał się nagrać. Sam fakt, że jeden były minister skarży się drugiemu na kontrolę jego lewych interesów i tamten zapewnia go o „zablokowaniu sprawy”? Kogo to może dziwić po sprawie ministra Drzewieckiego układającego na cmentarzu ustawę ze znajomymi przedsiębiorcami, a następnie bronionego zaciekle przez swoją partię z premierem na czele (do dziś pozostaje bezkarny)? Sam Drzewiecki skomentował fakt niepokojenia go  słowami „Polska to dziki kraj”. Tak zgadzam się – w kraju cywilizowanym minister Drzewiecki już by siedział…
Czemu mam być zdziwiony, po aferze Amber Gold, gdzie administracja i służby najpierw umożliwiły lewe interesy, a potem doprowadziły do postawienia zarzutu jednemu mało znaczącemu człowieczkowi dyskretnie omijając wszystkich innych? Po podłożeniu rządowi przez pewnego przedsiębiorcę projektu zmiany ustawy tak, żeby uniknąć odpowiedzialności w sprawie, w której już objęty jest aktem oskarżenia? (patrz http://www.rp.pl/artykul/727823.html?print=tak&p=0). Po przekręcie z numerem 112, który po wyłożeniu ciężkich milionów spowodował jedynie… wydłużenie czasu reagowania służb na wypadki i chaos w powiadamianiu ratunkowym ( http://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/117464,jak-minister-miller-wykrecil-numer-112.html )? Wymieniać można długo. Dziwić już się nie należy.
Wróćmy do MSW. Jestem wdzięczny ministrowi Sienkiewiczowi za trafność diagnozy stanu państwa. Ale przypomnę, że za ten stan odpowiedzialni są ludzie na ministerialnych stołkach. Tacy co to dobierają sobie doradców świeżo po maturze. Co pod hasłami walki ze stadionową bandytką organizują konferencje prasowe i kolejne administracyjne twory na poziomie ministerialnym bez żadnych możliwości działania, a jednocześnie dobijają już zranione przez poprzednie ekipy Biuro Wywiadu Kryminalnego. BWK to jedyny do tej pory podmiot, który miał konkretną i realną koncepcję walki z tymi, po których minister „idzie”. Tacy co od dwóch miesięcy pozostawiają bez odpowiedzi prośbę wicepremiera Ukrainy o pomoc Polaków w szkoleniu i reformie ukraińskiej policji tylko dlatego, że przeszło przez ręce funkcjonariusza, którego minister personalnie nie lubi (kopia pisma ukraińskiego w posiadaniu autora). Sabotują w ten sposób politykę zagraniczną własnego rządu… No chyba, że ta polityka zagraniczna też jest „teoretyczna”. Tacy, co bredzą o walce z piratami drogowymi, kiedy podległe im służby ośmieszane są na cały kraj przez jednego bandziora za kierownicą…
Tak Panie Ministrze. Jestem Panu wdzięczny za konstatację co do stanu państwa, w tym Pana resortu. Żałuję jedynie, że na konstatacji się kończy. Będąc na tym stanowisku można było coś naprawić – zamiast psuć to, czego nie zdążyli zepsuć Pana poprzednicy.
Jaki premier, tacy ministrowie – kołacze się stale po głowie. Ciekawe jak odkręci niemiłe wrażenie premier. Postraszy PIS-em? Zmarszczy brwi ( w tym jest dobry) i zdymisjonuje kliku „złych bojarów” ratując image „dobrego cara”? Pogada o piłce nożnej? Może o ustawie antyaborcyjnej i prawach gejów – to zawsze można wyciągnąć, żeby odwrócić uwagę od nagłych problemów? Czy może wymyśli coś nowego, bojąc się, że powtarzana do znudzenia taktyka wreszcie przestanie działać? Nie mogę się doczekać.
Żeby nie było, że jestem nastawiony negatywnie. Jest jeden pozytyw – dzięki aktywnej postawie rządu z MSW na czele jesteśmy zabezpieczeni przed powodziami! W końcu nikt od dawna nie narobił tylu „wałów”.

UKRAIŃSKA „WOJNA O KONSTYTUCJĘ”

3 maja 1791 roku tłum warszawiaków wiwatował przyjęcie ustawy zasadniczej.

 

Tłum miał w jej przyjęciu  udział niemal tak ważny jak piszący ją politycy. Bez nacisku tłumu dokumentu zapewne nie przyjęto by w tym dniu. Tłum miał dość fikcyjnego niewydolnego państwa i postawił na swoim. Potencjalni oponenci – ci nieliczni, którzy byli wówczas w stolicy – nie śmieli się odezwać.
Tłum – co nie zdarza się często – wykazał odpowiedzialność za państwo. Państwo, które de facto nie działało, choć istniało na papierze.  Które było bezbronne, choć formalnie miało armię. W którym nie działało prawo, choć formalnie istniały przepisy. Które choć teoretycznie suwerenne nie mogło decydować o sobie – kluczowe decyzje podejmował poseł sąsiedniego mocarstwa.
Konstytucja dawała szansę na zmianę. Na stabilne , reformatorskie rządy, na zbudowanie silnego państwa prawa, które samo będzie decydować o własnych losach.
Tego właśnie nie zdzierżyło sąsiednie mocarstwo. Inwazja, która potem nastąpiła przeszła do historii jako „Wojna o Konstytucję”.
Choć sąsiednie mocarstwo  w swoich  granicach gnębiło wszystkich, a zwłaszcza wszelkiego rodzaju mniejszości, formalnie interweniowało w obronie mniejszości.
Tak przedstawiano to na salonach, a zachodni dyplomaci i intelektualiści przyjmowali absurdalne tłumaczenie to z powodu naiwności, to z przekupstwa.
Właściwie nic dodać nic ująć – tylko daty zmienić i nazwiska. No i słowo „konstytucja” zastąpić jakimś zamiennikiem – bo lud na kijowskim Majdanie i walcząca obecnie o życie Ukraina  nie wprowadzili żadnego dokumentu.
 Poza tym wszystko jest podobne – tłum doprowadza do zmian, które mogą zatrzymać panujący rozkład. Rozkład na każdym kroku – martwe przepisy, ledwo przędząca armia, wszechobecna korupcja, sprawowanie rządów przez ambasadora sąsiedniego mocarstwa.
 Tak jak wtedy sąsiednie mocarstwo nie chce na to pozwolić. Też najeżdża i też rzekomo w obronie mniejszości, choć samo na własnym terytorium praktykuje do potęgi to, co zarzuca swojej ofierze.  Znowu część zachodniej opinii…
Tak. Po ponad dwustu latach Ukraińcy też mają swoją „Wojnę o Konstytucję”.
Oby z szczęśliwszym zakończeniem.

UKRAINA – DOPIERO POCZĄTEK?

Wszystko wskazuje na to, że dopiero się zacznie. Siły rosyjskie na granicy przekraczają liczebnie całe ukraińskie siły lądowe. Przed inwazją na resztę kraju Putin mówi „sprawdzam” na Krymie. Po dzisiejszych wydarzeniach jeśli nie będzie zdecydowanej odpowiedzi z Zachodu uzna, że ma zielone światło. A zdecydowanej odpowiedzi ze strony bandy zdziecinniałych tchórzy raczej się nie spodziewam. „Męstwa” współczesnego Europejczyka jest akurat na tyle, żeby porobić wygibasy na kolejnych „manifach” i „narażać się” na froncie walki o znaczenia płciowe poszczególnych słów. Rozumu też zostało mniej więcej na tyle.

Tymczasem reakcja potrzebna jest natychmiast.

Obym się mylił ale coraz bardziej wygląda na to, że Ukraina przepada. Sama bez pomocy militarnej nie ma żadnych szans. Choćby pomocy w nowoczesnym sprzęcie, jeżeli już nie klasycznej pomocy. Tego nikt nie zaryzykuje i Putin o tym wie. O stanie ukraińskiej armii też wie dużo. Z pewnością więcej niż my. Po tylu latach kontroli nad Ukrainą ilość dobrze uplasowanej agentury pozwala mu zapewne mieć informacje na bieżąco z pierwszej ręki.

No chyba, że jednak Zachód coś zrobi. Nawet nie militarnie, ale poprzez dotkliwe sankcje, nie tylko grożenie nimi.

Jeśli padnie Ukraina możemy zacząć czekać na swoją kolej. Znajdą się tacy, którzy będą postulować czekanie połączone z nic nierobieniem. Wierząc nadal w swoją gwarantowaną sojuszami nietykalność. Nie wiem czy tak skrajnie nieodpowiedzialna postawa może obecnie przeważyć nawet u nas. Chociaż na pewno Putin nie szczędzi środków, żeby poglądy tego typu pojawiały się w naszych mediach. Teraz też pewnie nie szczędzi grosza na to, co w żargonie służbowym nazywa się „środkami aktywnymi”. Ostatnie dwa dni to wysyp dziwnych wypowiedzi w prasie na temat zaistniałej sytuacji. Wszystko przebił pewien niemiecki weteran SPD, który oświadczył, że winę za całą sytuacje ponosi… przyjęcie Polski do NATO… bo Rosja czuje się zagrożona. Oczywiście gdyby nie to, Putin z ogromnym entuzjazmem pozostawiłby Ukrainę niezależną prawda?
Przypomnę, że Ukrainie również nietykalność gwarantują sojusze – częściowo z tymi samymi gwarantami co nasi. Nie chcą umierać za Kijów – nie łudźmy się, że będą chcieli za Gdańsk czy Warszawę. Jeszcze gdyby była tarcza, ważne instalacje z dużą ilością amerykańskich żołnierzy – jest szansa, że w razie napadu na nas byliby naszymi zakładnikami, że musieliby nas bronić, żeby bronić siebie. Do dzisiaj pamiętam brednie osób opowiadających, że instalacje obronne to „prowokowanie” Rosji. Zupełnie jak „prowokowanie” Hitlera przerwaną na wniosek aliantów mobilizacją w 1939 roku…

Tymczasem Nasi wpadli w panikę i nagle w ciągu tygodni przyśpieszają łupki, zmieniają plan modernizacji armii, zaczynają mówić że nie jesteśmy bezpieczni, że koncentracja wojsk przy niemieckiej granicy od czasów PRL to przeżytek, może zaczną przyśpieszać ślimaczącą się budowę gazoportu… Publicyści, którzy jeszcze niedawno każdego, kto zwracał uwagę, że kraj za jakiś czas może nie być bezpieczny uważali za paranoika, publikują artykuły o wrogu u bram. Pamiętam jak na moje utyskiwania, że mamy armię niezdolną do obrony terytorium słyszałem zadawane z politowaniem pytania: „a któżby miał nas napadać”, „po co”? Rządzący i ich zwolennicy nagle przestali zauważać przejaw paranoi w widzeniu rosyjskiej polityki jako imperialnej układanki, w której coraz bliżej nam do roli następnego puzzla.
Chwała im za zmianę myślenia. Lecz ciśnie się na usta pytanie – dlaczego dopiero teraz? Przez tyle lat żaden na to nie wpadł? Żadne służby nie działają? A może nikt ich nie słuchał?  Żadni doradcy do spraw bezpieczeństwa i spraw międzynarodowych nie doradzili, że lepiej coś robić?

To może wpadnijmy na jeszcze jeden innowacyjny pomysł – żeby oczyścić armię i administrację ze złodziei i miernot. Nawet jeśli to są miernoty i złodzieje z „naszej” opcji (gwoli sprawiedliwości – każda opcja ich miała, czasem nawet tych samych). Bo kto ma planować obronę w nowym stylu – czy ci sami urzędnicy w mundurach, którzy jeszcze niedawno chcieli zlikwidować GROM, bo raził w oczy swoją mobilnością i profesjonalizmem? Czy ci urzędnicy w mundurach, którzy siedzą nad formułkami i pokazami zamiast na poligonach? Wtajemniczeni wiedzą, że nawet wśród wyjeżdżających do Afganistanu część stanowili układowcy, którzy nigdy nie wyjeżdżali poza bazy, ani nie pełnili w nich żadnych pożytecznych funkcji, ale trzeba ich było zabrać bo chcieli zarobić i mieli wysoko postawionego wujka. Może czas zmienić również to panowie? Oraz pozbyć się tych którzy kradną przy co drugim (zgodnie ze wskazaniami NIK) państwowym przetargu? W obliczu niebezpieczeństwa to niemal tak niebezpieczne jak współpraca z nieprzyjacielem.
Lepiej późno niż wcale panowie. Jeśli naprawdę zmieniliście myślenie i praktykę to życzę wam sukcesu. Szczerze, choć nie bezinteresownie – od tego zależy również moje bezpieczeństwo.

MINISTER DAŁ NA TACĘ?

Zastanawiałem się na co by się oburzyć i jak zwykle z pomocą przyszedł mi Internet. Tam wszyscy oburzają się dotacją na Świątynię Opatrzności Bożej. 6 milionów wydał z naszej kieszeni minister Zdrojewski i „dał na tacę”, jak na łamach tych samych na których pozwalam sobie wyrazić wątpliwości skonstatował sławny pisarz. Koledzy „udostępniali” i „lajkowali” i już miałem się również oburzyć, kiedy pomyślałem: zobaczmy na stronę ministerstwa!

A tam w zagubionych wśród zgiełku Facebooka Excelach wykaz setek milionów na dotacje w roku 2013! Same dotacje podmiotowe przekraczają znacznie 100 milionów!

W tym zapewne dotacje finansujące projekty na poziomie  Krytyki Politycznej, czy nowoczesnych artystów wystawiających słoiki z moczem, lub teatry pokazujące aktorów kopulujących z kurtyną…

To trochę zmienia perspektywę – pomyślałem. Ze mnie człowiek mało religijny – choć korzystam z łamów i grzeczności katolickiego tygodnika – niemniej uczciwość nakazuje zrobienie bilansu zanim przyłączę się do oburzenia. I tak sobie myślę, że skoro już dotujemy rozliczne projekty z kieszeni podatnika nie pytając go o zgodę, to mogą być różne. W tym takie jak świątynia, która jest również elementem kultury, podobnie jak Katedra na Wawelu (o zgrozo może być wspomagana przez państwo!), czy parę innych kościołów. W dodatku wbrew pozorom elementem  historycznym zważywszy na to kiedy i w jakich okolicznościach powstał pomysł jej wybudowania (autorzy Konstytucji 3 Maja ponad 200 lat temu).

Smaczku dodaje fakt, na który zwróciła uwagę Liliana Sonik na łamach Dziennika Polskiego – dotacja przeznaczona jest nie na sam obiekt religijny lecz na muzeum Jana Pawła II. Oczywiście część osób oburzy się jeszcze bardziej, nie zastanawiając się zapewne jak śmiesznie zostaliby odebrani gdyby oburzyło ich np. dofinansowanie muzeum Mahatmy Gandhiego przez rząd indyjski. A przecież porównanie jest jak najbardziej trafne.

 

Choć osobiście jestem przeciwnikiem wielu dotacji , że nie wspomnę o ministrze i całym rządzie, a i czasem zastanawiam się czy pieniędzy Kościoła nie lepiej by było wydać inaczej niż na monumentalny obiekt religijny, trudno mi nie stanąć w obronie ministra w świetle całości wydatków resortu. Marketing słowny nie powinien przegrywać z postrzeganiem faktów – wszystkich, nie tylko niektórych.

Warto znać je w całości, zanim napisze się artykuł na temat jednego z nich. Jest przecież tyle innych wydatków, którymi można się oburzać znacznie bardziej.

CZY PREZYDENT NIEMIEC ZWARIOWAŁ?

Pewnie tak zdiagnozowałby jego zachowanie niejeden polityczny realista. Z drugiej strony tzw. realizm w polityce niejednokrotnie doprowadzał nie tylko do sytuacji obrzydliwych, ale również do katastrof. Tak, więc postulat brania pod uwagę kwestii etycznych w polityce być może wcale nie jest taki niedorzeczny jakby chcieli zawodowi politycy. I chyba dobrze, że nie wszyscy nimi są. Zwłaszcza prezydent najpotężniejszego państwa UE.

Prezydent Gauck postanowił, że nie pojedzie na olimpiadę w Soczi.. To tylko kropka nad „i” – prezydent Niemiec jeszcze ani raz nie pojechał do Rosji. Najwyraźniej obiady w towarzystwie byłego czekisty nie pociągają syna ofiary czekistów. A może prezydent Niemiec zdaje sobie sprawę z przysłowia, “z kim przestajesz takim się stajesz”? Zazdroszczę im trochę takiego polityka…

Na razie sprawę próbowała załagodzić niemiecka kanclerz jednocześnie wypowiadając chyba najśmieszniejszy tekst w swoim życiu. Powiedziała mianowicie, że impreza taka jak olimpiada może polepszyć przestrzeganie praw człowieka. Jak tego typu imprezy „polepszają” sytuację widzieliśmy w Chinach, gdzie tuż przed olimpiadą wykonano pospiesznie zaległe egzekucje i masowo powsadzano do obozów różnych nieprawomyślnych. Sytuacja po jest gorsza niż przed imprezą, co wydaje się logiczne – skoro mnie nagradzają za bandytyzm, znaczy mogę kontynuować a nawet się rozwijać w przestępczym procederze. O tym, że cham rozumie tylko chamski język a grzeczność uznaje za słabość i frajerstwo mało kto pamięta. Za wyjątkiem prezydenta Gaucka, którego pewnie nazwano by w Polsce oszołomem… gdyby urodził się w Polsce nie w Niemczech.

W każdym razie cieszy, że są jeszcze politycy mający własne poglądy. Zwłaszcza w kraju, którego poprzedni kanclerz został przez Putina kupiony w dosłownym tego słowa znaczeniu w aferze, przy której wszystkie nasze afery korupcyjne się chowają.

Boję się tylko, że prezydent Gauck należy do gatunków endemicznych. A jego odtworzenie, jak kiedyś polskiego żubra, nie będzie łatwe. Nawet jeżeli ktoś się tego podejmie.

 powiązany wpis:

http://pawelleski.blog.pl/tag/gauck/

.

SEN

Może trochę nie na miejscu używać zwrotów wielkiego Amerykanina, ale trudno: Tej nocy miałem sen.

Nie był to co prawda piękny sen. Był to sen ze wszech miar absurdalny. Jak to bywa w absurdalnych snach nic nie było takie jak powinno. Byłem w znanym mi otoczeniu ale karykaturalnie zniekształconym. Poszedłem coś zjeść do eleganckiej restauracji. Chyba krakowski Wierzynek. Otworzył facet w liberii i zapraszając do środka splunął na podłogę. Zaprowadzili mnie do stolika. Stał na nim półmisek … z kompostem. Nie wytrzymałem i wyszedłem. Coraz bardziej zdziwiony rozglądałem się po Rynku. Ludzie byli w kratkę. Wielu z nich ciągnęło dorozki. Na kozłach siedziały konie z lejcami w rękach. Paliły papierosy i cygara. Przypalały zwiniętymi w rulon obrazami, które podawano im z muzem w Sukiennicach. Gołębie toczyły między sobą bitwę o stragany. Na jednym pędzono bimber. Jeden z gołębi zaczął pić. Pił tak dużo,  że zaczął rosnąć i zmienił się w smoka, po czym pękł.

Miałem dość absurdów. Starałem się trafić do domu ale ulice były do góry nogami i trzeba było iść głową w dół. W dodatku padał deszcz z oranzady i wszystko się lepiło. Po wielu próbach dotarłem wreszcie do domu i położyłem do łóżka. Zdrzemnąłem się chwilę.Otworzyłem komputer i włączyłem oczy.

Absurd trwał nadal. Gazety rozpisywały się o spektaklu pewnej pani zapowiadającej poddanie się aborcji w wigilię. Pewien pan, skądinąd wraźliwy tropiciel „mowy nienawiści”  przyklaskiwał jej sugerując, żeby „zapeklowała zygotkę”. Twarzą sieci komórkowej na natrętnej reklamie był facet lansujący się psimi odchodami w zestawieniu z flagą mojego kraju i agresją seksualną wobec Ukrainek. Poważne stacje nadal go zapraszały a firmy płaciły za reklamy. Wyłączyłem komputer, bo skala absurdu rosła z każdym kliknięciem.

Niech mnie ktoś uszczypnie i powie, że jeszcze się nie obudziłem! Że wszystko jest takim samym absurdalnym snem jak kompost na wierzynkowym stoliku.

Co by Freud powiedział na taki sen?- pytamy nieraz samych siebie.Co by powiedział na taką rzeczywistość…?

POŹYTECZNA NAIWNOŚĆ WIECZNIE ŹYWA

Historia lubi się powtarzać. Niestety historia nie jest w modzie, przynajmniej w Europie. Przysłowie Polak mądr po szkodzie spokojnie moźna rozciągnąć na cały kontynent.

Do dzisiaj pamiętam komentarze dorosłych oglądających w Dzienniku Telewizyjnym w dawnych czasach pochody zachodnich pacyfistów protestujących przeciwko doktrynie Regana i rozmieszczaniu rakiet na terenie Europy. Przeciwnicy zbrojeń wtedy już wiedzieli, że w Europę wycelowane są analogiczne rakiety sowieckie . Mogli też wiedzieć gdyby dobrze poszperali, że również jeśli chodzi o broń konwencjonalną są daleko w tyle. Ale co tam grzebać, lepiej iść na manifę. Najłagodniejsze komentarze oglądającyh to wówczas Polaków nie schodziły poniźej „pożytecznych idiotów”. Pożytecznych oczywiście nie dla nas jako społeczeństwa, lecz dla władz państw komunistycznych.

Obecnie, po udostępnieniu kilka lat temu archiwów Układu Warszawskiego przez min.Sikorskiego, wiadomo to, co ludzie myślący podejrzewali od dawna- że Europa uratowana została dzięki doktrynie Reagna, do dziś uważanego za wojennego podzegacza. Trudno się dziwić, że gazety europejskie wstydliwie przemilczały dokumenty. Byli aktywiści pacyfistyczni stanowią sporą część establishmentu a także dziennikarzy. Poza tym co tam historia. Najlepiej nawet w szkołach o niej nie uczyć. Jedynie Putin zareagował furią na ujawnienie materiałów. Widocznie nawet on nie zdaje sobie sprawy ze stopnia naiwności wolnego świata.

 

Minęło trochę lat i jesteśmy coraz bardziej zachodni. Niestety nie tylko w dziedzinach, w których warto, ale w „pożytecznej naiwności” również. W obwodzie kliningradzkim już zainstalowane są rakiety, które mogą zmieść z powierzchni ziemi nas i przy okazji Berlin. Mówienie choćby o tarczy rakietowej wywołuje często uśmiech politowania. Mówienie o nieistniejącej jako realna siła obronna armii też. „A kto nas może napaść? W jakim celu?” Oczywiście pewnie w najbliższym roku nikt. Ale myślenie o państwie nie powinno ograniczać się do roku czy kadencji. Zwłaszcza jak się ma w sąsiedztwie mocarstwo rządzone przez faceta właśnie odbudowującego potęgę i doktrynę niedawnego zaborcy.

Sprawa oczywiście nie dotyczy wyłącznie nas. Ale nas przede wszystkim i jestem przekonany, że w razie czego bredzenia europejskich federalistów, aktywistów, optymistów, postępowców, ideowców etc nic nie pomogą. W razie czego nikt w Europie nie ruszy palcem w bucie, bo po pierwsze nie będzie chciał, po drugie potrafił. A u nas większość mężczyzn nawet nie umie obsługiwać broni. Ameryka, która w minionym wieku kilka razy ratowała Europę, ma ważniejsze sprawy w Azji z zagrożeniem chińskim niż bronienie infantylnych europejczyków. W dodatku jeszcze jeden Obama i będzie podobnie infantylna. Ewentualnie jeden Bush i będzie całkiem znienawidzona…

Historia lubi się powtarzać. Błędy i cena jaką się za nie płaci niestety też.