Archiwa kategorii: Bez kategorii

O ZACHOWANIU PRZY STOLE

Od wczoraj prześladuje mnie piosenka samego mistrza Kaczmarskiego pod powyższym tytułem. Opis suto zakrapianej uczty posłużył mu za alegorię historii Pierwszej Rzeczpospolitej. Stół – ważny mebel w naszym życiu społecznym… nośna metafora…

 

Wiem, są sprawy ważniejsze. Ale to z kim się je i co  współbiesiadnik wyprawia również jest ważne. Nie tylko to, czy na stole jest jedzenie.

 

Poczucie estetyki cierpi szczególnie, gdy w zachowaniu brak konsekwencji – brudne ręce u faceta pijącego „jabola” pod budką z „jabolami” szokują mniej niż u faceta, który właśnie zasiadł w garniturze do stołu  u „Wierzynka”.

Takie właśnie zachowania serwują nam politycy.  Ostatnio szczególnie politycy partii rządzącej z samym prezesem na czele.

 

Ostatni numer z sądownictwem, zaraz po dyplomatycznym majstersztyku z wizytą Trumpa i rewelacyjnych wynikach ekonomicznych za pierwsze półrocze jest właśnie czymś takim. Coś, jakby zaserwować wyśmienitą zupę  i wyszukane drugie danie na eleganckim obrusie i w rodowej zastawie… a na końcu wytrzeć o ten obrus uwalane sosem ręce, wysmarkać się w krawat, splunąć na parkiet i beknąć tak głośno, że dania podejdą gościom do gardła, a ich smak pójdzie w zapomnienie.

 

Nieestetyczne odgłosy przy stole w wykonaniu rządzących mają swoją logikę. Zakłada ona, że część biesiadników, jest tak bezkrytyczna wobec kucharza, że nawet podanie na obiad pomyj nie odbierze im apetytu. Część kucharza tak nienawidzi, że bez względu na jakość dania nazwą je pomyjami, więc przejmować nie ma się czym. Część – ów języczek u restauracyjnej wagi – skoncentruje się na smaku zaserwowanych wcześniej dań, lub negatywnymi wspomnieniami poprzednich kucharzy.

 

Otóż błąd Panie i Panowie z warszawskiej kuchni. Z estetyką jest tak jak z bezpieczeństwem – całość ma wartość najsłabszego ogniwa systemu. To nie smak paru niezłych potraw, jakie udało wam się upichcić pozostaje w pamięci, tylko gromkie bekanie na niektórych obiadach. Jak dla mnie na o jednym za wiele. Dotyczy to zwłaszcza wspomnianej kategorii konsumentów nazwanej „języczkiem u wagi”. Jak choćby niżej podpisany, któremu po wczorajszych osiągnięciach parlamentu do reszty odeszła ochota do biesiadowania przy Waszym stole. Nie znaczy to, że dosiadam się do innego – wolę jeść sam. Jeśli za dwa lata wasza restauracja zbankrutuje, to miejcie pretensje do siebie. Poprzednicy też myśleli, że ich zakład zbiorowego żywienia jest bezkonkurencyjny…

TAJNA BROŃ PIS

W 2014 roku pozwoliłem sobie ujawnić „tajną broń PO”. Jak ktoś nie wierzy i ma za dużo czasu to może sprawdzić:

http://pawelleski.blog.tygodnikpowszechny.pl/2014/11/10/tajna-bron-platformy/

Jako ową tajną broń ujawniłem prezesa Kaczyńskiego, który swoimi występami podarował PO kolejną kadencję bez względu na to co owo PO robiło. Dzięki niemu i jego przybocznym „nie miało z kim przegrać”.

Jak widać obecna opozycja uczy się od ówcześnie opozycyjnego PIS-u i otwiera przed nim perspektywę kolejnej kadencji. Tym razem PIS nie ma z kim przegrać.

Tajna broń PIS to głównie opozycja. Choćby legenda wrocławskiej Solidarności Władysław Frasyniuk. Wszak żenujący był jego happening polegający na prowokowaniu wyjątkowo kulturalnego i opanowanego policjanta w stopniu starszego posterunkowego, traktującego Frasyniuka tak, jak się traktuje rozkapryszone dziecko. Przypuszczam, że większość policjantów nie popiera PIS. Są więc potencjalnymi wyborcami Frasyniuka i spółki. Ci co oglądali jak Frasyniuk odnosił się do policjanta i jak pokazywał konieczność traktowania go inaczej niż innych obywateli, już pewnie nie są jego wyborcami.  Ot jeden z wielu przykładów opozycjonistów jako tajnej broni PIS. Przykładów jest oczywiście więcej. Twarze KOD- u takie, jak fakturowy cwaniak, muzyk skazany za handel żywym towarem czy były członek WRON nie pomagają opozycji – PIS-owi z pewnością tak. Histeria z jaką zareagowano na wygraną PIS też owemu PIS-owi pomogła. Kiedy rok temu Wyborcza publikowała obciachowy poradnik „Co zrobić jak przyjdą po ciebie o szóstej rano”, a na zachodzie udzielano wywiadów o państwie policyjnym i zakazie dystrybucji niepisowskich filmów przepowiadałem, że będzie jak  w starej bajce o pasterzu, który dla żartu wołał, że wilki atakują stado na pastwisku. Za pierwszym razem zleciała się cała wieś. Za drugim pół wsi. Za trzecim nikt nie przybiegł – akurat wtedy, kiedy wilki rzeczywiście nadciągnęły. Obecny brak reakcji w sondażach na cokolwiek, nawet na symptomy tego, że wilk jednak się skrada, są dzięki bajce zrozumiałe.

Jeszcze parę porównań Kaczyńskiego z Erdoganem (przypomnę: tysiące ludzi, w tym sędziowie i dziennikarze za kratkami, setki zastrzelonych obywateli) a PIS już niczego nie będzie musiał się obawiać.

Może warto czytać bajki, zamiast opowiadać bajki. Inaczej opozycja nadal będzie tajną bronią PIS.

Choć trudno też nie zauważyć, że zachowania polityków PIS świadczą wyraźnie, że jednak starają się przezwyciężyć dokonania opozycji i nadal działają jako tajna broń PO… Wystarczy popatrzeć na rządową TV. Ciekawe kto kogo pokona. Czy wygrają opozycjoniści i uda im się skompromitować tak, żeby PIS porządził jeszcze jedną kadencję, czy wygrają politycy PIS i uda im się przed wyborami do reszty skompromitować własny rząd. Ech ciekawa ta nasza polityka. Jak jakiś mecz, ale z regułami rodem z Alicji w Krainie Czarów. Szkoda tylko uciekającego czasu i niewykorzystanych możliwości, jakie daje krajowi historia… Ale co tam, ważny mecz, choćby absurdalny. Zwłaszcza że poziom dyskusji z obu stron przypomina kibolskie przyśpiewki.

MOTOR DZIEJÓW

Klient pojawił się w zakładzie mechanicznym zaraz po jego otwarciu.

– Dzień dobry – powiedział do mechanika – Mam problem. Motor Dziejów mi się zepsuł.

Mechanik zasępił się.

– Co się dokładnie dzieje? – spytał

– Nie działa po prostu. Ja się nie znam. Jakbym się znał, nie musiałbym płacić za naprawę.

– No dobrze, dobrze – załagodził sprawę mechanik – Ma pan go przy sobie?

– No co pan? Na to trzeba lawetę. Ogromną w dodatku. Ponadczasową w pewnym sensie, jeśli rozumie pan co mam na myśli

– Rozumiem, ale nie mam akurat wolnej – powiedział mechanik – Ze sprzętu specjalnego mam jedynie klucz do sukcesu, ale w tym wypadku zapewne nie będzie pasował. Może jednak uda się jakoś uruchomić, czy przynajmniej zdiagnozować bez przewożenia.

– A ma pan jakieś hipotezy? Co najpierw sprawdzić?

Mechanik zamyślił się przez chwilę.

– A czy sprawdzał pan tryby historii? – zapytał – Coś ich nie zablokowało? Coś do nich nie wpadło?

– Ee, chyba nie – powiedział klient – Niedawno instalowałem nowe ochraniacze. Z atestestem ochraniającym przed wszystkimi zagrożeniami, łącznie z zalaniem wodą na młyn elementów wstecznych.

– A nie miał pan przypadkiem kolizji w Parowozem Postępu. To mgło wywołać wstrząs całego mechanizmu.

– Nie, panie kochany. Poruszam się bardzo ostrożnie. Zwalniam przed dziejowymi zakrętami a w terenie podmokłym uważam na wszelkie zawirowania. Kiedy jadę przez mroki niewiedzy na widok pojawiającego się światełka w tunelu zatrzymuje się i sprawdzam czy na pewno jest to świetlana przyszłość. Co tu dużo gadać – mam wszelkie zniżki za bezkolizyjną jazdę od kiedy dostałem prawo jazdy.

– A może paliwa panu brakło – zaryzykował mechanik najbanalniejsze rozwiązanie.

– Co też pan – obruszył się klient – do wypalenia mi daleko. Właściwie to niemal rzuciłem palenie.

– A może histomat panu zjechał na boczny tor? Albo świadomość środków produkcji zaplątała się w wywody dialektyczne?

– Nie. Histomat już dawno wyrzuciłem na śmietnik historii, a świadomość środków produkcji wymieniłem na krytycznie anlizowalne podzespoły zdarzeń . Właściwie wszystko jest elektroniczne. Zarówno oprzyrządowanie faktograficzne, jak i oprogramowanie interpretacyjne. Nawet narracja historyczna funkiel nówka na gwarancji.

– A nie nawaliły panu czynniki obiektywne? Czasem obsuwają się w subiektywizm, na dodatek zakłócając pracę bierników…

– Nie możliwe – powiedział klient – Świeciłaby się kontrolka, a nie świeci się. Przy czym prąd wydarzeń jest na normalnym poziomie.

– No to właściwie w porządku – dumał mechanik – wszystkie elementy na swoim miejscu. Wszystko nowoczesne. Co więc mogło się stać?

– W tym sęk! – wybuchnął klient – Zepsuł się i po prostu nie działa.

Mechanik przez chwilę rozważał coś bardzo uważnie po czym spytał ostrożnie:

– To jaki właściwie jest efekt nie działania pana Motoru Dziejów?

– Jak to jaki? – obruszył się klient – Nic się nie dzieje!

– Jeśli nic się nie dzieje – odparował z uczuciem ulgi mechanik – To co mi pan zawracasz głowę?

Cofnął się za próg i zamknął dokładnie drzwi od wewnątrz. Postanowił nie otwierać do odwołania.

Mając jednocześnie nadzieję, że odwołanie nie wpłynie w oznaczonym przepisami terminie.

Królowe absurdu

Dawno nic mnie nie ucieszyło tak jak hasło ostatniej „manify”. Jako miłośnik humoru absurdalnego nie mogłem nie docenić konstrukcji brzmiącej „aborcja w obronie życia”.

Może trochę drastyczne, ale za to poziom surrealizmu rekompensuje negatywne odczucia estetyczne związane z tematyką hasła.

Świetny pomysł – pomyślałem. Pójdę tą drogą…

Poszedłem do kolegi z flaszką i już od progu krzyknąłem: „Seta w obronie trzeźwości”.

Kupił hasło – znaczy też ideowiec, zupełnie jak uczestniczki „manify”. Wypiliśmy „dla trzeźwości” zero siedem.

Już miałem dzwonić po taksówkę i wrócić po samochód następnego dnia…

– Ale co tam – pomyślałem – Jak ideowo , to ideowo!

Siadłem w auto z hasłem „prowadzenie po pijaku w obronie bezpieczeństwa”.

Usiłowałem wytłumaczyć to facetom z drogówki. Niestety nie zrozumieli. Już myślałem, że koniec ze mną, a tu nagle okazało się, że też są ideowcami.

– „Łapówka w obronie uczciwości!” – powiedziałem podając dwieście zeta. Przyjęli. A mówi się, że policjanci są bezdusznymi biurokratami…

Koleżanki z „manify” natchnęły mnie tak, że postanowiłem organizować następne akcje.

„Befsztyk w obronie wegetarianizmu”

„Analfabetyzm w obronie literatury”

„Bomba w obronie budowy”

„Trąba w obronie ciszy”

„Wojna w obronie pokoju” – najlepiej gościnnego… A jak Goscinny to Mikołajek… a jak Mikołajki to Mazury… a jak mazur, to również polonez… a jak polonez, to milicja…

Trochę absurdalnie? Słusznie – tylko „trochę” w porównaniu do pomysłów pań i panów z warszawskiej „manify”…

STARCIE PSYCHOPATÓW

Zestrzelenie rosyjskiego samolotu przez armię turecką ma co najmniej dwa wymiary – jeden natowski, drugi bezpośrednio z interesami sojuszu niezwiązany.

Kontekst natowski jest prosty – odkąd Putin rozpętał na Ukrainie wojnę, samoloty rosyjskie stale naruszają przestrzeń powietrzną krajów NATO. Samoloty sojuszu podrywają się i towarzyszą intruzom, dyplomaci protestują i tyle. Turcy najpierw zaprotestowali i ostrzegli, że następnym razem będą strzelać. I strzelili.

 

Aspekt nie związany bezpośrednio z interesami sojuszu to zbliżona osobowość przywódców Rosji i Turcji przy całkowicie odmiennych interesach. Interesach, dodajmy, z obu stron niebezpiecznych i z obu stron sprzecznych z interesem NATO, którego Turcja jest członkiem.

 

Zarówno Putin, jak Erdogan myślą o przyszłości patrząc na wzorce z przeszłości. Dyktatorski i skłonny do puszenia się Putin odbudowuje imperium z elementami carskimi i bolszewickimi. Dyktatorski i skłonny do puszenia się Erdogan widzi się nowym sułtanem i marzy o odbudowie otomańskiego imperium. Obaj nie przebierają w środkach i nie cofają się przed zbrodnią. Obaj są nieobliczalni.

 

Erdogan walcząc o głosy radykalnych wyborców i kontrolę nad chaosem w Syrii nie wahał się popełnić zbrodni wojennych na własnych obywatelach narodowości kurdyjskiej, zaatakować terytorium sąsiedniego Iraku i wspierać terrorystów z Al-Nusra (część Al-Kaidy). Sojusz z tym ostatnim przedstawiał jednocześnie jako walkę z Państwem Islamskim. W zasadzie słusznie, gdyż owe dwie terrorystyczne organizacje są konkurencyjne i zwalczają się nawzajem. Niemniej z walką z terroryzmem miało to niewiele wspólnego. Zwłaszcza, że jednocześnie tureckie wojsko atakowało oddziały kurdyjskie – jedyne skutecznie zwalczające terrorystów w Syrii.

 

Putin przyzwyczajony do tego, że wszystko mu wolno i nikt nie zareaguje na coraz śmielsze prowokacje tym razem się przeliczył. Stracił samolot, stracił twarz na „rynku wewnętrznym”. Nie wiadomo co będzie z dalszym zbliżeniem z Francją i resztą Zachodu, które dzięki wykorzystaniu zachodniego strachu przed terrorem pozwolić mu miało na powrót na salony i wolną rękę do dalszej wojny na Ukrainie (zintensyfikowany ostrzał rosyjski w Donbasie już się odbywa od jakiegoś czasu).

Z pewnością już obmyśla zemstę.

W starciu narcystycznych bandziorów widać zagubienie polityków zachodnich. Ich lęk przed stanowczością, lęk przed każdym kto wypręży muskuły. Zahukani Europejczycy starają się przekupić Erdogana, żeby wstrzymał napływ uchodźców w dużej mierze przez niego samego spowodowany, a nawet inspirowany. Boją się przedłużenia antyrosyjskich sankcji, choćby za cenę niezależności Ukrainy. Czy można się spodziewać, że wreszcie hukną pięścią w stół w rozmowie z oboma? Choćby po to, żeby uspokoić sytuację w Syrii i na Ukrainie wbrew mrzonkom o imperium czy sułtanacie?

Na to potrzeba rozumu i odwagi. A obu tych cech ze świecą szukać na europejskich salonach.

Rozum po kolei

 

Ulegając licznym sugestiom, postanowiłem pójść po rozum do głowy. Byłem mniej więcej w połowie drogi, kiedy poczułem zmęczenie. Przechodziłem akurat koło dworca.

– Czemu nie pojechać pociągiem? Czy muszę chodzić? – pomyślałem

Podszedłem do kasy biletowej.

– Poproszę jeden cały do… – zawahałem się.

Kasjer popatrzył pytająco.

– Znaczy wie pan, chodzi o to – zacząłem się plątać – że szedłem po rozum do głowy i pomyślałem, że mógłbym pojechać pociągiem. Czy jest jakieś połączenie?

– Czy jest połączenie? – ucieszył się kasjer – Z tym pytaniem proszę zwrócić się do informacji!

Odnalazłem okienko informacji i zacząłem od nowa wyłuszczać temat. O rozumie, o głowie.

– Znaczy właściwie o co chodzi? – spytała pani z informacji – Po co pan tam jedzie, to nie moja sprawa. Ale jeśli do głowy to proszę sprecyzować gdzie ta głowa jest i ja wtedy sprawdzę.

– No właśnie… – zająknąłem się – Chyba zgubiłem wątek…

– A! – ucieszyła się pani z informacji – Jeśli zgubił pan wątek, to najpierw proszę zgłosić się do dworcowego Punktu Rzeczy Znalezionych. Tam na pewno panu pomogą. Gdyby chodziło o kradzież, to komisariat dworcowy. Ale jak wątek zgubiony to tylko tam.

Poszedłem we wskazane miejsce.

– Zgubiłem wątek – oświadczyłem.

– Jaki? – spytano

– Logiczny. Konwersacyjny. Dialog przestał się kleić, przez co nie mogę kupić biletu i pojechać po rozum do głowy.

Za ladą poszperano po jakichś zeszytach.

– Nie mamy – stwierdzono kategorycznie – takich wątków nie mamy. Jest jeden ale literacki. W dodatku podpisany nazwiskiem żeńskim, więc na pewno nie pana. A co do dialogu, to może pan kupić klej w kiosku.

– Nie mamy – powiedział kioskarz – Mamy klej do papieru i do plastiku. Do dialogów nie mamy. Nie wiem czemu przestał się kleić. Nie bierzemy odpowiedzialności za przedmioty niezakupione w naszym kiosku.

– No to mi pan zabił klina – mruknąłem

– Co????????? – wrzasnął – To jest insynuacja! Pomówienie! Ja nawet nic nigdy nie ukradłem a pan mnie oskarża o zabójstwo!

– Co tu się dzieje? – zapytała policjantka, która przybiegła słysząc krzyki? – Panie Józiu co się stało? Znowu jakiś pijak się awanturuje? – spytała kioskarza.

– To metafora… – zacząłem się bronić

– Nie żadna meta tylko dworzec kolejowy! – ryknęła policjantka – A fora to ze dwora! Znaczy z dworca!

Pośpiesznie wyszedłem na zewnątrz. Postanowiłem zrezygnować z usług kolei.

– Piechotą zdrowiej – pocieszyłem się.

Poszedłem po rozum do głowy.

 

 

Nowy Rok

Do północy pozostały sekundy. Wszyscy przestali rozmawiać. Rząd, społeczeństwo, media. Cały kraj zamarł czekając na przyjście Nowego Roku. Zaczęto odliczać:

– Pięć, cztery, trzy, dwa , jeden…!

I… nic… Wybiła dwunasta, zastygły ręce z przygotowanymi wcześniej kieliszkami szampana. Nowy Rok nie przyszedł…

Cały kraj aż wytrzeźwiał ze zdumienia – zapewne pierwszy raz w historii. Zegary działały normalnie – szły do przodu, razem z kalendarzami i pokazywały oczekiwaną datę i godzinę. Ale pokazywały nieprawdę – bo Nowy Rok nie przyszedł. Nie było go, co każdy od razu zauważył. Zadumał się rząd. Zadumało się społeczeństwo. Zadumały się media.

Pierwszy otrzeźwiał i tak już otrzeźwiały wraz z całym krajem rząd.

– Co się dzieje? – rzucił premier – Czemu go nie ma?

– Ano, nie przyszedł. Nie wiemy dlaczego? – odpowiedział ktoś nieśmiało.

– Jak to nie przyszedł? – zdenerwował się premier (a za nim media i społeczeństwo) – Może utknął w korkach?

Popatrzył wymownie na Ministra Transportu, ale tamten zaprzeczył i zaprzeczenia poparł zdjęciami z prasy. Przypomniał również, że właściwie nie wiadomo jakim środkiem transportu miał się poruszać. W zasadzie miał „przyjść”, więc transport nie ma tu nic do rzeczy. Postanowiono spytać Stary Rok, żeby rozwiązać tę kwestię, która już wywołała dyskusję w mediach i w społeczeństwie.

Tu pojawił się kolejny problem. Stary Rok odszedł w wyznaczonym terminie i tyle go widzieli. Pisz pan na Berdyczów – poszedł i go nie ma. Tylko Nowy Rok nie przyszedł…

– I co teraz? – zastanawiał się rząd (nie mówiąc o mediach i społeczeństwie)

– Może zlecić poszukiwania policji? – zaproponował ktoś.

– E tam, – żachnął się Minister Spraw Wewnętrznych – Nie mamy nawet rysopisu. Nikt go nie zna.

– A co wymyślili w innych krajach? – zapytał premier patrząc z nadzieją na Ministra Spraw Zagranicznych.

– To samo co u nas. Kryzys – mruknął minister.

Zwołano Sztab Kryzysowy. Media wydały specjalne serwisy informacyjne omijając dyskretnie datę – wszak było już po 31 grudnia, ale jeszcze przed 1 stycznia… Społeczeństwo zaczęło dyskutować zawzięcie.

– Może nie jest tak źle – mruknął ktoś ze społeczeństwa – nie ma roku, nie będziemy płacić podatków.

– Może nie jest tak źle – mruknął ktoś z rządu – Nie ma roku, nie ma wydatków budżetowych przewidzianych na nowy rok.

– Bzdura! – zdenerwował się Minister Finansów – przecież czas leci. Godziny mijają. Tylko daty nie da się ustalić jak Nowy Rok nie przyszedł. Wszystko się dzieje, tylko nie wiadomo kiedy. Dopiero będzie bałagan, jakich jeszcze nie było! A jak w ogóle nie przyjdzie? To co zrobimy?

– Poczekamy do następnego – zaproponował ktoś z obecnych – W końcu to tylko rok…

– Rok nie wyrok – skonstatował Minister Sprawiedliwości

– A jak następny też nie przyjdzie!!!!!!!!!!!! – wybuchnął Premier – To co wtedy zrobimy?

– No, nie zrobimy wyborów – ktoś podsunął – Zawsze coś

– Ee, bzdura! Z niczym się nie pozbieramy!

Nastrój zrezygnowania udzielił się mediom i społeczeństwu. Co chwilę pojawiały się nowe problemy. Na przykład jak ustalić urodziny? Jak ustalić daty urlopów? Katastrofa!

Póki co najwięcej wagi przykuwały jednak powody, dla których Nowy Rok nie przyszedł.

– Może wpadliśmy w pętle czasową? – mówili jedni – Ale wtedy nie odszedłby Stary Rok.

– Może zaspał? Może zapił gdzieś po drodze, bumelant jeden i nie dość, że przyjdzie spóźniony, to jeszcze skacowany! – denerwowali się inni

– Nieważne, byle przyszedł – odpowiadali jeszcze inni – żeby w ogóle przyszedł!

Przygnębienie ogarnęło bez mała wszystkich – rząd, media, społeczeństwo. Wyglądało na to, że stracili nadzieję. Znowu zapadła cisza, jak przed dwunastą, jednak nie cisza radosnego oczekiwania, na przyjście Nowego Roku, lecz cisza zrezygnowania.

I nagle w tej ciszy dało się słychać nieśmiałe pukanie.

Wszyscy zamarli w bezruchu – rząd, media, społeczeństwo.

Tymczasem drzwi uchyliły się powoli i pokazał się Nowy Rok – zmieszany wbitym w niego wzrokiem rządu, mediów, społeczeństwa.

– Przepraszam za spóźnienie – powiedział przepraszającym głosem – Pobłądziłem trochę… Jestem tu nowy…

UKRAINA – OPTYMIZM MIĘDZY WIERSZAMI

Wbrew przygnębiającej atmosferze związanej z aneksją Krymu i możliwej dalszej wojnie Putina z Ukrainą gdzieś między wierszami ukrywają się również pewne optymistyczne symptomy.
Zacznijmy od tego co Putin na pewno już osiągnął, a czego z pewnością nie chciał. Udało mu się zjednoczyć jak nigdy wcześniej Ukraińców ze Wschodu i z Zachodu. Przy okazji zniechęcił do siebie ogromną rzeszę Ukraińców rosyjskojęzycznych, dotychczas raczej wolnych od rusofobii. Udało mu się również jak żadnemu z naszych polityków ugruntować proces zapoczątkowany już podczas Pomarańczowej Rewolucji – pozytywnego nastawienia Ukraińców do Polaków. Zapewne nigdy w historii nikomu się to jeszcze nie udało w takim stopniu. I zapewne jest to dokładna odwrotność tego, czego Putin sobie życzy.
Udało mu się również skompromitować do reszty swoiste „Detente” Obamy w stosunkach z Rosją. Poprzednie „Detente” z lat siedemdziesiątych mogło doprowadzić do wojny w wyniku dysproporcji sił. Na szczęście dla Europy zanim doprowadziło do wojny zostało zastąpione Doktryną Reagana. Putinowska taktyka słonia w składzie porcelany coraz bardziej „reaganizuje” Obamę. A to jest osiągnięcie.

Tyle wiadomo. Co dalej? Nawet związana brudnymi interesami i wystraszona Europa zdobyła się na gesty nieco bardziej niż symboliczne. Sankcje są ograniczone, niemniej wbrew pewnym siebie komentarzom Moskwy wraz z sankcjami amerykańskimi coraz bardziej uderzają w silnych stronników Putina, oraz w całą gospodarkę Rosji. Nagły brak możliwości używania kart kredytowych przez rzesze Rosjan, topniejąca giełda, niepewny rubel, wreszcie zablokowanie transferu technologii wojskowych przez Niemców, zagrożenie wstrzymaniem kontraktów na Mistrale przez Francuzów, a także, co być może najważniejsze, amerykańscy i brytyjscy żołnierze przybywający na ćwiczenia na terytorium Ukrainy zaczynają mieć realne znaczenie. Są to akurat żołnierze tych krajów, które w wyniku Memorandum Budapesztańskiego są w pewnym sensie odpowiedzialne za integralność Ukrainy.

Wydaje się także, że zagrywka Ukraińców z zapowiedzią wycofania się z rezygnacji z broni masowego rażenia może odnieść skutek. Jest logiczna, bo wynika z nieskuteczności gwarancji otrzymanych właśnie w zamian za likwidację arsenałów nuklearnych. To musi działać na wyobraźnię nie tylko w związku z Ukrainą. Po prostu za chwilę jakiekolwiek konwencje dotyczące takiego rodzaju broni mogą przestać mieć sens. To może przemawiać do wyobraźni panstw zachodnich.
Prawdopodobnym jest, że właśnie coraz twardsza postawa Zachodu mogła zdecydować o tym, że wojska rosyjskie jeszcze nie wkroczyły na „kontynentalną” Ukrainę a Rosjanie zapewnili Amerykanów, że nie mają takiego zamiaru. Czy rzeczywiście nie mają – wątpliwe, ale mogą się jednak bać. W tym wypadku to co wyczyniają na Krymie może mieć również sens jako testowanie limitu zachodniej wytrzymałości. Mimo naśmiewania się w Moskwie z sankcji Zachodu, myślę że związek przyczynowo skutkowy między nimi a moskiewskimi wahaniami jest możliwy. A to wskazuje na to, że sankcje nawet tak ograniczone są skuteczne. Co za tym idzie należy je niezwłocznie kontynuować wbrew sugestiom Der Tagesspiegel, że „Zachód może zażegnać obecny konflikt z Rosją o Ukrainę tylko w dialogu z prezydentem Władimirem Putinem”. Nie wiem czy rozważanie niemieckiej gazety wynikają z braku wiedzy na temat skuteczności negocjacji z bandziorami, czy są artykułem na zamówienie. Najwyraźniej bredzenia Schroedera i Verheugena na temat rosyjskich racji i ukraińskich faszystów nie brzmią wiarygodnie już nawet na Zachodzie. W tym wypadku modelowanie działań przeciwnika poprzez sugestie prasowe, że tak, należy walczyć, ale wyłącznie przez konstruktywny dialog nie sankcje wydaje się optymalne z punktu widzenia mniej lub bardziej niejawnych służb rosyjskich.
Jest spora szansa, że im się to nie uda – to też optymistyczna refleksja.

Śmierć Margaret Thatcher

Kto jak kto, ale my powinniśmy się pochylić nad śmiercią Margaret Thatcher. Można jej nie lubić będąc Brytyjczykiem. Choć postawiła na nogi walącą się niegdyś brytyjską gospodarkę, terapia dla wielu była bolesna. Nie można jednak nie doceniać zmarłej jeśli jest się Polakiem. Oceny tandemu Thatcher – Reagan przestały budzić jakiekolwiek wątpliwości kilka lat temu, dzięki ministrowi Sikorskiemu. Wtedy był jeszcze Ministrem Obrony. Odtajnił wówczas znajdujące się w Polsce archiwa Układu Warszawskiego. Materiały z podpisami między innymi polskich generałów ujawniły szaleństwo, jakie kierowało przywódcami Krajów Demokracji Ludowej. Brak doktryny obronnej – nikt poważny nie zakładał przecież, że pacyfistyczna, zamożna Europa Zachodnia kogokolwiek zaatakuje. W miejsce planów obronnych stale udoskonalane plany ataku na zachodnią część kontynentu, z użyciem broni atomowej. Główny korytarz do przemarszu wojsk radzieckich miała stanowić Polska, która zgodnie z planami inwazji miała ponieść główny koszt eksportu rewolucji – przewidywano, że w wyniku ataku odwetowego Polska przestanie istnieć.
Z materiałów wynika też, że z wojennych planów zrezygnowano w wyniku Doktryny Reagana. Dzięki jego rakietom i twardej retoryce Europa Zachodnia przestała być bezbronna. Najpewniejszym sojusznikiem Reagana na terenie Europy była Margaret Thatcher. Oboje politycy zdawali sobie sprawę z tego czym jest „Imperium Zła” i nie bali się. Amerykanie, którzy dzielili się informacjami wywiadowczymi z Brytyjczykami znali część oryginalnych planów dzięki pułkownikowi Kuklińskiemu, któremu dzisiaj niektórzy zarzucają zdradę, jednocześnie broniąc honoru generałów, którzy nasz kraj spisywali na straty.
Najprawdopodobniej bez doktryny Reagana nie doszłoby do pieriestrojki. Materiały odtajnione przez ministra Sikorskiego nie odbiły się szerokim echem w Zachodniej Europie. Wszak w okresie, kiedy amerykański prezydent i brytyjska premier ratowali Europę, na jej ulicach setki tysięcy pacyfistów demonstrowało przeciwko nim. Zapewne niełatwo przyjąć im do wiadomości jak bardzo się mylili.
W tym samym czasie Polacy śmiali się z nich i nazywali „pożytecznymi idiotami”. Mam nadzieję, że teraz, po śmierci Margaret Thatcher zdobędziemy się na chwilę refleksji.