Archiwa kategorii: HUMOR

DYPLOMACJA

Prezydent zabrał głos na forum Zgromadzenia Ogólnego. Popatrzył na przedstawicieli Zjednoczonych Narodów i rozpoczął rutynowe wystąpienie. Było krótkie i bez większego znaczenia. Ot coś trzeba było powiedzieć o przyjaźni i o pokoju. Prezydent miał skłonność do metafor, które zwykle są zmorą tłumaczy konferencyjnych. Tym razem nie tylko tłumacze mieli ucierpieć.

Nieświadomy niczego prezydent powiedział parę ładnych zdań o pokoju „który jest również metaforycznym pokojem, w którym narody mogą rozmawiać o wykuwanej w pocie czoła przyszłości” . Na koniec wpadł w dygresję o tradycji całkiem popadając w poetyckość. Coś w stylu „jak bociany na zimę wylatują z mojego kraju do dalekiego Egiptu, lecz potem wracają, tak…” – reszta nie miała znaczenia.

Prezydent skończył i usiadł. Nie było więcej mówców. W zasadzie każdy czekał na zakończenie zebrania. Przewodniczący zapytał retorycznie, czy ktoś przypadkiem chce coś powiedzieć. Już miał podziękować wszystkim za spotkanie, kiedy dłoń podniósł prezydent Egiptu.

-Szanowni Państwo – powiedział – pięknie zabrzmiały słowa mojego kolegi z Polski. Byłem wzruszony. Ale gwoli prawdy muszę nadmienić, że bociany nie wracają po zimie spędzonej w Egipcie do Polski, tylko po lecie spędzonym w Polsce do Egiptu. Do swojego domu.

Delegaci zaśmiali się kurtuazyjnie, doceniając poczucie humoru prezydenta Egiptu. Nie wszyscy jednak. Prezydent Polski pozostał poważny.

– Przy całym szacunku – włączył znowu mikrofon – bocian jest symbolem Polski. Nie może mieć innej ojczyzny. My Polacy mamy tendencję do migracji, to prawda, ale ojczyznę mamy jedną.

Już nie wszyscy delegaci śmiali się. Raczej spoglądali niecierpliwie na zegarki. Jeden nie spoglądał, ale również nie śmiał się. Był to prezydent Egiptu.

– Myślałem, że symbolem Polski jest orzeł. A co do migracji, to my Arabowie moglibyśmy wiele narodów uczyć podróżowania. Jesteśmy wszak twórcami geografii. Bociany mają jedną ojczyznę, to prawda, ale jest nią Egipt.

Już nikt się nie śmiał. Ale nikt też nie miał tak zaciętej miny jak prezydent Polski.

– Orzeł jest symbolem formalnym – silił się na spokój – ale bocian jest bliski sercu każdego Polaka. Klekot na zielonych mokradłach, których pan zapewne nie zna, jest oczywistym składnikiem sielanki, w której my Słowianie tak się lubujemy. Gniazdo wokół krytej strzechą chaty jest symbolem szczęścia…

– Bocian na pustyni – przerwał Egipcjanin – której pan zapewne nie zna i do której odwiedzenia pana zapraszam, gdyż to ona kształtuje charakter i gościnność, jest nierozerwalnie związany z poczuciem tożsamości każdego Egipcjanina. Bociany podziwiano wśród piramid na wieki przed tym, jak Słowianie nauczyli się budować, z przeproszeniem pana, chaty kryte strzechą.

– Piramidy! – wtrąciła się prezydent Słowacji – Symbol tendencji do podboju i pracy niewolniczej, przed którymi nie uchroni się nawet bocian. Jakież to arabskie!

Prezydent Polski zapowietrzył się jedynie. Przyciski mikrofonów nacisnęły równocześnie głowy kilku państw słowiańskich i arabskich. Sprawę opanował przewodniczący, który nie dopuszczając nikogo do głosu zamknął szybko posiedzenie.

Rozchodzący się politycy byli w złych humorach. Delegaci państw słowiańskich i arabskich wykazali tendencję do łączenia się w grupki i spoglądali na siebie niechętnie.

W następnym dniu na pierwszych stronach największych egipskich dzienników pojawiły się wojownicze artykuły i rysunki bocianów. Pytany o to przez dziennikarza Al-Jazeery rzecznik prasowy rządu powiedział, że nie należy sprawy rozdmuchiwać. „Kraje o krótkiej historii mają tendencję do czerpania z dorobku dawnych cywilizacji. Europejczycy specjalizują się w tym. Nie róbmy z tego zagadnienia”. Wypowiedź pokazano jedynie w arabskojęzycznej wersji katarskiej telewizji, ale już po godzinie tłumaczenie pokazały stacje europejskie.

Dzień później ambasador egipski w Warszawie wezwany został do polskiego MSZ, gdzie wręczono mu notę protestacyjną. Jednocześnie wielu posłów do parlamentu Unii Europejskiej pojawiło się na obradach w koszulkach z wizerunkiem bociana i francuskim napisem: „Solidarite avec les cigognes dans le pays de Solidarite”. Rzecznik prasowy rządu polskiego postanowił obrócić wszystko w żart mówiąc coś o konieczności zwrócenia się do hiszpańskiego sojusznika o podzielenie się doświadczeniami z rekonkwisty, skoro nasze bociany zagrożone są arabską niewolą.

Tym razem ambasador Polski w Kairze otrzymał wezwanie do egipskiego MSZ, gdzie wręczono mu notę protestacyjną, w której nie przebierano w słowach i nawet wspomniano coś o „neokolonializmie zadziwiającym u państwa, które również było przedmiotem kolonializmu”. Jednocześnie minister spraw zagranicznych pojawił się na konferencji prasowej w Aleksandrii na tle plakatu z bocianem i podpisem „Na zimę wracam do domu”.

Rząd RP obsadził natomiast wakujące stanowisko ambasadora przy ONZ urzędnikiem MSZ o nazwisku Janusz Bocian. Ambasador Bocian pierwszego dnia urzędowania udzielił wywiadu BBC, w którym zapytał retorycznie: „Czy ja wyglądam na Araba? A przecież jestem Bocian”.

Ambasador Egiptu w Warszawie został odwołany do Kairu na konsultacje. Przed ambasadą polską zebrał się tłum skandujący obraźliwe hasła. Pod piramidami pobito polskich turystów. MSZ zdecydował się ewakuować z Egiptu rodziny dyplomatów. Odwołano też na konsultacje do Warszawy ambasadora.

Na przypadającym akurat szczycie Unii Europejskiej wydano oświadczenie solidaryzujące się z Polską, przy odbywającej się jednocześnie w Brukseli manifestacji arabskiej mniejszości przeciwko rasizmowi. Większość demonstrantów miała na sobie koszulki z bocianem w arafatce. W Polsce zaatakowano kilku Włochów i Izraelitów, bo wyglądali podobnie do Egipcjan. Zdemolowano kilka kebabów.

W Ammanie zebrała się w trybie pilnym Liga Państw Arabskich zalecając ograniczenie stosunków handlowych i dyplomatycznych z szowinistyczną Europą, w szczególności z krajami słowiańskimi.

W Moskwie spotkali się działacze Forum Pansłowiańskiego. W wydanej deklaracji solidaryzowali się z atakowanym przez arabskich najeźdźców „polskim bocianem” i deklarowali wspólną walkę o czystość słowiańskiej kultury.

W prasie arabskiej zaczęły pojawiać się artykuły dowodzące, że obrączkowanie bocianów w Europie ma charakter szpiegowski. Obrączki rzekomo ornitologiczne mają w rzeczywistości wmontowane chipy zbierające informację o strategicznych instalacjach. Inne gazety dowodziły, że obrączki wysyłają również wiązki radioaktywne, zasilane z pobliskiego Izraela, które mają na celu dokonanie eksterminacji miejscowej ludności. Niektórzy politycy państw regionu odnieśli się do artykułów, z reguły stwierdzając, że brak jest „na razie” dowodów”, że jest to prawda i że „sprawa wymaga jeszcze wyjaśnienia”. Minister Ochrony Środowiska Egiptu oświadczył jednak, że najbliższej zimy odpowiednie służby będą wyłapywać zaobrączkowane ptaki i badać zawartość obrączek. Nadmienił również, że instalowanie jakichkolwiek urządzeń, nawet nieszkodliwych dla zdrowia obywateli, ale jednak na egipskich bocianach, bez pytania o zgodę Republiki Egiptu można uznać za działanie nieprzyjazne, lub wręcz wrogie.

W związku z nasilającymi się atakami na ulicach oba państwa odradziły swoim obywatelom podróżowanie na terytorium drugiego z nich. Zresztą służby graniczne obu państw przestały nawzajem wpuszczać na swoje terytorium obywateli adwersarza. Polskie MSZ odradziło bocianom wylatywać na zimę do Egiptu.

Do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości wpłynęły wkrótce wzajemne pozwy Egiptu i Polski żądające rekompensaty za bezprawne posługiwanie się symbolem drugiego państwa. Sklepy z odzieżą patriotyczną wypuściły koszulki z bocianem w koronie. Wkrótce Minister Obrony RP oświadczył na konferencji prasowej, że jakakolwiek ingerencja w integralność polskiego bociana przebywającego czasowo na terytorium Egiptu uznana zostanie za casus belli.

W Nowym Jorku zebrała się Rada Bezpieczeństwa ONZ. W Europie Unia Europejska. W Chartumie Liga Państw Arabskich. Egipt zarządził częściową mobilizację. Polska wypożyczyła z Ukrainy samoloty transportowe, z Rosji łodzie desantowe. Analogiczny sprzęt dostarczyli Egipcjanom Chińczycy, rozlokowując jednocześnie wzmocnione oddziały wzdłuż Syberii. Rosja zarządziła mobilizację. Rada Bezpieczeństwa zaapelowała o pokój…

Kiedy padły pierwsze salwy Trzeciej Wojny Światowej, nieświadome niczego bociany po raz ostatni klekotały na „sejmikach”, przygotowując się do podróży do ciepłych krajów…

KUBUŚ PUCHATEK – REAKTYWACJA

Niedawno, niedawno temu był sobie Stumilowy Las. Zmienił się od czasu, kiedy Kubuś Puchatek był bohaterem bajek. Stary Miś poszedł na emeryturę, natomiast karierę robił Młody Miś, zwany również „Misiewiczem”. Młody Miś odziedziczył po Starym Misiu mały rozumek i skłonność do popijania „małego conieco”, zwłaszcza kiedy wyjeżdżał na delegację. Karierę robił u Prosiaczka, który od dawnych czasów zmężniał i nikt nie śmiał wchodzić mu w drogę. Prosiaczek odpowiadał za bezpieczeństwo Stumilowego Lasu. Miał jasno określone odpowiedzi na jasno sprecyzowane pytania zanim sprawdził czy odpowiadają one rzeczywistości i skłonność do dobierania współpracowników z doświadczeniem odwrotnie proporcjonalnym do wysokości zajmowanego stanowiska. Obie tendencje przejął od swoich zaciętych wrogów, którzy rządzili lasem w poprzednich latach i których wówczas za to krytykował. Obecnie oni krytykowali za to samo jego.  Można powiedzieć, że w pewnym sensie w Stumilowym Lesie ciągłość systemowa trwała w najlepsze, choć na poziomie retorycznym Prosiaczek i jego drużyna jawili się jako przeciwieństwo poprzedniej ekipy Krewnych i Znajomych Królika.

Krewni i Znajomi Królika przez osiem poprzednich lat zadłużyli las bezprecedensowo i pod hasłem „Lasu w Budowie” rozbudowali nad podziw skutecznie kreatywną księgowość i stanowiska w administracji, jako, że Krewnych było bardzo dużo i każdy musiał mieć fuchę. W pewnym momencie o mało nie sprzedali całego Stumilowego Lasu. Zapewne dlatego przerażeni mieszkańcy oddali władzę Prosiaczkowi i spółce wpadając niejako z deszczu pod rynnę.

Gwoli historycznej ścisłości należy nadmienić, że sam Królik nie brał udziału w inicjatywach Krewnych i Znajomych. Nieco wcześniej założył w centrum lasu restaurację „Pędzący Królik” (zawsze gdzieś się śpieszył), której kuchnia na tyle zaszkodziła paru ważnym Krewnym, że reszta obchodziła Królika z daleka. Podobnie unikano Sowy i jej przyjaciół. Dobrze natomiast miał się Kłapouchy, który w ostatnich latach doczekał się wielu pobratymców w Stumilowym Lesie. Obsadzili oni leśne media i z uporem właściwym swojemu gatunkowi wybierali fragmenty faktów starając się nie tylko oczernić strony konfliktu (te kompromitowały się skutecznie same własnym zachowaniem) ile wybielić jedną ze stron w zależności od swoich sympatii. Jednocześnie Tygrysek zaczął brykać ze zdwojoną siłą zwłaszcza na Prosiaczka pociągając za sobą wielu statecznych mieszkańców, jednak wkrótce okazało się, że tygrysy lubią wszystko oprócz przejrzystego gospodarowania składkami i nawet Maleństwo zaczęło się na niego boczyć, a Kangurzyca odmówiła kolejnej porcji tranu i zagroziła, że jak zacznie o wszystkim mówić to Tygryskowi w pięty pójdzie.

Pozostaje zapytać co z Krzysiem? Krzysiu dawno opuścił las, bo dorósł i szkoda mu było czasu na infantylne zabawy pluszaków. W Stumilowym Lesie pozostali oczywiście mieszkańcy, którzy albo nie mieli gdzie odejść, albo nie chcieli, bo kochali las. Może nawet żyli długo i szczęśliwie… ale głosować żywcem nie mieli na kogo…

EURO 2016 inaczej

Wszyscy fascynują się Euro 2016 – nie dziwie się. Wszyscy fascynują się trenerem Nawałką – też się nie dziwię. Ale wyobraźmy sobie, że to nie Nawałka, lecz politycy zajmują miejsce selekcjonera polskiej reprezentacji. W końcu u nas wszystko jest polityczne.

Zamiast mówienia o taktyce, analizie gry przeciwnika, treningach, ustawieniach zawodników i tym podobnych nic nie znaczących szczegółach technicznych,  wyobrażam sobie pełne treści i głębi wypowiedzi mniej więcej takie:

PIS – Należy sobie zadać pytanie: Dlaczego wszyscy grają przeciwko nam? Dlaczego nikt nie docenia wkładu naszych kibiców?  Mimo wszystko pojedziemy…  ale pod warunkiem, że UEFA przyjmie nasze warunki. Inaczej nie pojedziemy! Dopiero wszystkim będzie głupio. Zmiany w drużynie? Jasne. Opcja zero. Zwłaszcza lewy róg zmienimy za każdym razem na prawy róg. Prawy i sprawiedliwy – nie zapomnijmy dodać. To będzie dobra zmiana. Damy radę!

PO – Taktyka? Jaka taktyka? Powinniśmy cieszyć się, że jesteśmy na EURO. Nie wygrywać absolutnie! Mogliby o nas źle pomyśleć. Pamiętajmy, że jak będziemy mili, inne drużyny to docenią i strzelą sobie samobóje. A przynajmniej wymienią się koszulkami.  Zresztą EURO to turniej przyjaciół – wszyscy gramy do tej samej bramki i nie należy odłączać się od głównego nurtu… choćby to była nasza bramka. Najważniejsze co o nas pomyślą, nie kto ile goli strzeli. I skończmy mówienie o drużynach narodowych! To nacjonalizm! Euro to partnerstwo! Najlepiej związek partnerski.

PSL – Jaki skład drużyny? Hm, coś się wymyśli… W każdym razie stanowiska działaczy sportowych obsadzone jak nie przymierzając Agencja Rolna Skarbu Państwa. Że rodzinami? No i co z tego? Rodzina to podstawowa komórka społeczna. Wspierając rodziny wspieramy społeczeństwo. A wspierając swoje rodziny wspieramy swoje społeczeństwo. Zawodnicy? No… jak zostanie miejsce w samolocie, to też jakiegoś weźmiemy na Euro.

Kukiz … 2016 – Nasza taktyka gry to brak taktyki! Rozumiesz… bierzesz i grasz. Jak kibice zaśpiewają tak grasz. Ktoś od jednej trybuny, ktoś od drugiej i jakoś będzie. W braku planu nasza siła. My już wiemy jak mamy grać, bo zbytnio nie zastanawiamy się nad tym. Na wszelki wypadek w drużynie są specjaliści od wszystkich dyscyplin. Od piłki nożnej po szachy.

Nowoczesna – Euro? Oczywiście! Od stuleci gramy w Euro! Od dziecka graliśmy w Euro już na podwórkach. To nasza tradycyjna gra i nie pozwolimy PIS-owi jej zniszczyć!

I co panie trenerze? Nie głupio panu?

Pozostają jeszcze partie znajdujące się poza parlamentem. Czekam na propozycje.

 

KANCIASTY KANT KONTUZJI KONSTYTUCJI

Fajnie było widzieć flagi i ładną pogodę 3 maja. Może inaczej – fajnie BY było, gdyby choć na chwilę nastąpił rozejm w wojnie domowej. Ale nie nastąpił i nie wygląda, żeby miał nastąpić. Nie będę się niczym oburzał.  Również wygwizdaniem na stadionie prezydenta, na którego sam głosowałem. Gdyby nie ekscesy z wygwizdywaniem poprzednika na cmentarzu w rocznicę Powstania Warszawskiego to może bym się oburzył… Zresztą w ogóle nie chce mi się na nic oburzać. Wszyscy się oburzają z prawa i zlewa, w Polsce i za granicą. Zaczyna to być nudne

. Postanowiłem być konstruktywny i wymyśliłem rozwiązanie konfliktu konstytucyjnego w Polsce. Natchnął mnie Ryszard Petru komunikując, że 7 maja opozycja spotka się na marszu broniącym przed PIS… Konstytucji 3 Maja. Sam autor szybko zdjął wpis z Twittera, ale niesłusznie – w tym jest metoda.

Rozwijając pomysł – czemu ma być jedna konstytucja? W końcu miał być pluralizm. Niech będzie ta z 1791 – zarezerwujmy ją dla Nowoczesnej jako dla prekursora nowego polskiego konstytucjonalizmu. Rysiek (a jak wiadomo „wszystkie Ryśki to porządne chłopaki”) będzie jej sobie bronił do spółki z Kijowskim od rana do wieczora a nawet prowadził głodówkę z przerwami jedynie na posiłki.  PIS dostanie kwietniową – silne państwo, silny przywódca. Marcowa zostanie dla PO, a Mała Konstytucja dostanie się Peeselowi jako najmniejszej partii w Parlamencie. Peerelowskie potworki łącznie z Manifestem PKWN rozdzielimy pomiędzy SLD, Razem i ewentualnie partię Zmiana. Pozostaje do rozstrzygnięcia, której z partii lewicowych przypadnie rola „siły przewodniej”. Można pomyśleć, żeby była przechodnia, przy proporcjonalności czasu przydzielenia „przewodniości” do sondaży partii (system proporcjonalny) albo po równo – w końcu to partie socjalistyczne (system nieproporcjonalny ale zgodny z zasadą sprawiedliwości partyjnej i parytetami). Jeszcze Korwinowi przydzielimy Statuty Wiślickie i Konstytucję Nihil Novi, a grupkom „prawdziwych Polaków” z różnych oenerów damy flaszkę i salę bokserską bo z czytaniem i tak mogą mieć problemy, a salę zawsze można nazwać „Konstytucją”.

Taki system będzie w pełni demokratyczny – przecież nie po to walczyliśmy o demokrację, żeby nie można sobie wybrać konstytucji. Nawet Bruksela i Luksemburg powinny to docenić. Nawet prasa zachodnia byle im dobrze wytłumaczyć (bo na razie o sytuacji w Polsce wiedzą tyle co KOD napłakał).  W dodatku każda partia wybierze sobie Trybunał odpowiedni dla swojej konstytucji i wszyscy będą zadowoleni. Zwłaszcza, że wszyscy będą działać zgodnie ze swoją konstytucją, co na pewno każdy ze „swoich” Trybunałów chętnie potwierdzi.

No. Teraz kiedy uratowałem Ojczyznę chwilę odpocznę, kawkę wypije… Może zostanę politykiem?  Poziom już chyba osiągnąłem odpowiedni…

NOWY ROK

Do północy pozostały sekundy. Wszyscy przestali rozmawiać. Rząd, społeczeństwo, media. Cały kraj zamarł czekając na przyjście Nowego Roku. Zaczęto odliczać:

– Pięć, cztery, trzy, dwa , jeden…!

I… nic… Wybiła dwunasta, zastygły ręce z przygotowanymi wcześniej kieliszkami szampana. Nowy Rok nie przyszedł…

Cały kraj aż wytrzeźwiał ze zdumienia – zapewne pierwszy raz w historii. Zegary działały normalnie – szły do przodu, razem z kalendarzami i pokazywały oczekiwaną datę i godzinę. Ale pokazywały nieprawdę – bo Nowy Rok nie przyszedł. Nie było go, co każdy od razu zauważył. Zadumał się rząd. Zadumało się społeczeństwo. Zadumały się media.

Pierwszy otrzeźwiał i tak już otrzeźwiały wraz z całym krajem rząd.

– Co się dzieje? – rzucił premier – Czemu go nie ma?

– Ano, nie przyszedł. Nie wiemy dlaczego? – odpowiedział ktoś nieśmiało.

– Jak to nie przyszedł? – zdenerwował się premier (a za nim media i społeczeństwo) – Może utknął w korkach?

Popatrzył wymownie na Ministra Transportu, ale tamten zaprzeczył i zaprzeczenia poparł zdjęciami z prasy. Przypomniał również, że właściwie nie wiadomo jakim środkiem transportu miał się poruszać. W zasadzie miał „przyjść”, więc transport nie ma tu nic do rzeczy. Postanowiono spytać Stary Rok, żeby rozwiązać tę kwestię, która już wywołała dyskusję w mediach i w społeczeństwie.

Tu pojawił się kolejny problem. Stary Rok odszedł w wyznaczonym terminie i tyle go widzieli. Pisz pan na Berdyczów – poszedł i go nie ma. Tylko Nowy Rok nie przyszedł…

– I co teraz? – zastanawiał się rząd (nie mówiąc o mediach i społeczeństwie)

– Może zlecić poszukiwania policji? – zaproponował ktoś.

– E tam, – żachnął się Minister Spraw Wewnętrznych – Nie mamy nawet rysopisu. Nikt go nie zna.

– A co wymyślili w innych krajach? – zapytał premier patrząc z nadzieją na Ministra Spraw Zagranicznych.

– To samo co u nas. Kryzys – mruknął minister.

Zwołano Sztab Kryzysowy. Media wydały specjalne serwisy informacyjne omijając dyskretnie datę – wszak było już po 31 grudnia, ale jeszcze przed 1 stycznia… Społeczeństwo zaczęło dyskutować zawzięcie.

– Może nie jest tak źle – mruknął ktoś ze społeczeństwa – nie ma roku, nie będziemy płacić podatków.

– Może nie jest tak źle – mruknął ktoś z rządu – Nie ma roku, nie ma wydatków budżetowych przewidzianych na nowy rok.

– Bzdura! – zdenerwował się Minister Finansów – przecież czas leci. Godziny mijają. Tylko daty nie da się ustalić jak Nowy Rok nie przyszedł. Wszystko się dzieje, tylko nie wiadomo kiedy. Dopiero będzie bałagan, jakich jeszcze nie było! A jak w ogóle nie przyjdzie? To co zrobimy?

– Poczekamy do następnego – zaproponował ktoś z obecnych – W końcu to tylko rok…

– Rok nie wyrok – skonstatował Minister Sprawiedliwości

– A jak następny też nie przyjdzie!!!!!!!!!!!! – wybuchnął Premier – To co wtedy zrobimy?

– No, nie zrobimy wyborów – ktoś podsunął – Zawsze coś

– Ee, bzdura! Z niczym się nie pozbieramy!

Nastrój zrezygnowania udzielił się mediom i społeczeństwu. Co chwilę pojawiały się nowe problemy. Na przykład jak ustalić urodziny? Jak ustalić daty urlopów? Katastrofa!

Póki co najwięcej wagi przykuwały jednak powody, dla których Nowy Rok nie przyszedł.

– Może wpadliśmy w pętle czasową? – mówili jedni – Ale wtedy nie odszedłby Stary Rok.

– Może zaspał? Może zapił gdzieś po drodze, bumelant jeden i nie dość, że przyjdzie spóźniony, to jeszcze skacowany! – denerwowali się inni

– Nieważne, byle przyszedł – odpowiadali jeszcze inni – żeby w ogóle przyszedł!

Przygnębienie ogarnęło bez mała wszystkich – rząd, media, społeczeństwo. Wyglądało na to, że stracili nadzieję. Znowu zapadła cisza, jak przed dwunastą, jednak nie cisza radosnego oczekiwania, na przyjście Nowego Roku, lecz cisza zrezygnowania.

I nagle w tej ciszy dało się słychać nieśmiałe pukanie.

Wszyscy zamarli w bezruchu – rząd, media, społeczeństwo.

Tymczasem drzwi uchyliły się powoli i pokazał się Nowy Rok – zmieszany wbitym w niego wzrokiem rządu, mediów, społeczeństwa.

– Przepraszam za spóźnienie – powiedział przepraszającym głosem – Pobłądziłem trochę… Jestem tu nowy…

————————————————————————————————————-

PRZY OKAZJI INFORMUJĘ, ŻE NIEDŁUGO ADRES BLOGA ZMIENI SIĘ NA: pawelleski.blog.tygodnikpowszechny.pl

MIĘDZYNARODOWA KOMPROMITACJA SĄDU

Czy oskarżony przyznaje się do do popełnienia przestępstwa poprzez obnażanie się koło żeńskiego akademika?
Oskarżony o ekskibicjonizm mężczyzna zerknął na swojego adwokata i oświadczył:
– Potwierdzam przebieg zdarzeń, natomiast nie przyznaję się do popełnienia czynu zabronionego.
– Czy oskarżony moźe uściślić? – spytał sędzia.
– Mój klient – przejął inicjatywę adwokat – nie zgadza się z kwalifikowaniem jego zachowania jako ekskibicjonizmu i nieobyczajnego zachowania w miejscu publicznym.
– O ile się nie mylę – przerwał sędzia patrząc w akta – oskarżony stojąc przed akademikiem rozchylał płaszcz,  pod którym nie miał ubrania. Czy to prawda?
– To prawda. Nie był to jednak ekskibicjonizm tylko akcja protestacyjna. Mój klient protestował przeciwko dzieleniu akademików na męskie i żeńskie,  co według niego jest przejawem społecznego seksizmu i profilowania płciowego.
– Wysoki sądzie – włączył się prokurator- Gdyby chodziło o protest oskarżony mogł nosić transparent, niekoniecznie obnażać się przed ludźmi.
– Protestuję przeciwko takiemu podejściu – przerwał obrońca
– Dobrze, że nie w ten sam sposób co klient pana mecenasa – wtrącił prokurator.
– Panowie – przerwał sędzia – proszę o powagę. Dlaczego oskarżony wybrał taki sposób protestu?
– Mój klient – odrzekł z powagą adwokat – jest aktywistą ruchu FEMEN.
Sędzia poczekał aż ucichnie chichot na widowni i zapytał nieśmiało
– Czy oskarżony nie jest przypadkiem mężczyzną?
Tym razem głos zabrał oskarżony:
– Jestem, ale nie widzę powodu do zdziwienia. Po pierwsze nie rozumiem dlaczego mężczyzna nie może być femenką jeśli chce. Takie myślenie to właśnie efekt społecznego profilowania płciowego przeciwko któremu protestowałem. Dlaczego nie mogę przyjąć formy protestu takiej samej jak koleżanki z Femenu? Czy przez to, że jestem mężczyzną mam mniejsze prawa? Czy coś, co w przypadku kobiet określa się mianem kontrowersyjnego protestu u mnie ma się nazywać ekskibicjonizmem? Ponadto chciałem zauważyć, że system sądowy założył na podstawie danych z mojego dowodu osobistego, że jestem mężczyzną nie pytając mnie w tej kwestii o zdanie. To w zasadzie można nazwać przemocą państwa i społeczeństwa wobec obywatela. Dowodzi to, że mój protest był potrzebny i zamierzam go kontynuować.
Sąd udał się na naradę, po czym wrócił i odczytał wyrok skazujący. W krótkim uzasadnieniu ustnym poddał w wątpliwość sens naukowo brzmiących wywodów oskarżonego. Dodał również,  że powoływanie się na mało zrozumiałą bezkarność jednych, nie jest argumentem za bezkarnością innych dopuszczających się tego samego. Nadmienił również,  że gdyby na ławie oskarżonych zasiadała kobieta werdykt byłby podobny.
Oskarżony złożył apelację. Adwokat oświadczył w wywiadzie dla prasy, że w razie kolejnej przegranej zwróci się do Strasburga. Parlamentarne koło socjalistów zażądało reakcji UE. Miejscowe femenki na znak protestu przeciw konserwatyzmowi wyroku rozebrały się przed budynkiem sądu. Następnie poszły pod dom skazanego i rozebrały się w proteście przeciwko ekskibicjonizmowi. Do ich protestu przyłączył się zresztą sam skazany. Na koniec poszły pod miejscową plebanię i napadły księdza w proteście ogólnym. Wiedziały również,  że nic innego nie zapewni im poparcia docelowych mediów i celebrytów. Docelowe media zaktywizowały sie natychmiast, a jeden ze znanych dziennikarzy oświadczył, że po raz kolejny w tym tygodniu wstydzi się za swój kraj. Tygodnik Pijane Obcasy nominował skazanego do tytulu „mężczyzna roku”. Internetowy periodyk Polityka Krytyczna poszedł dalej i nominował skazanego do tytułu „kobieta roku”. Zatroskane zaściankowym myśleniem sędziów Ministerstwo Sprawiedliwości sfinansowało cykl szkoleń w całym kraju. Pierwszym prelegentem ma być znany etyk profesor Czwartek.

BUSTAWKA

Chyba żadna grupa kibiców nie zieje do siebie taką nienawiścią jak zwolennicy tych dwóch klubów – Pilskiego Klubu Piłkarskiego i Pilskiego Klubu Sportowego. Wojna pomiędzy zwolennikami PKP i PKS jako jedyna przeniosła  się poza miasto i podzieliła środowisko w całym kraju. Dyskusje i obelgi rzucane w Internecie często przenoszą się na ulice miast. Ściany budynków w zależności od sympatii poszczególnych dzielnic pokrywają napisy typu „Walka wre – PKP”, czy „Mistrzem Jest – PKS”.

„PKP to wykolejeńcy” – rzucił ktoś kiedyś hasło na forum kibiców. Nie trzeba było długo czekać na odpowiedź, bo „PKP działa ekspresowo” – jak twierdzą jego fani. Już za chwilę w czatroomie PKP można było śledzić przygotowania do „sklepania PKS-owi maski”.

– PKP miało pewne problemy, ale wracamy na właściwy tor – mówi mój rozmówca niezrażony ostatnimi niepowodzeniami ligowymi swojego klubu – Zresztą czego nie osiągniemy na boisku, osiągniemy poza nim. Do walki z PKS utworzyliśmy nawet specjalną bojówkę – Samodzielna Ochrona Klubu. Więcej ćwiczą, więcej wciągają. Na bicepsach mają wytatuowane SOK.

Rozmowa odbywa się w pubie WARS. Wszyscy bywalcy mają zniżkę na piwo – bo wszyscy mają kartę kibica PKP. Większość wykupuje karty miesięczne, uprawniające do jeszcze większej zniżki. Tu nie wejdzie nikt postronny. Ja mogę dzięki mojemu rozmówcy. To słynny „Peron”, którego od lat bezskutecznie próbuje zatrzymać policja. Jestem jego gościem, więc jestem bezpieczny. Tutaj wszyscy go szanują. Niektórzy twierdzą, że miał mieć ksywę „Piorun” ale że częściej boksuje niż pisze, to pomylił się kiedy podpisywał jakiś manifest i tak już zostało.

„Peron” tłumaczy mi podstawowe zasady etyki kibiców PKP.

– Przede wszystkim nienawidzisz PKS-u. Jak PKS robi wjazd na naszą dzielnicę, to masz być gotowy. A jak jest mecz wyjazdowy to masz wsiąść do pociągu byle jakiego. Masz nie dbać o bagaż. Masz nie dbać o bilet. W ręku ściskasz kamień, na wszelki wypadek, bo podobno psy też jeżdżą koleją.

Pytam go o „Ikarusa” – legendarnego przywódcę bojówki PKS-u.

– To cienias! – mówi „Peron” udając pewnego siebie ale widać że zaczyna być spięty –  Na obozie kondycyjnym podobno rzęził pod górę. Parował, jakby się w nim woda zagotowała. Z nami nie ma co go porównywać.

Przypominam sobie że podobnie o swoim rywalu wypowiadał się sam „Ikarus” kiedy parę dni wcześniej robiłem z nim wywiad w bastionie PKS-u dyskotece „Stanowisko Pierwsze”.

– Peron to cienias – przekonywał mnie – Całe PKP to cieniasy. Wszyscy po kolei to cieniasy.

Nie to co my! – rozpędzał się coraz bardziej – PKS zawsze na najwyższym biegu! – krzyknął łykając dwie setki wódki na raz.

Chwilę potem nie wyrobił na zakręcie i zasnął pod barem. Zdążył jeszcze powiedzieć, że w czasie najbliższej ustawki po prostu rozjadą PKP.

Ustawka, o której mówił już jutro. Cała Polska kibicuje jednej ze stron. Kanały telewizyjne wykupiły czas reklamowy.

Tylko władze nic nie wiedzą. Najwyraźniej nikt ich nie powiadomił. A telewizji nie mają – MSW oszczędza na abonamencie…

PROTEST

Postanowiliśmy zaprotestować. Nic nam się nie podobało i uważaliśmy, że trzeba zmieniać świat. Marzyła nam się wielka permanentna rewolucja. Chcieliśmy wstrząsnąć sumieniem świata tak, żeby nikt nie mógł pozostać obojętny. Powodów było wiele.
Na przykład głód i nierówna dystrybucja żywności. Janek i Franek postanowili się tym zająć. Przygotowali strajk głodowy na znak protestu. Zadeklarowali, że nigdy nie zgłodnieją, dopóki rządy i ONZ nie rozwiążą problemu. Żarli co dwie godziny, pęcznieli w oczach, ale nie poddawali się. Telewizja nadawała regularnie raporty z przebiegu protestu. Restauratorzy na znak solidarności dostarczali jedzenie, zwłaszcza, że płaciła za to telewizja, bo nowy protest-reality show był najdroższym czasem reklamowym. Chłopaki stały się sławne. W przerwach między akcjami dorabiali w reklamach. Grupy młodych idealistów wstrząśniętych sytuacją powtarzały ich protest. Dopiero jak Janek z Frankiem trafili do szpitala na leczenie przerwali akcję protestacyjną. Ale i tak byli bohaterami, bo stracili zdrowie w słusznej sprawie.
Postanowiliśmy naśladować ich sukces walcząc w podobny sposób z innymi przejawami patologii. Kilku z nas było tak wstrząśniętych statystykami alkoholizmu, że zdecydowało się walczyć o trzeźwość, nie trzeźwiejąc, dopóki rządy nie dogadają się jak zrobić, żeby ludzie mniej pili. Zainteresowanie medialne było już mniejsze, ale jeszcze na tyle wystarczające, żeby protest mógł  sam się utrzymać. Przy okazji inicjatorzy protestu przeszli do historii muzyki biesiadnej, a ich protest-song „Góralu czy ci nie żal” trafił na listy przebojów i śpiewany był na każdym kroku przez młodzież zaangażowaną.
Gorzej mieli Ci koledzy, którzy poszli z grubej rury i zabrali się za protestowanie przeciwko narkomanii. Zaczęli mieć problemy z policją, jednak to tylko podkreśliło wartość i potrzebę ich walki. Protest bez prześladowań przez władzę jest jednak niepełny…
Wszyscy wielkimi krokami wchodziliśmy do historii. Złotymi zgłoskami zapisywaliśmy się w annałach postępu i walki. Dla niektórych była to nawet walka klasowa, kiedy na znak protestu jechali pierwszą klasą a konduktor czepiał się, że mają nie ten bilet. To był zdaje się protest przeciwko niedofinansowaniu kolei. Dla innych to była walka o prawa i równouprawnienie. Nie bardzo już pamiętam czyje prawa i czyje równouprawnienie, ale kandydatów nigdy nie brakowało do tego żeby ich bronić. Niektórzy z bronionych nawet o tym nie wiedzieli.
Ci najbardziej agresywni walczyli o pokój. Nie wszyscy nadawali się do tego fizycznie i psychicznie. Bycie wojującym pacyfistą wymaga tężyzny fizycznej i nie każdy z nas był w stanie dojść do wystarczającej formy.
Część z nas przeszła na wyższy poziom i nie walczyli o coś tylko ot tak, dla samej walki i postępu samego w sobie, nie polegającemu na jakichś konkretnych zmianach. Coś jak czysta forma w sztuce, tak czysta walka w kontekście społecznym. Choć chwyty można było stosować brudne, a niektórzy nawet myśleli o brudnej bombie. Zwłaszcza jak zobaczyli pewien film o romantyzmie Czerwonych Brygad. W końcu każde pokolenie bywa, że się nudzi i ma wtedy prawo do porcji fajerwerków okraszonych postępowymi hasłami. Oczywiście wszystko dla dobra ludzkości!
Tak to sobie żyliśmy młody kolego. Całe życie walczyliśmy, nie tak, jak wy – młode pokolenie bezideowców.
Robiliśmy coś dla świata, a wy? Nie głupio wam?

NAPAD

– To jest napad! – wrzasnął człowiek z kominiarką na twarzy podbiegając do bankowej kasy usytuowanej najbliżej wejścia – Dawaj pieniądze bo będę strzelał!
Pistolet trzymał skierowany w stronę kasjerki. To był jego pierwszy skok. Był zdenerwowany.
W oczach kasjerki odmalowało się zniecierpliwienie.
– Napady realizujemy w kasie numer pięć – powiedziała niezbyt grzecznym tonem.
– No tam, z tamtej strony – pokazała palcem widząc że klient się nie rusza.
Rzeczywiście znieruchomiał. Coś szło nie tak ale pogubił się co. Wreszcie ruszył w stronę kasy numer pięć. Na szczęście nie było kolejki.
– To jest napad! – krzyknął do kasjera, ale w jego głosie nie było już takiej determinacji jak wcześniej.
– Oczywiście – odpowiedział kasjer tonem profesjonalisty – dowód proszę.
– Jak… dowód… – zmieszał się do reszty napastnik i odruchowo sięgnął do kieszeni po dokument.
– No normalnie, żeby podjąć pieniądze – wyjaśnił kasjer – Chyba nie po raz pierwszy jest pan w banku.
Przestudiował dokument i popatrzył krytycznie na napastnika, który całkiem już zdezorientowany przebierał palcami po kolbie pistoletu.
– Nie mogę zrealizować tego napadu – orzekł w końcu kasjer oddając dokument. Dowód jest nieważny.
– Jak nieważny? – spytał bandyta – Co w nim jest nie tak?
– Zdjęcie. Jest bez kominiarki, a pan jest w kominiarce.
– Mam zdjąć kominiarkę…?
– Nie można. Wtedy nie będzie to regulaminowy napad. Bez kominiarki może pan podjąć pieniądze w trybie zwykłym w innej kasie. O ile oczywiście ma pan u nas rachunek i tylko do wysokości środków na rachunku.
– Ale to jest napad! – wrzasnął jeszcze raz klient potrząsając bronią.
– Proszę nie krzyczeć! – obruszył się kasjer. Nie ja ustalam regulamin. Nie jestem w stanie panu pomoc.
Zapanowało niezręczne milczenie, przerwane przez napastnika.
– W takim razie żądam widzenia z dyrektorem tej placówki! Nie wyjdę stąd bez pieniędzy!
– Proszę bardzo odparł chłodno kasjer
– Panie Kaziu – zawołał do jednego ze strażników – Pan zaprowadzi tego pana do dyrektora. Chce składać skargę.
– Pan pójdzie ze mną – zachęcił strażnik – I schowaj pan ten pistolet bo jeszcze pan komuś zrobisz krzywdę. Jak dyrektor uwzględni skargę, to pan go znowu wyciągniesz z kabury.
– Nie mogę uwzględnić tej skargi – tłumaczył dyrektor, kiedy już siedzieli razem w gabinecie – Musi pan wymienić dowód inaczej nic z tego. Takie wytyczne z centrali.
– Ale ja mam prawo! – wściekał się rabuś – Jestem klientem! Żądam należnego szacunku!
– Oczywiście – uspokajał dyrektor – Proszę się nie denerwować. Jak tylko wymieni pan dowód zrealizujemy pański napad. A myślał pan o założeniu w naszym banku lokaty? Mamy doskonałe oprocentowanie…
– Nie chcę żadnej lokaty! Chce pieniądze z napadu! Nie będę zmieniał żadnego dowodu…
– W takim razie nie możemy… sam pan rozumie…
– To pan niech zrozumie! Ja żądam! Tu łamane są moje prawa! Ja was podam do sądu! Domagam się wezwania policji!
Ponieważ strony nie mogły się dogadać, na wyraźne życzenie napastnika bank wezwał policję. Czekali pół godziny, co dodatkowo wściekało niezadowolonego klienta.
– Na sygnale jeździmy tylko do napadów – wyjaśnili z profesjonalnym spokojem policjanci – Teraz jechaliśmy do braku napadu. Nie traktujemy tego jako sprawy priorytetowej. Właściwie to sprawa cywilna między panem a bankiem. To nie sprawa policji.
– Ale łamane są moje prawa! Nie rozumie pan tego?
– Nieważne co myślę prywatnie. Może pan wystąpić przeciwko bankowi z pozwem cywilnym. Do widzenia.
O sprawie poinformowano w głównych wydaniach wiadomości.
– Z punktu widzenia praw człowieka – wyjaśniał znany prawnik – mamy tu do czynienia z sytuacją co najmniej dwuznaczną. Widać kurczowe czepianie się wewnętrznych regulaminów wprowadzonych bez należytego umocowania w aktach prawnych. Niepokoi jednostronne ograniczenie praw jednostki przez system bankowy, narzucający niemożliwe, lub trudne do spełnienia warunki ograniczające wykonywanie przez klienta swoich uprawnień.
– To przejaw zniewolenia jednostki przez wielki kapitał – rozwijał myśl znany polityk- Bankowcy zawłaszczają coraz to nowe dziedziny życia społecznego wtłaczając społeczeństwo w sztywne ramy swoich regulaminów. Czas z tym skończyć! To już nie tylko wyzysk! To blokowanie możliwości samorealizacji! Jeszcze w tym tygodniu wniosę w tej sprawie interpelację!
Niedoszły rabuś rozwijał skrzydła. Po paru tygodniach z honorariów za wywiady uzbierał sporą kwotę. Pieniadze wpłacił na nowo założone konto. Zdecydował się jednak na konkurencyjny bank. Do tego był zrażony.
Centrala banku wydala oświadczenie, że rozważa zwolnienie dyrektora oddziału. Można głosować przez SMS o treści „TAK”, lub „NIE”. Cena 4.99 netto. Do wygrania nagrody.

TALIBOWIE

TALIBOWIE

 

W terenowej Toyocie atmosfera była coraz gęstsza. Dwóch polskich dziennikarzy, afgański kierowca i afgański tłumacz mówili bardziej ciałem niż słowami. Pocili się mimo, że grzanie nie działało, a temperatura na zewnątrz nie przekraczała dziesięciu stopni.  Stopy drgały, palce wykonywały nerwowe ruchy to bębniąc o coś to pocierając okolice twarzy. Kierowca zacisnął palce na kierownicy i wydawał się zahipnotyzowany dziurawą, pylastą drogą. Starał się jechać jak najszybciej, jednak stan nawierzchni nieremontowanej od końca lat siedemdziesiątych, rozoranej gąsienicami czołgów, podziurawionej pociskami dział i bombami rzadko pozwalały przekroczyć czterdzieści na godzinę.

Wyprawa od początku była ryzykowna, ale dziennikarze uparli się i dobrze zapłacili. Mieli jednak wrócić przed zmierzchem do Kandaharu i zaszyć się jak wszyscy w dobrze strzeżonej bazie. Nawet w dzień i nawet w środku miasta nie byli bezpieczni. Awaria samochodu i niesolidność ochrony, która pomyliła daty i nie dotarła (czy to przypadek? – zadawali sobie pytanie), spowodowała, że utknęli na bezdrożach najniebezpieczniejszej prowincji kraju bez żadnej ochrony. Kierowcy zajęło kilka godzin naprawianie awarii i teraz udało im się dotrzeć do drogi oznaczonej na mapie szumną nazwą A75 prowadzącej od graniczącego z Pakistańskim Beludżystanem miasteczka Spin Boldak do Kandaharu. Po latach wojen z drogi niewiele jednak zostało.

– Tu nawet w dzień strach jeździć – mruknął tłumacz – kiedy wreszcie znaleźli drogę niewiele różniącą się wizualnie od otaczającej jej pustyni. Trochę bardziej podziurawiona, ale przynajmniej w całości rozminowana.

– Talibowie po zmroku często robią zapory na drodze. Z wami nie mamy szans na przeżycie. Wy też. Śpieszmy się –dodał do kierowcy w języku Paszto.

Kierowcy nie trzeba było tego mówić. Wiedział to tak samo jak tłumacz i coraz bardziej zielony na twarzy dawał z siebie wszystko.

Przejechali dłuższy prosty odcinek i dojechali do zakrętu, na niewielkim wzniesieniu, pod który uszkodzone auto podjeżdżało z trudnością. Wyjechali za zakręt i zastygli z przerażenia. Kierowca zahamował widząc wycelowane w ich stronę karabiny. Droga była zabarykadowana terenowymi samochodami. Próba zawracania nie miała szans powodzenia. Brodaci bojownicy w charakterystycznych dla Talibów obszernych czarnych turbanach dysponowali samochodami w znacznie lepszym stanie niż zdezelowana Toyota. Kierowca zgasił silnik i blady jak papier otworzył okna. Samochód natychmiast został otoczony, przez Talibów. Ich dowódca podszedł do okna od strony pasażera, gdzie siedział tłumacz. Spojrzał groźnie po pasażerach.

Dy kum grup minawale ye? – zapytał. Jego głos nie wróżył podróżnym nic dobrego.

– On pyta – powiedział drżącym głosem tłumacz – za kim
jesteście?

Nastała kłopotliwa cisza.

– Za… Cracovią… – powiedział niepewnie jeden z dziennikarzy.

– To macie szczęście – mruknął dowódca łamaną polszczyzną.

Rzucił bojownikom rozkazy i opuścili broń. Potem znowu zwrócił się do tłumacza w języku pasztuńskim.

– Pan dowódca mówi – powiedział tłumacz znacznie pewniejszym głosem – że da nam eskortę do granic miasta. Twierdzi, że nie jesteśmy tu bezpieczni. Podobno część oddziałów w tej okolicy to kibice Wisły.