Archiwa kategorii: SPRAWY BIEŻĄCE

KUBUŚ PUCHATEK – REAKTYWACJA

Niedawno, niedawno temu był sobie Stumilowy Las. Zmienił się od czasu, kiedy Kubuś Puchatek był bohaterem bajek. Stary Miś poszedł na emeryturę, natomiast karierę robił Młody Miś, zwany również „Misiewiczem”. Młody Miś odziedziczył po Starym Misiu mały rozumek i skłonność do popijania „małego conieco”, zwłaszcza kiedy wyjeżdżał na delegację. Karierę robił u Prosiaczka, który od dawnych czasów zmężniał i nikt nie śmiał wchodzić mu w drogę. Prosiaczek odpowiadał za bezpieczeństwo Stumilowego Lasu. Miał jasno określone odpowiedzi na jasno sprecyzowane pytania zanim sprawdził czy odpowiadają one rzeczywistości i skłonność do dobierania współpracowników z doświadczeniem odwrotnie proporcjonalnym do wysokości zajmowanego stanowiska. Obie tendencje przejął od swoich zaciętych wrogów, którzy rządzili lasem w poprzednich latach i których wówczas za to krytykował. Obecnie oni krytykowali za to samo jego.  Można powiedzieć, że w pewnym sensie w Stumilowym Lesie ciągłość systemowa trwała w najlepsze, choć na poziomie retorycznym Prosiaczek i jego drużyna jawili się jako przeciwieństwo poprzedniej ekipy Krewnych i Znajomych Królika.

Krewni i Znajomi Królika przez osiem poprzednich lat zadłużyli las bezprecedensowo i pod hasłem „Lasu w Budowie” rozbudowali nad podziw skutecznie kreatywną księgowość i stanowiska w administracji, jako, że Krewnych było bardzo dużo i każdy musiał mieć fuchę. W pewnym momencie o mało nie sprzedali całego Stumilowego Lasu. Zapewne dlatego przerażeni mieszkańcy oddali władzę Prosiaczkowi i spółce wpadając niejako z deszczu pod rynnę.

Gwoli historycznej ścisłości należy nadmienić, że sam Królik nie brał udziału w inicjatywach Krewnych i Znajomych. Nieco wcześniej założył w centrum lasu restaurację „Pędzący Królik” (zawsze gdzieś się śpieszył), której kuchnia na tyle zaszkodziła paru ważnym Krewnym, że reszta obchodziła Królika z daleka. Podobnie unikano Sowy i jej przyjaciół. Dobrze natomiast miał się Kłapouchy, który w ostatnich latach doczekał się wielu pobratymców w Stumilowym Lesie. Obsadzili oni leśne media i z uporem właściwym swojemu gatunkowi wybierali fragmenty faktów starając się nie tylko oczernić strony konfliktu (te kompromitowały się skutecznie same własnym zachowaniem) ile wybielić jedną ze stron w zależności od swoich sympatii. Jednocześnie Tygrysek zaczął brykać ze zdwojoną siłą zwłaszcza na Prosiaczka pociągając za sobą wielu statecznych mieszkańców, jednak wkrótce okazało się, że tygrysy lubią wszystko oprócz przejrzystego gospodarowania składkami i nawet Maleństwo zaczęło się na niego boczyć, a Kangurzyca odmówiła kolejnej porcji tranu i zagroziła, że jak zacznie o wszystkim mówić to Tygryskowi w pięty pójdzie.

Pozostaje zapytać co z Krzysiem? Krzysiu dawno opuścił las, bo dorósł i szkoda mu było czasu na infantylne zabawy pluszaków. W Stumilowym Lesie pozostali oczywiście mieszkańcy, którzy albo nie mieli gdzie odejść, albo nie chcieli, bo kochali las. Może nawet żyli długo i szczęśliwie… ale głosować żywcem nie mieli na kogo…

JEDNAK „PO-PIS” ?

Dawno, dawno temu, zanim zaczęła się wojna na śmierć i życie, zanim okrzyknięto się zdrajcami i oszołomami en bloc (to ważne bo jednostki wypełniające definicję owych terminów zapewne by się znalazły), zanim zaczęto „dożynać watahy”, niszczyć „drugie sorty”, urządzać zadymy na cmentarzach, czy ataki na ulicach, a więc dawno, dawno temu,  był sobie termin „PO-PIS”.

Termin ów używany był przez naiwnych, którzy wierzyli w jakieś brednie o interesie państwa, wspólnej przeszłości ważniejszej niż obecne różnice – ot takie bajki dla dorosłych  dzieci, do których niżej podpisany (oj głupi, głupi) się zaliczał. Ponieważ był w niezłym towarzystwie, to jednak nie bardzo się tej naiwności wstydzi. No może trochę…

„PO-PIS” od lat jest terminem egzotycznym bardziej niż Atlantyda i wydaje się bardziej przebrzmiały niż gród w Biskupinie. A tu jednak… „PO-PIS” reaktywacja!

Może nie dosłownie – nie będzie koalicji Schetyny z Kaczyńskim, a Drzewiecki nie obejmie wspólnego resortu z Jackiewiczem. Ale w pewnym sensie. Sens ów polega na coraz mniejszej różnicy. Przynajmniej z punktu widzenia tych naiwnych, którzy liczyli na to, że zmienią się nie nazwiska i retoryka, lecz esencja. Tych naiwnych, którzy głos oddali na zmianę nie dlatego, że stanowią elektorat PIS-u, tylko tych, którzy zacisnęli zęby i stwierdzili, że niedostatki intelektualne otoczenia Kaczyńskiego (z wyjątkami) i nawet apele smoleńskie na Polu Grunwaldzkim są ceną do zapłacenia za zakończenie powszechnego złodziejstwa i rozmontowywania bezpieczeństwa państwa, czyli wszystkiego tego co nazywamy „Państwem Teoretycznym”. W końcu za pierwszego PIS-u skala złodziejstwa w Polsce zmniejszyła się w znaczący sposób i kilka pozytywnych zmian wprowadzono (choćby gazoport)…

Oj naiwni głupcy – niektórzy podwójni – bo w 2007 roku uwierzyli w PO, a w 2015 w usunięcie praktyk PO (jak choćby niżej podpisany)!

Masowa kontrola służb w spółkach Skarbu Państwa cieszyłaby może, tylko troszkę późno się zaczyna. O tym co się dzieje w tych spółkach wcześniej nie wiedziano? Nie zamierzam dołączać do chóru wzdychającego do poprzedniej władzy przygotowującej ustawy na cmentarzu, czy ekspresowo głosującej zmiany w prawie przygotowane przez adwokata pewnego milionera, który dzięki nim nie stanął przed sądem mimo, że akt oskarżenia był już gotów. Do władzy próbującej zmienić w nocy konstytucję, żeby sprzedać lasy państwowe i w ogóle do afer średnio co miesiąc. Nagła aktywność „obrońców demokracji”, którzy wówczas siedzieli cicho raczej nie przekonuje mnie. Ale miało być inaczej. Nie choćby tak, jak w jednej ze spółek PKP, gdzie szef biura bezpieczeństwa, którego innowacyjne pomysły powodujące milionowe oszczędności dzięki ukróceniu kradzieży, w ramach „dobrej zmiany” został zastąpiony dwoma dyrektorami z wątpliwymi kwalifikacjami (doświadczenie jednego z nich opiera się na tym, że ma brata prokuratora – ale za to wysoko ustawionego). Dwoma, bo biuro podzielono… obaj chcieli być dyrektorami… A w PKP właśnie wyrasta ogromna afera korupcyjna. Jednocześnie nowosądecki hochsztapler – były szef Solidarności, który do „głodowej” związkowej pensji w wysokości 20 tysięcy złotych musiał dokraść kolejne dziesiątki tysięcy rozpisując się jako fikcyjny maszynista na weekendowe przejazdy lokomotywą, za co skazał go  sąd, teraz wraca do spółki, którą okradał, wycinając z pracy świadków, którzy przeciwko niemu zeznawali. Ot prawo silniejszego… i sprawiedliwość również silniejszego…

Bagno w spółkach Skarbu Państwa wygląda „rozwojowo” w rok po zmianie. Ten sam gnój tylko muchy inne – jak powiedział pewien krakowski piosenkarz.

Bezpieczeństwo państwa też pozostawia wiele do życzenia. Zaczynało się nieźle – ważne umowy z Ukrainą, Obrona Terytorialna… Ale najlepszą ideę można zniszczyć. Obronę Terytorialną tworzą między innymi tuby rosyjskiej propagandy, personalnie związane z jedną z rosyjskich spółek zamieszanych w warszawską aferę reprywatyzacyjną. Powiązania te sięgają poziomu MON i Sztabu Generalnego. Trudno się dziwić, że do OT wchodzą „patrioci” choćby z Falangi, znanej z agresywnej prorosyjskiej retoryki.  OT otwarta jest dla towarzystwa szkolonego na obozach pod Moskwą.  Nasuwa się pytanie czy tworzymy polską OT czy raczej przyszłe „zielone ludziki”. Wygoleni na łyso chłopcy związani z partią „Zmiana” Mateusza P., siedzącego w areszcie śledczym z podejrzeniem szpiegostwa służą już również w profesjonalnych jednostkach wojskowych – choćby w Gliwicach. Ci sami chłopcy, którzy jeszcze niedawno chwalili się na Facebooku związkami z DNR-em i… Hezbollahem. Gdzie ochrona kontrwywiadowcza? Pewnie nigdzie, skoro od roku służby działają na ćwierć gwizdka, a szefowie do dzisiaj nie mogą się zdecydować z kim chcą pracować, a z kim nie, utrzymując bez końca „stanowiska tymczasowe” osób którym nie do końca ufają, ale na których nic nie mają.

Królujący za PO model otaczania się przez decydentów ludźmi typu BMW (bierny, mierny ale wierny), brzuchatymi pułkownikami, którzy nigdy nie pracowali w terenie i ich jedynymi kwalifikacjami jest robienie kariery, ma się świetnie. Nie zmieniło się wiele w „teoretycznych” służbach. Nie zmienił się absurdalny system dowodzenia wprowadzony przez poprzednią ekipę powodujący, że wojsko składa się głównie ze zwalczających się konkurencyjnych dowództw i najliczniejszych procentowo generałów na świecie.

Zmieniła się retoryka. Tylko czy dla zmiany retoryki warto było fatygować się do głosowania? „PO-PIS” wiecznie żywy! „Popisali się” jedni i drudzy…

Miało być dobrze, wyszło jak zwykle…

BYŁA AFERA – JEST CISZA

Cieszę się, że Jerzy Zelnik postanowił skarżyć Kubę Wojewódzkiego. Choć boję się, że przy pobłażliwości polskich sądów dla celebrytów znowu Wojewódzkiemu się upiecze. Tak jak w przypadku polskiej flagi w psich odchodach czy „żartów” na temat gwałcenia Ukrainek. Po tych dwóch „prowokacjach” (jak zwykło się u nas nazywać zwykłe chamstwo) nie tylko nikt go nie skazał, ale rzesze osób podają mu rękę, oglądają, przyjmują zaproszenia do jego ćwierćinteligenckich programów. No, Duda nie przyjął. Całe szczęście – nie dlatego, że jest Dudą, ale dlatego, że jest Prezydentem i dbanie o minimum powagi dla sprawowanego przez siebie urzędu jest jego obowiązkiem.

Ale wracając do sprawy Zelnika. Z dużym, ale miłym zaskoczeniem przeczytałem artykuł Grzegorza Sroczyńskiego w Gazecie Wyborczej Przeprosić Zelnika (http://wyborcza.pl/1,75968,19041688,przeprosic-zelnika.html?disableRedirects=true). Przynajmniej jeden zachował się przyzwoicie i nie dołączył do stada moralnych autorytetów idących w zawody kto wymyśli gorszy epitet pod adresem aktora. Najczęściej padało słowo „donosiciel”.

Pojawiały się przymiotnik „stalinowski”, „ubecki”. „Jerzy Zelnik w pełnej krasie szmaciarstwa i kapusiostwa” – pisał Zbigniew Hołdys. „Nie wiem, czy to głupota, brak inteligencji, zazdrość zawodowa czy jednak opętanie. A może jednak posunięte do granic cwaniactwo” – pisała pewna dziennikarka. To tylko próbka. Na wyżyny analizy politologiczno-psychologicznej wzniosły się damy, które w TV znęcały się nad aktorem, którego głównym przewinieniem jest to, że nie podziela poglądów politycznych większości show-biznesu. Może jeszcze to, że jest praktykującym katolikiem. No może jeszcze to, że zamiast uganiać się za dziewczynami, czy chłopcami i robić z tego lans przeżył większość dorosłego życia ze swoją żoną. W telewizyjnym „seansie nienawiści” padło nawet odkrywcze stwierdzenie o tym jak to wspierana przez Zelnika partia robi z ludzi donosicieli.

Bardziej niż na wyrok sądu czekam na to, czy ci wszyscy ludzie zdobędą się na „przepraszam”. Wątpię…

Z WARSZAWY DO KRAKOWA

Cieszę się gdy mogę dojechać szybko z Warszawy do Krakowa. Cieszę się, gdy pociąg jest czysty i cichy. Choć w kraju od 10 lat będącym członkiem Unii Europejskiej czystość powinna być tak normalna, że niemal niezauważalna. Cieszę się, że jadę pustym niemal pociągiem i mogę wybierać miejsca nie patrząc na to, co mam napisane na bilecie…

No właśnie – przy tym ostatnim mam już mieszane uczucia. Bo puste jest z jakiegoś powodu. Pewnie z tego, że bilet kosztuje 150 złotych, a na jadące 20 minut dłużej TLK tylko 60. Co prawda w ramach promocji Pendolino drastycznie ograniczono ilość kursujących TLK, ale to raczej powoduje tłok w tych ostatnich niż likwiduje pustki w Pendolino.  Bilet jest drogi, bo też inwestycja była droga. Cóż wybrano wg kryterium ceny, jak to w przetargach, tylko z jednym ale. Odnoszę wrażenie, że kierowano się wysokością ceny, a nie jej niskością. Wszak można było kupić polskie pociągi, których jakość nie ustępuje chyba europejskim standardom, skoro kupują je… Niemcy. Na dodatek pieniądze zostałyby w kraju, a rząd dołożyłby sporą cegiełkę do walki z bezrobociem. Kupiliśmy włoskie – droższe ale za to ładnie z włoska brzmiące. Nasuwające skojarzenia nie tylko z włoskim językiem ale również aferami korupcyjnymi, jakie były udziałem producenta. Czy to również aspekt naszego wyboru? To może kiedyś ktoś wyjaśni ale podejrzenia nasuwają się same, bo sensu inwestycji nie widać. Absurdalne tłumaczenie, że „Pendolino może jechać szybciej” raczej wskazuje na maskowanie braku argumentów. Bo NIE MOŻE po polskich torach i jeszcze długo nie będzie mogło.

Natomiast za 150 złotych w jedną stronę (to fakt, że z klimatyzacją, co przy obecnym klimacie jest atutem, który jednak stare polskie ekspresy też miały) mam ładnie wyglądający wagon z najmniej wygodnymi siedzeniami jakie spotkałem w polskich pociągach. Kubełkowe siedzenia wyprofilowane są w pozycję niemal embrionalną ustawiającą plecy w pozycji półkolistej – odwrotnej do naturalnych krzywizn zdrowego kręgosłupa. Jeśli ktoś już i tak z plecami ma problemy, to po ponad dwóch godzinach w Pendolino ich pogorszenie ma gwarantowane. Zwłaszcza jak posiedzi przy komputerze do którego na stolik z siedzenia ciężko sięgnąć nie prostując rąk przy wygiętych jednocześnie w pałąk plecach. Wyciągniętych do komputera, w którym miał nadzieję znaleźć Internet. Ale nie! Za 150 złotych Internetu nie będzie! W zamian za to zainwestowano spore pieniądze w 13 monitorów na wagon, które serwują idiotyczne filmiki bez głosu (na szczęście) i pasjonujące hasła w stylu :”Czy wiesz ilu pasażerów patrzy teraz w monitor?”

Nie wiem proszę państwa i mało mnie to obchodzi. Natomiast zasięg Internetu i komfortowa jazda, w dodatku za mniejsze pieniądze i przy jednoczesnym tworzeniu miejsc pracy w Polsce obchodzi mnie bardzo. Jak pewnie nas wszystkich. Może za wyjątkiem tych, którzy na tej absurdalnej decyzji zarobili.

MIĘDZY RACJĄ A CHAMSTWEM

Są chwile, w których to, kto ma rację nie jest najistotniejsze. Niemal nigdy nie jest to jedynym istotnym czynnikiem. Cywilizowane zachowanie, czy mówiąc dosadnie brak zachowań chamskich też jest istotne. Waga zachowania wzrasta w sytuacjach i miejscach szczególnych, wymagających okazania ponadprzeciętnej kultury i powagi. Są takie miejsca, są takie rocznice…

Mam skrajnie negatywną opinię o ustępującym Prezydencie. Mam skrajnie negatywną opinię, o ustępującej (mam nadzieję) Pani Premier. Niemniej gwizdanie na ich widok na cmentarzu, na powstańczych uroczystościach uważam za zwykłe chamstwo i dowód, że gwiżdżący są zwykłymi smarkaczami – nawet jeśli są w podeszłym wieku.

Czuję zażenowanie, kiedy politycy starają się takie chamstwo usprawiedliwiać, zamiast nazwać po imieniu. Albo – jeszcze lepiej – zamiast starać się do niego nie dopuścić. To nie pan „Y”, czy pani „X” składają kwiaty – to Premier, Prezydent , Minister wybrany przez Naród w demokratycznych wyborach. Też mierzi mnie ten wybór – ale należy go uszanować i stronić od chamstwa.

Próba usprawiedliwiania chamstwa i agresji (wiem, wiem po drugiej stronie też jest agresja, ale co to ma do rzeczy) w wykonaniu polityka środowiska konserwatywnego jest szokujące znacznie bardziej niż w innym środowisku. W końcu gdzie jak nie wśród konserwatystów oczekiwać należy dobrego wychowania i szacunku dla miejsc pamięci? A tu proszę – profesor Gliński stara się usprawiedliwiać zachowanie profanujące cmentarz i Powstanie Warszawskie. Gdyby to był Palikot… ktoś ze środowiska Krytyki Politycznej… wtedy bym się nie dziwił.

Panie i Panowie – dajcie na wstrzymanie. Przecież Wasza popularność wyrosła na walce z chamstwem i przemocą – dawno, dawno temu, kiedy Lech Kaczyński był jeszcze Ministrem Sprawiedliwości. Nie zapominajcie o tym.

Zresztą poza aspektem moralnym i estetycznym jest jeden bardzo praktyczny – każdy taki numer ogranicza ilość osób, które wcześniej niezdecydowane, mogą zostać Waszymi wyborcami. Liczenie na to, że wszyscy zacisną zęby i powiedzą : „bez względu na cokolwiek trzeba ratować kraj i głosować na kogokolwiek byle przeciw PO” może zawieść. Wielu ludziom paskudne obrazki zapadają w pamięć bardziej niż dziesiątki bezkarnych afer, „gierkowskie” długi, niszczenie wojska i służb, kumoterstwo i to wszystko czego tak mamy dość w naszym „państwie teoretycznym”.

Przemyślcie to proszę. „Estetyka może być pomocna w życiu” – jak pisał Herbert. Ja Wam naprawdę dobrze życzę…

EWA KOPACZ JAK BOLESŁAW CHROBRY

Rząd postanowił powrócić do źródeł. Do początkowych sukcesów państwa.

Zaczęto od modelu zarządzania. W czasach pierwszych Piastów nie było stałego geograficznego ośrodka władzy i książę był cały czas w podróży. Objeżdżał swoje włości i wszystkiego sam doglądał w każdym zakątku księstwa. W ten sposób utrzymywał jedność kraju i kontakt z poddanymi. Ani książę, ani poddani nie jeździli co prawda pociągami, za którymi podążają puste limuzyny i samoloty, lecz końmi, z mniej nowoczesnym orszakiem. Ale to detal – też drogo kosztowało.

Powrót Polski do praźródeł uwidocznił się w pełnej krasie podczas wyjazdowego posiedzenia całego dworu, przepraszam – rządu, na Śląsku. Oferta inwestycyjna, oraz rządowe priorytety, parytety i parapety dotyczące województwa łódzkiego ogłoszone zostały przez księżną w samej Łodzi. Z Warszawy głosu by nie doniosło, o rozstawnych koniach nikt nie pomyślał. No i jak tu  inaczej Łódź czy Katowice powiadomić o tym, co ich dotyczy?

Ta tendencja widoczna była już za panowania księcia Donalda. Ów jeździł głównie po rozlicznych katastrofach i powodziach. Oczywiście nie po to, żeby odciągać od swoich zadań policję i przeszkadzać ratownikom przedkładając nad życie i zdrowie ratowanych własną popularność. On, jak to kiedyś wyjaśnił, musiał przekonać się na miejscu jaka jest sytuacja. Z czego wynika, że nie miał – podobnie jak pierwsi Piastowie – żadnych nowoczesnych służb umożliwiających orientowanie się w tym co się w państwie dzieje. Dobrze, że nigdy nic nie wydarzyło się w dwóch miejscach jednocześnie.

Raz nawet raczył książę Donald sam wziąć łopatę i umacniać wały przeciwpowodziowe. Z tego wynika, że również on wzorował się na czasach przedjagiellońskich. Wszak już Jagiełło dowodził bitwą pod Grunwaldem z pobliskiego pagórka, co umożliwiało mu kontrolowanie wszystkich działań. Nie pchał się z mieczem do szeregów. Ale może Jagiełło miał na dworze lepszych doradców od zarządzania, a gorszych od „piaru. No i nie dysponował telewizją.

Wszystko to jedynie powrót do Polski piastowskiej, a nie wyciąganie kolejnych pieniędzy z budżetu na kampanię wyborczą, którą winno się finansować z funduszy partyjnych.

Nie mam żadnych wątpliwości.

Czy nadal jesteśmy sojusznikami?

Kluczowym sukcesem Władimira Putina, wydaje się powolne rozbijanie Sojuszu Północnoatlantyckiego. W 25 lat po końcu Zimnej Wojny, po naiwnym stwierdzeniu, że przynajmniej w Europie „historia się skończyła” Sojusz trzeszczy w szwach, a wojna jest coraz bliżej jego wschodnich granic. Pytanie czy nadal jesteśmy sojusznikami jest coraz bardziej uprawnione w ustach Estończyków, Łotyszy, Litwinów, czy Polaków. Należy je zadać szczególnie najsilniejszemu z europejskich sojuszników – Francji. Francja zgodnie z artykułem 5 Traktatu zobowiązuje się do aktywnej obrony w wypadku ataku na kogokolwiek z nich. Ale czy wschodnie narody Sojuszu mogą w to wierzyć, jeżeli ich teoretyczny sojusznik sprzedaje na potęgę broń potencjalnemu agresorowi? Owa agresja jest coraz bardziej prawdopodobna. Przykład Ukrainy pokazuje, że nie będzie to wojna wprost. Raczej rzekomy bunt mniejszości narodowych, których w państwach bałtyckich nie brakuje. Przy uderzeniu na Polskę też znajdą się pewnie jakieś „zielone ludziki” bez dystynkcji, z wcześniejszym doświadczeniem na Krymie czy w Donbasie. Z doświadczeniem obejmującym świadomość, że choćby cały świat wiedział, że są to zawodowi żołnierze rosyjscy, w rosyjskich czołgach i z nowoczesnymi rosyjskimi rakietami, to osoby pokroju Hollanda czy Sarkozyego będą nadal bredzić o „separatystach” i „wojnie domowej”. Swoim zwyczajem będą mówić, że „pada deszcz” na kolejnych konferencjach prasowych, na których Rosjanie będą pluć im w twarz. Ostatnia konferencja w Mińsku i to co się po niej dzieje jako żywo przypomina konferencję monachijską w 1938 roku. Prezydent Hollande wykazał się ignorancją historyczną niestety dość charakterystyczną dla absolwentów postępowych europejskich szkół, w których obrazki Power Point zastępują wiedzę i myślenie. Powiedział, że „przywiózł pokój”. Zupełnie jak Chamberlain po konferencji monachijskiej. Churchill skomentował wówczas – „Mieli do wyboru wojnę lub hańbę, wybrali hańbę, a wojnę będą mieli i tak”. O honorze Hollanda szkoda nawet napomykać. Dalsza część komentarza, ta o wojnie jest prawdopodobna. Do czego prowadzi ustępowanie szaleńcowi marzącemu o imperium, pokazała historia po konferencji monachijskiej. Analogie historyczne dotyczące zdrad sojuszników drażliwe są szczególnie dla Polaków. Doświadczenie tych zdrad w XX wieku kosztowało Polskę między innymi jedną trzecią ludności i 50 lat niewoli. W 1939 roku Francuzi też byli sojusznikami. Po napaści przez Hitlera na Polskę zrzucili na Niemcy… ulotki. Jednak wtedy nie dostarczali Hitlerowi broni. Obecnie eksport broni ofensywnej trwa w najlepsze. Dzięki naciskowi zewnętrznemu i protestom samych Francuzów zawieszono chwilowo najważniejszy z kontraktów – ten na Mistrale. Ale mało kto wie, że równolegle stocznie francuskie budują dla Rosjan łodzie desantowe. Właśnie podpisano francusko-kazachski (czyli z dostępem dla Rosjan) projekt budowy podwodnych dronów. Rosyjskie czołgi niedługo zostaną wyposażone w super nowoczesne systemy zakupione we Francji. Te systemy na polu bitwy zapewnią im przewagę nad czołgami Polski czy krajów bałtyckich, o których zniszczeniu rosyjscy politycy mówią otwartym tekstem. Z francuskim sprzętem i pewnością bezruchu sojuszników niedawne deklaracje Rosjan, że „dojdą do Warszawy w jeden dzień” brzmią szczególnie złowrogo. Nie widzę, żeby w krajach zachodnich uzbrajanie Rosji w broń ofensywną powodowało obiekcje polityków – choćby takie jak kilka lat temu, kiedy Polska negocjowała amerykańską tarczę antyrakietową – broń defensywną nie zagrażającą nikomu, kto nie chce jej zaatakować. Jednocześnie Francja – główny producent broni, z której być może w niedalekiej przyszłości ktoś zabije mnie i tysiące moich rodaków stara się, jak gdyby nigdy nic, o obronny „kontrakt stulecia” w Polsce. Do zarobienia 10 miliardów euro. Przy tradycyjnym frajerstwie Polaków doprawionym umiejętnym lobbingiem i łapówkami Francja może wygrać z głównym konkurentem z Ameryki, mimo równoległego dozbrajania potencjalnego agresora. W tej sytuacji uprawnione wydaje się pytanie – czy kody źródłowe francuskiego sprzętu sprzedanego Polsce przekazane zostaną również Putinowi? Dlaczego nie? Przecież biznes jest biznes. Nikt nie chce stracić możliwości zarobku… nie mówiąc o „umieraniu za Gdańsk”…

 

Wersja francuska:

https://www.facebook.com/pawel.leski.7

Powiązany wpis:

http://pawelleski.blog.pl/2014/08/29/jestem-europejczykiem-i-jest-mi-wstyd/

 

Wersja francuska:

https://www.facebook.com/notes/pawel-leski/je-suis-europ%C3%A9en-et-jen-ai-honte/344639135714256

EMPIK? NIE, DZIĘKUJĘ

EMPIK ? NIE DZIĘKUJĘ.

Święta kojarzą się zwykle z emocjami pozytywnymi. Ale różnie bywa. Od jakiegoś czasu politycznie poprawna Europa ze świętami walczy, chociaż wybiórczo. Niepoprawna jest szopka, czy jasełka – stanowią „religijną opresję”. Niepoprawna coraz częściej może być nawet choinka! Natomiast czas wolny od pracy jest już całkowicie poprawny i nawet warto by go wydłużyć. Byle nie nazywać tego świętami, a wolne dni spędzić pijąc w knajpach, albo kupując tysiące nikomu niepotrzebnych przedmiotów w supermarketach. Wtedy jest poprawnie.

W Polsce, która nowinki i mody przyjmuje z pewną powściągliwością, owo szaleństwo na szczęście jeszcze nie króluje. Święta to święta, również dla zdecydowanej części osób niewierzących, czy dla osób wyznań innych niż chrześcijańskie. Dla tych osób jest to rodzinna, ważna tradycja, której chrześcijański rodowód nie ulega wątpliwości, ani nie przeszkadza. Czy dlatego, że generalnie u nas zwykle wszystko jest mniej ekstremalne, więc wychylenia ideologicznego wahadła są mniejsze (mniejsza opresja kobiet w historii – mniejszy femnistyczny ekstremizm obecnie, mniejsza opresja innowierców w historii – mniejsza skłonność do jakobinizbu). A może po prostu Polacy jeszcze nie oczadzieli od nadmiaru dobrobytu i mają prawdziwe problemy – nie muszą  wynajdywać sobie sztucznych?

Brzmi optymistycznie – ale nie do końca. Bo diagnoza dotyczy przytłaczającej większości, ale niekoniecznie najgłośniejszej. Głośna mniejszość to choćby ta, której główną motywacją do działań jest zaistnienie. A nic łatwiej nie pomaga w zaistnieniu jak zaszokowanie. W Polsce póki co jeszcze łatwiej zaszokować, choć za każdym razem musi to być bardziej szokujące, żeby zostało zauważone. „Szokerów” za wszelką cenę może nie ma dużo, ale za to mogą liczyć na wpływowych dziennikarzy – albo pożytecznych naiwnych, albo ideologicznych ekstremistów, albo zwyczajne hieny, dla których ważna jest wyłącznie „klikalność” idąca za wszystkim co szokuje. Zapewne z tego ostatniego powodu mogą również liczyć na wsparcie specjalistów od reklamy.

Ponieważ mania szokowania powoduje, że jest ono coraz trudniejsze, od pewnego czasu na tapetę idą święta. Rok temu zaistniała pani Bratkowska oświadczając, że właśnie w wigilię podda się aborcji. To niby taka odwaga miała być, czy prowokacja. Ów żenujący spektakl oczywiście zachwycił kilka wpływowych osób i spowodował „klikalność” przekładającą się na kasę.

Może ów „sukces” spektaklu głupoty i okrucieństwa podziałał na wyobraźnię marketingowców Empiku w tym roku. Świątecznymi twarzami Empiku zrobili „Nergala” i Marię Czubaszek. „Nergal” zaistniał poprzez teksty nawołujące do palenia kościołów i darciu Biblii na koncertach. To otworzyło mu drogę do kariery. Maria Czubaszek powróciła do sławy deklarując, że jej największym osiągnięciem były dwie skrobanki. Przyznała też, że dzieci nienawidzi i sama ich obecność działa jej mocno na nerwy. O ile „Nergal” robi wrażenie cwanego, bezwzględnego lisa, robiącego kasę za wszelką cenę, o tyle pani Czubaszek wzbudza bardziej litość niż grozę. Skomplikowane konstrukcje myślowe i strach przed dziećmi wygląda bardziej na paniczne zabijanie poczucia winy, czy tłumionych instynktów macierzyńskich niż bezwzględność. Ale nie o tym mowa – zostawmy to psychoterapeutom.

Mowa o marketingowcach z Empiku, którzy na owych żałosnych spektaklach postanowili zarobić kasę i jeszcze przypodobać się wpływowym grupom trzęsącym częścią mediów, które każdą „prowokację” uderzającą w uczucia znienawidzonego „zaścianka” powitają z radością.

Mam nadzieję, że wyjdą na tym jak Zabłocki na mydle. Akcja niekupowania w Empiku nabiera rozmachu. Zwłaszcza przed świętami może pokazać, że na chamstwie można stracić, nie tylko zarobić. Rzadko (poza jedzeniem) kupuję coś innego niż książki. Otóż deklaruję – w Empiku z pewnością już ich nie kupię. I namawiam do tego wszystkich. Nie tylko ze względów etycznych. Również estetycznych.

TAJNA BROŃ PLATFORMY

Tajna broń właściwie jest jawna… No i teoretycznie wycelowana w Platformę. Praktycznie strzela na odwrót. Coś jakby pistolet przystawiony do głowy wypalał przez  kurek zamiast lufę.

Broń od lat jest skuteczna i z wielką determinacją odwraca spadające po kolejnych aferach sondaże PO. Broń nazywa się Jarosław Kaczyński…

Teza, że PIS tak naprawdę nie chce wygrać wyborów, bo pozycja największej partii opozycyjnej daje spore profity, a nie jest związana z odpowiedzialnością pachniała mi zawsze teorią spiskową. Ostatnio zacząłem się zastanawiać…

Arogancja władzy, ilość złodziejskich afer już kilkakrotnie doprowadzały Platformę na skraj przepaści. Wyborcy patrząc na skalę i częstotliwość szwindli, na bronienie za wszelką cenę złapanych na tych szwindlach kolesi już kilka razy trzymali w ręce czerwoną kartkę.

 Ale wtedy na ratunek śpieszył Prezes PIS. I mówił. Mówił w taki sposób, że część potencjalnych wyborców obrażała się (ludzie bardzo łatwo się obrażają), część dochodziła do wniosku, że mniej straszny przewidywalny złodziej niż obciachowy furiat. “Obciach” – to pojęcie, które ludzi przeraża najbardziej. Wolą być identyfikowani z ładnie podretuszowanym Alem Capone niż z formacją za którą co chwilę trzeba się wstydzić. Choćby ów Al Capone miał okraść ich własne mieszkanie.

Prezes wiele razy ujawniał swoje polityczno-samobójcze skłonności. Na przykład po nieznacznie przegranych wyborach prezydenckich.  Taktyka, która wyciągnęła go z dna do pierwszej ligi i o mało nie zrobiła prezydentem (mało mówił, zachowywał się kulturalnie, nie mylił studia TV z wiecem) została nagle przez niego odrzucona razem z osobami za nią odpowiedzialnymi. A poparcie zaczęło się zmniejszać…

Po każdej aferze, gdy PIS wyrastał na przyszłego zwycięzcę, Prezes a to kogoś obraził, a to wyskoczył z tekstem “wiem ale nie powiem”. A to nie podał ręki. A to podał, ale potem jego przyboczny tłumaczył że nie do końca podał i że to nic nie znaczy… No, przyboczny po  madryckiej aferce (wszak mimo wszystko to „aferka, nie „afera”, jakich po drugiej stronie bez liku)  już  nie jest przybocznym. Nawet wyleciał z partii (tym różni się ta partia od tamtej), jednak co przysporzył przed odejściem głosów Platformie, to jego.

Zresztą nie on jeden, bo specjalistów od “tajnego” ratowania PO jest w PIS oprócz samego Prezesa wielu. Także wśród “pisowskich” dziennikarzy. Jutro 11 listopada. Zapewne wśród uczestników Marszu Niepodległości znów znajdą się “dymiący” kibole. Im ich więcej tym “lepiej” tuż przed wyborami. Lepiej dla PO – nie dla Polski. Wiodące media z pewnością zrównają jak zwykle cały marsz z owymi bandytami, których wśród uczestników marszu jest garstka. Manipulację wiodących mediów wzmocni jeden czy drugi “pisowski” dziennikarz broniąc bandziorów i nazywając ich “patriotami”. W TVN będą to pokazywać na przemian z kolejnymi gafami Prezesa i jego przybocznych.

A potem wybory… Walkower? Samobójstwo? Trudno powiedzieć – na pewno żenada… No i żal, że partia rządząca, która w swoim zachowaniu przypomina bardziej zorganizowaną grupę przestępczą niz ugrupowanie polityczne, nadal nie dostanie czerwonej kartki…

OCZKO ODPADŁO… TEMU MISIU

Ale miś lata. Po co jest „nikt nie wie, więc nie zapyta”. Prezes Ochódzki pojechał do kraju zagranicznego. Jego protegowani powalczą o schedę w klubie Tęcza (bez skojarzeń poza tymi filmowymi). Sukces za sukcesem i wszyscy z twarzą przy szafie mówią prawdę o prezesie, bo przecież wszystkim chodzi tylko o dobro klubu.

I tylko oczko odpadło temu misiu…

„Grabarczyk polskiej infrastruktury” w imię jedności klubu Tęcza dostał resort sprawiedliwości. Słusznie – infrastruktura już dostała za swoje i drugi raz takiego wstrząsu mogłaby nie przeżyć. Więc teraz sprawiedliwie po łbie resortowi sprawiedliwości.

Sprawy wewnętrzne dostała katechetka, mająca jednak doskonałe kwalifikacje merytoryczne – jest dobrą znajomą nowej prezesowej. Dzięki temu, że na służbach sie nie zna, nie zepsuje żadnych interesów.  Ma natomiast szansę zupełnie nieświadomie zepsuć to, czego nie zdążyli zepsuć poprzednicy, a po ich „osiągnięciach” w resorcie zadanie to niełatwe.

Naiwni z poza klubu Tęcza, do MSW typowali Marka Biernackiego. Najlepszego po 89 roku ministra spraw wewnętrznych z dużymi zasługami, nieporównywalnymi z żadnym innym ministrem. Ale to takie niebezpieczne. On taki mało prospołeczny… znany z tego, że nie rozumie jak się robi „prawdziwe interesy”, więc „na koniaczek go nie stać”. Mógłby spytać tu i ówdzie po co ten miś i rachunki za misia… Zna się na rzeczy, a to przecież ewidentny brak kwalifikacji. W klubie Tęcza panuje przecież atmosfera wzajemnego zaufania i głupich pytań się nie zadaje.

Bezpośredni poprzednik pani minister w wywiadzie dla RMF sugerował, że będzie nadal doradcą – takim „nieformalnym, który jest ważniejszy niż formalny”. O ile dobrze zrozumiałem wymowę ex-ministra, który, jak sam przyznał, jest „osobą biesiadną”, czemu dał wyraz w wywiadzie dla radia (kto nie wierzy niech sprawdzi w Internecie). Zrozumiałem natomiast, że wszyscy, którzy coś na niego mówili, „będą połykać języki”.

Już się przygotowuję…

Priorytetem jest polityka wschodnia, co zawsze podkreślał prezes Ochódzki. Nowa prezesowa podkreśla to mniej, ale bardziej oryginalnie odpowiadając na pytania o kwestie rosyjsko-ukraińskie, że jest kobietą i będzie miała kobiece podejście (znowu nie żart można sprawdzić). Tymczasem niemieccy policjanci wysłali ekipę instruktorów na Ukrainę. Parę miesięcy temu Ukraińcy prosili o to… Polaków. Ale „biesiadny” minister nie uznał za stosowne się tym zainteresować. Polityka wschodnia, priorytety… ot oczko odpadło… temu misiu.

W trosce o jedność klubu dano posadę głównemu konkurentowi byłego prezesa i obecnej prezesowej. Kiedyś był w MSW. Był dobrym ministrem. Całymi dniami grał ponoć w koszykówkę w sali gimnastycznej sąsiednego budynku ABW (źródło: prcownik MSW). Robotę zostawił fachowcom, więc resort jakoś działał. Brak aktywności lepiej wyszedł resortowi i podległym mu służbom niż aktywność jego następców. Tyle, że teraz dostał MSZ. Tam koszykówka i wysyłanie doradców nie przejdzie. Musi sam spotkać się z rozgrywającymi z całego świata. Tyle, że nie zna języków, co można zaakceptować u wszystkich, tylko nie u ministra spraw zagranicznych. Ktoś ładnie zauważył, że student starający się o praktyki w ambasadzie musi znać ich dwa (angielski i kraju docelowego)… „Good morning… ja tu chcę, my money w wasz bank… verstehen?” Czy możemy liczyć, że Ławrow, czy Kerry odpowiedzą „Dlaczego nie verstehen? Pan usiądzie, się załatwi”. I znów oczko odpadło… temu misiu…

Tyle tych oczek odpadło, że tylko czekać, aż cały miś spadnie do przerębli. Ale co tam, zrobimy „protokół zniszczenia i dostaniemy procent, więc im ten miś droższy tym… stać nas… koniaczku?”.

Klub Tęcza murem za prezesową. „Nieprawda, że dach przecieka, zwłaszcza, że prawie nie pada…”

To mówiłem ja, Jarząbek…  W zeszłym tygodniu nie mówiłem bo byłem chory. Mam zaświadczenie.