Archiwa kategorii: Rwanda

RUANDA (RWANDA)

RUANDA – SZWAJCARIA AFRYKI, IZRAEL AFRYKI, NRD AFRYKI

Giseni 15

Już pierwsze wrażenia po wyjściu z samolotu lądującego w Kigali przeczą wielu afrykańskim stereotypom. Czyste, profesjonalne lotnisko. Mili, uśmiechnięci  pogranicznicy starający się pomóc, nie zaszkodzić. I nie wolno nawet próbować im czegoś za to dawać.

To oczywiście nieprawda, że w Ruandzie korupcja nie istnieje. Jest jednak na minimalnym, zwłaszcza jak na ten region poziomie i dość energicznie się z nią  walczy. A Ruandyjczycy wydają się być z tego dumni. Jeżeli do Ruandy wjeżdża się przez granicę lądową, podróżnego wita tablica z hasłem „Inwestycje – tak. Korupcja – nie”. Niżej podany jest numer, pod który należy dzwonić w razie problemów.Ruanda 15

Dbałość o dobre imię kraju bywa nieco zabawna. Pewien policjant upewniwszy się, że nie rozumiem w Kynyarwanda, (język ruandyjski) poinformował wiozącego mnie Ruandyjczyka, że mandatu nie dostanie, ale wypadało by się jakoś odwdzięczyć. Podziałał jednak argument kierowcy, że policjant nie może nic dostać przy obcokrajowcu, żeby ten nie pomyślał, że w Ruandzie daje się łapówki. Policjant nic nie wziął nalegając jedynie, by kierowca zatrzymał się z „prezentem” jak będzie wracał tą samą drogą już bez obcokrajowca.

Ruanda 2   Przerost formy nad treścią najlepiej widoczny był przed „intronizacją” na drugą kadencję prezydenta, który wybory wygrał w iście peerelowskim stylu osiągając ponad 90 procent głosów i zamykając wcześniej potencjalnych kontrkandydatów lub zmuszając ich do emigracji. Na uroczystość zjechać się miało pół świata, więc przez tydzień w Kigali sprzątano i remontowano. Wymieniano latarnie, sadzono drzewa, sprzątano i tak już czyste ulice. Właściwie robili to wszyscy oprócz żołnierzy i policjantów, których ilość porównać można było z ilością źdźbeł na porządkowanych pospiesznie trawnikach. Przynajmniej pod tym względem miasto na pewno na wyborach skorzystało…

Wyjście z budynku lotniska też przyjemnie zaskakuje. I pod względem ogólnego porządku i klimatu. Świeże powietrze, a wieczorem wręcz chłodna temperatura wynika z położenia stolicy na wysokości 1400 metrów, co w znacznej mierze łagodzi szerokość geograficzną zbliżoną do równika. Porządek panuje również na drogach, co w tej części świata nie jest zjawiskiem częstym. I nie chodzi tylko o czystość aut, której mój samochód mógłby im pozazdrościć, lecz o zachowanie kierowców. Moglibyśmy uczyć się od nich kultury jazdy i przestrzegania przepisów. Przynajmniej w Kigali – poza miastem już nie jest pod tym względem tak dobrze.

Na dodatek niezłej jakości drogi. Te boczne bez asfaltu, ale w znośnym stanie. Główne z bardzo dobrym asfaltem, co jest tym ważniejsze, że Kigali położone jest na wzgórzach, więc jedzie się często ostro w dół lub ostro w górę.

No i ulice są czyste. Na rondach dobrze utrzymane trawniki i klomby. Tu nawet slumsy są wysprzątane.

Jadąc pierwszy raz z lotniska natknąłem się na grupy kibiców wracających z meczu. Śmiali się, rozmawiali – normalni ludzie. Porównując ich z kibicami w Polsce poczułem zazdrość.Kigali 8

Ruandę nazywają czasem lokalną Szwajcarią. Gospodarność i ponadprzeciętne w stosunku do sąsiadów trzymanie się przepisów, a także rzucająca się w oczy czystość usprawiedliwiają tę nazwę. Dodać do tego należy utrzymujący się od kilu lat wysoki wzrost gospodarczy, czemu trudno się dziwić przy tak praktycznym podejściu do, na przykład przepisów  zakładania firm. Szczegółowe wskazówki potencjalni inwestorzy mogą przeczytać na tablicy już na lotnisku, czekając na odprawę paszportową. Działalność gospodarczą w całości zakłada się przez Internet. Trwa to… 1 dzień. Uczyć się od Ruandyjczyków polscy biurokraci! Panie premierze – na szkolenie do Kigali!Ruanda 4

Wieś jest biedna. Jak wszędzie w Afryce, ale stale się zmienia. W domach ludzie mają niewiele, jednak mają domy. Z gliny, lub cegły, nie z trawy jak za jedną czy drugą granicą. Elektryfikację przeprowadza się w zawrotnym tempie. Przy okazji w kraju kładzie się światłowody. Jak w większości krajów afrykańskich, niewiele jest wodociągów, ale buduje się krany w centrum wsi, żeby nie trzeba było chodzić po wodę do lasu. W wielu wsiach buduje się publiczne ubikacje.

Ruandę nazywają też czasem lokalnym Izraelem. Niewielka, ale niezwykle skuteczna i mobilna armia wspomagana przez bardzo profesjonalne i rozbudowane służby wywiadowcze powoduje, że ten malutki kraik bez trudu trzyma w szachu znacznie większe państwa regionu.

Ale Ruandę można też nazwać afrykańskim NRD. Tradycyjne posłuszeństwo wobec władzy w pruskim stylu łączy się tutaj z przybierającą groteskowe nieraz formy szpiegomanią, oraz totalną inwigilacją całego społeczeństwa. Ocenia się, że średnio co dziesiąty dom spełnia funkcje inwigilacyjne. Przeciwnicy polityczni trafiają do więzień, na emigrację, albo zabijają ich „nieznani sprawcy”. Bywa, że po prostu znikają z ulicy. Często też oskarżani są o „negacjonizm”, czy nawet uczestnictwo w ludobójstwie z 1994 roku. Właśnie jak w NRD, gdzie, jeśli ktoś nie był z władzą, oznaczało, że jest „faszystą”.

Obecny prezydent nie znosi sprzeciwu, dbając jednocześnie o autentyczny rozwój kraju i niedopuszczenie do powrotu koszmaru sprzed lat. Przy całej dyktaturze wygląda na to, że ma on spore poparcie społeczne. Być może wygrałby wybory nawet gdyby ich nie fałszował. Przede wszystkim wiele osób postrzega go jako gwaranta stabilności i rozwoju. Nawet w sąsiednim Kongu, w którym wieloletnia działalność Ruandy polegała na strasznych dla ludności cywilnej wojnach i masowym rabunku minerałów, oraz związanym z tym poparciu dla bandyckich grup zbrojnych można usłyszeć, że „przydałby nam się taki Kagame”. Trzymający porządek, walczący z korupcją i pozwalający spokojnie żyć, o ile człowiek nie próbuje angażować się w politykę. W porównaniu do sąsiedniej dyktaturo-anarchii zbierającej za miedzą krwawe żniwo, ruandyjski „absolutyzm oświecony” wydaje się interesujący.

Nieraz zastanawiałem się, czy gdybym był Ruandyjczykiem to bym na niego  głosował. Być może tak. Gdybym tylko mógł… A nie musiał.

W Ruandzie nie tylko ogólna czystość i bajkowe widoki „krainy tysiąca wzgórz” nastrajają obcokrajowca optymistycznie. Uroku dopełniają ludzie. Bo większość z nich jest bardzo sympatyczna. Po mieście można spokojnie chodzić – nawet w nocy nie graniczy to  z samobójstwem zwłaszcza na głównych ulicach i zwłaszcza jak się nie jest kobietą. Na wsiach, zwłaszcza kobietom, odradzał bym nocne spacery.

Nie ma problemu z pomocą i nie ma nagminnego, w niektórych krajach regionu, wyciągania od obcokrajowca pieniędzy. Nie dotyczy to tylko Kigali, lecz generalnie Ruandy.

Zatrzymałem się kiedyś w maleńkim miasteczku. Zostawiłem samochód na parkingu i postanowiłem wejść na pobliską górę. Wycieczka nieco się wydłużyła. Góra była co prawda tak stroma jak wyglądała, natomiast jej wysokość zdecydowanie przewyższała wrażenie patrzącego z dołu. W efekcie wycieczka trwała kilka godzin. Po drodze spotkałem miejscowego „Górala”, który mówił po angielsku. Była to jedyna szansa na porozumienie się, bo moja znajomość Kynyarwanda ograniczała się ,mniej więcej do „dziękuję bardzo” (morakooze czani). Tego dnia używałem mojego zasobu ruandyjskich słów bardzo często, niemniej nie jest on w stanie pomóc we wszystkich sytuacjach. Anglojęzyczny ruandyjski Góral powiedział, że też idzie na górę, bo za górą mieszka jego rodzina, którą chce odwiedzić. Skorzystałem z zaproszenia i poszliśmy razem.

Trudno opisać wszystkie wrażenia estetyczne. Region, to góry wysokości mniej więcej naszych Gorców, tyle że bardziej strome. Horyzont zamykają wulkany dochodzące do 4500 metrów. Zbocza gór poszatkowane są poletkami, przy których galicyjskie mikro gospodarstwa uchodziłyby za farmy. Poletka są niemal pionowe i obserwator zachodzi w głowę jak się je uprawia. Gdzieniegdzie zza zarośli wystają dachy chatek – bardzo biednych i bardzo ładnych. Kiedy „Muzungu” („biały”) wspina się ścieżkami pod górę, wzbudza zainteresowanie wszystkich napotykanych osób. Dzieci machają z daleka, ale zazwyczaj boją się podejść, bo taki dziki biały to nigdy nie wiadomo – lepiej uważać.

Jednym z elementów zwracających uwagę europejskiego mieszczucha jest kondycja miejscowych ludzi. Nadążałem za moim przewodnikiem wspierany wyłącznie narodową ambicją. Z drugiej strony trudno się dziwić. Dzieci chodzą codziennie na dół do szkoły. I codziennie z niej wracają pod górę. Codziennie trzeba przynieść wodę i inne rzeczy, wliczając w to ciężkie pakunki wnoszone na głowach.

W najwyższym punkcie, do jakiego dotarłem poczułem się rzeczywiście jak w Gorcach. Nawet chatki trochę podobne i ścieżki dokładnie takie same. Byłem prawie u siebie, tylko miejscowe gaździny miały nieco ciemniejszą karnację niż na Turbaczu.

Potem zeszliśmy w kolejną dolinę. Inna, ale nie ustępująca pięknem tej, z której przyszedłem. Po jakimś czasie doszliśmy do gospodarstwa rodziny mojego przewodnika. Starszy pan doglądający boso swojego poletka. Starsza pani – dwie krowy, kozy, stadko świnek morskich, które tutaj traktuje się jako zwierzęta hodowlane i właściwie nic więcej.
Rodzina nie spodziewała się gościa. W domu nie było jedzenia i nie było mnie czym poczęstować. Wcale nie chciałem jeść. Nie śmiałem nawet prosić o wodę, bo zdawałem sobie sprawę z tego, ile wysiłku kosztuje jej przyniesienie. Gospodarze jednak koniecznie chcieli mi sprawić przyjemność. Dostałem w prezencie tradycyjny, wyplatany koszyk, w którym nosi się prezenty dla odwiedzanych osób. Oczywiście powinno się nieść na głowie. Jak? Tego nadal nie rozumiem. W Kongu widziałem kobietę niosącą na głowie miednicę z dwoma żywymi kurami i kaczką…
W domu nie było niemal nic. Nie było również prądu. Natomiast było czysto. Były też plakaty z prezydentem i emblematy prezydenckiej partii. Mój gospodarz tłumaczył, że mają „good leadership” i dlatego mogę bezpiecznie chodzić, chociaż dawniej nie byłoby to możliwe. I że dlatego nikt nie chce wyciągać ode mnie pieniędzy, co związane jest z ogólnonarodową akcją uświadamiającą, że tak nie należy.

Dowiedziałem się też o społecznej kampanii rządowej pod hasłem jedna krowa w każdym gospodarstwie. Jedna krowa należy się za darmo od państwa. Jak się ocieli, pierwszy przychówek należy oddać innej rodzinie, która z kolei innym musi oddać pierwszego cielaka. Ma to skutek tak gospodarczy jak i społeczny. Zwłaszcza, ze krowa w kulturze ruandyjskiej zajmuje bardzo istotne miejsce.

Tradycyjnie w Ruandzie na krowy można przeliczać wszystko. Bogaty oznaczało kiedyś mający dużo krów. Kandydat do ręki córki powinien przed ślubem podarować krowę rodzinie panny młodej. W miastach zaręczynową „krowę” przelicza się na pieniądze, ale nadal nazywane jest to krową. I nawet należy uiścić podatek od zaręczynowej krowy. Bez zaświadczenia o zapłacie podatku trudno wziąć ślub. W języku potocznym „szykować krowy” oznacza zamierzać się ożenić. Jednym z największych  komplementów, jaki można powiedzieć kobiecie, to, że ma oczy jak krowa. Lub, że chodzi jak krowa, choć jak mi wytłumaczono, chodzi jedynie o jeden konkretny gatunek krowy. Nawet narodowy taniec ruandyjski to „taniec krowy”.

Rządowa akcja „krowy dla każdej rodziny” nasunęła mi pewną myśl. Nie śmiałem jednak zapytać, czy moje przypuszczenie jest słuszne.  Mianowicie może wspierać państwową politykę w myśl której nie ma już Hutu czy Tutsi tylko Ruandyjczycy. Tradycyjnie krowy mieli Tutsi, Hutu mieli pola. A tak wszyscy mają krowę.

Wracając do samochodu napotkałem grupę weselników wybierających się z wizytą do państwa młodych. Odpoczywali na polance, czy może mieli tam miejsce zbiórki. Około 30 osób z prezentami dla gospodarzy. Wyszedłem zza krzaków i wszyscy umilkli. Najwyraźniej byli zszokowani. Mój widok na dodatek z tradycyjnym koszykiem w ręce spowodował, że na chwilę oniemieli.
Poczułem się trochę nieswojo widząc 30 par oczu wpatrzonych we mnie. Pomachałem ręką. Cała grupa wybuchnęła śmiechem i zaczęła coś krzyczeć. Z okrzyków zrozumiałem tylko jedno słowo „Muzungu”. Na szczęście zza krzaków wyszedł też mój przewodnik i wytłumaczył, że nie idę w gości, tylko wracam z wycieczki. Znowu wszyscy się śmiali, chociaż dokładnie nie wiem, z czego (chyba ze mnie).  Swoją drogą ciekawe jakby zareagowała grupa weselników np. w Bieszczadach, gdyby zza krzaków nagle wyszedł ktoś czarny.

Podobne refleksje nasunęły mi się również wtedy, kiedy w osiedlowym barze na obrzeżach Kigali degustowałem piwo, wzbudzając lekkie zdziwienie, pozbawione jednak elementów wrogości. Zastanawiałem się, czy gdybym miał gościa z Ruandy to, nie odradziłbym mu odwiedzania osiedlowych knajpek w polskich miastach.

Oczywiście podczas zwiedzania Ruandy przychodzi często na myśl to, co na tych sympatycznych wzgórzach i ulicach działo się w 1994 roku – zabić 800 000 ludzi w 2 miesiące to wynik, którego Hitler by się nie powstydził.

Tymi wydarzeniami Ruanda żyje nadal. Choć obecnie niby niema problemu. Wprowadzone przez Europejczyków oznaczenia „T” i „H” zniknęły z dowodów osobistych. Co więcej, nawet mówienie o tym czy jest się „Hutu” czy „Tutsi” jest całkowitym tabu.

Teraz wszyscy są Ruandyjczykami. I miejmy nadzieje, że dla nowego pokolenia będzie to już stan naturalny.

Wśród starszych nie ma chyba osoby, która w rodzinie nie miałaby albo zbrodniarzy albo ofiar, czasem jednych i drugich. Bo rzeź, jaką siedemnaście lat temu urządzili Hutu swoim pobratymcom Tutsi,  mordując  około trzech czwartych przebywających na terenie kraju, zabrała również część tych Hutu, którzy wyglądali na Tutsi, albo po prostu nie chcieli mordować. Zgodnie z ludobójczą ideologią, reklamowaną w ówczesnej oficjalnej prasie,  Hutu, który poślubił Tutsi, albo dał mu pracę był zdrajcą zasługującym na śmierć. Fragmenty tego typu artykułów przeczytać można w muzeum ludobójstwa – przejmującej ekspozycji, którą koniecznie trzeba zobaczyć odwiedzając Kigali.

Na ekspozycji próżno jednak szukać wiadomości o tych Hutu, których dotknęły represyjne czystki dokonane przez oddziały Tutsi. Niby w porównaniu z wcześniejszym ludobójstwem nie było ich dużo. Ale śmierć nie daje się sprowadzić do cyfr. Nie mówi się również o Hutu, zabitych podczas ścigania przez oddziały ruandyjskie ludobójców na terenie sąsiedniego Zairu (obecnie Demokratyczna Republika Konga). Często Hutu kongijskich, którzy z ruandyjskim ludobójstwem nie mieli nic wspólnego.

Tragedie trwają nadal i wynikają nie tylko ze wspomnień. W wielu miejscach ofiary szaleństwa z 1994 roku nadal się boją i spotykają dawnych zbrodniarzy. Z drugiej strony więzienia i obozy są pełne ofiar pomyłek sądowych. Tradycyjne ludowe sądownictwo „Gatchacha” nie wysila się na sprawdzanie dowodów. Kto ma więcej świadków, ten wygrywa. W ten sposób za uczestnictwo w ludobójstwie można trafić w wyniku denuncjacji zawistnego sąsiada. Albo z przyczyn politycznych. Opozycjonistę można wsadzić do więzienia jako ludobójcę lub negacjonistę. Brzmi ładniej niż więzień polityczny. Do więzień trafiali też ci, których mieszkania spodobały się wracającym z emigracji Tutsi, kiedy władzę przejął już obecny obóz rządzący. Jak był Hutu – na pewno Interhamwe. Jak miejscowy Tutsi – na pewno kolaborant, że przeżył masakrę.

W 1994 roku trzymiesięczna rzeź Tutsi trwała w najlepsze pod bokiem uzbrojonych po zęby oddziałów ONZ, które w tym czasie stacjonowały w Ruandzie. Równolegle w Nowym Jorku oenzetowscy oficjele zastanawiali się, czy wydarzenia odpowiadają definicji ludobójstwa. I czy należy zmienić mandat sił oenzetowskich i pozwolić im na bronienie ofiar. Tak sobie gwarzono w najlepsze, robiąc przerwy na lancze i kawy, korzystając z uroków Manhattanu, aż zamordowano prawie milion bezbronnych ludzi.

Niezdecydowanie dyplomatów i zarabiających ciężkie pieniądze urzędników nie uchroniło też części żołnierzy. W byłych koszarach w Kigali stoi pomnik i wisi flaga Belgii. Tam zostali zastrzeleni belgijscy żołnierze ONZ, którzy w 1994 roku dostali się w zasadzkę i zostali wzięci do niewoli przez oddziały ludobójców. W tym samym czasie kiedy ich rozstrzeliwano, w białej budce może 150 metrów od tego miejsca siedział ich dowódca i negocjował z armią Hutu jak mają się zachowywać żołnierze ONZ. Po jakimś czasie jeden z Hutu wpadł w ręce Belgów, którzy znaleźli przy nim broń zabitego kolegi. Karabin… oddano armii ruandyjskiej i przeproszono. Chodziło o to, żeby nie zadrażniać i nie dawać pretekstu do zarzutu, ze ONZ wbrew mandatowi stanął po jednej ze stron i bierze udział w walce…

Co warte były siły ONZ, które nie reagowały jak na ich oczach mordowano cywili, mówiło się sporo. Nadal jednak szokują detale. Grupa belgijskich żołnierzy usiłowała schronić się na stadionie gdzie stacjonowało 600 ich kolegów z Pakistanu. Żołnierzy belgijskich było chyba sześciu. Na terenie stadionu było bezpiecznie – to betonowa forteca. Dowództwo pakistańskie nie otworzyło bramy. Belgowie zostali otoczeni przez pijany tłum z maczetami, który usiłował ich posiekać tak jak swoich sąsiadów Tutsi. Belgowie uratowali się strzelając do tłumu. Podobno do dzisiaj się z tego tłumaczą w Belgii. Ale cóż, lepiej być zdegradowanym za życia niż awansowanym po śmierci.
Inna grupa belgijskich żołnierzy próbowała schronić się na terenie swojej ambasady. Ambasador nie wpuścił ich, twierdząc że są pod rozkazami ONZ, więc nie ma obowiązku ich chronić. W Belgii nie został pociągnięty do odpowiedzialności. W niektórych ambasadach wydawano zbrodniarzom zatrudnionych w nich Tutsi, którzy zaraz potem byli zabijani…

Obcokrajowiec ma kłopoty ze zrozumieniem, jaka jest różnica miedzy Tutsi i Hutu. Mam podejrzenia, że problem z tym mają nawet sami Ruandyjczycy. Bo według niektórych teorii jest to różnica etniczna, a według innych, raczej klasowa, czy stanowa – coś jak nasz dawny podział na szlachtę i włościan.

Zgodnie z teoriami etnicznymi Tutsi to pozostałość ludności nilockiej a Hutu to ludność z grupy Bantu. Niloci przed wiekami mieli podbijać ludność Bantu i stąd powstanie królestw Tutsi, które przetrwały do końca XIX wieku na terenie dzisiejszej Ruandy i Burundi. Europejczycy, którzy przybyli na miejsce odczuwali dziewiętnastowieczną potrzebę ścisłych klasyfikacji etnicznych i doszli nawet do wywodzenia Tutsi od Noego i potomków jego syna Chama, co miało ich predestynować do przewodzenia innym. Konstrukcja dość karkołomna i niebezpiecznie zbliżona do naszych siedemnastowiecznych bajdurzeń o pochodzeniu szlachty od Sarmatów, a chłopów od potomków Chama. Tyle, że tu Cham dawał powody do bycia lepszym, u nas odwrotnie.

Teorie etniczne uzasadniane były też różnicami w wyglądzie – wysocy Tutsi z prostymi nosami i niscy Hutu z nosami typowo afrykańskimi.
Na pewno jakiś fragment mozaiki etnicznej i jej migracji w ciągu wieków ma wpływ na dzisiejszą ludność, jednak przez wieki tak bardzo się ona wymieszała, że trudno dzisiaj stwierdzić, kto ma jakie pochodzenie. W każdym razie osoby „o wyglądzie Tutsi” spotkać można wśród Hutu i na odwrót. Wielu Hutu ze „złym” wyglądem zginęło w 1994 roku. Część Tutsi z „dobrym” wyglądem dzięki temu przeżyło.

Według innych teorii podział jest wyłącznie stanowy. Tutsi to dawna szlachta. Z Tutsi wywodzili się królowie, chodź zgodnie z ówczesnymi koncepcjami  byli oni odrębnym stanem. Królowie przed wprowadzeniem chrześcijaństwa  stali powyżej podziałów stanowych i byli wręcz deifikowani. Choroba króla oznaczała zagrożenie dla fizycznego bytu królestwa, a potrząśnięcie ręką króla mogło grozić trzęsieniem ziemi.

Jedna teoria nie do końca wyklucza drugą. Istnieje hipoteza, że polscy możnowładcy wywodzili się z niemieckich rycerzy, którzy przybyli do Polski z powracającym po wygnaniu Mieszkiem II i zdławili rewoltę pogan. Nawet, jeśli to prawda to co z tego wynika? A no nic.

Podobnie jak przez długi okres w dawnej Polsce, w Ruandzie stan można było zmieniać. W czasach królestw wystarczyło odebrać Tutsi krowy i stawali się Hutu. I na odwrót. Głównym rozgraniczeniem było posiadanie krów przez jednych i uprawianie ziemi przez drugich. Być może właśnie dlatego bywali wyżsi; różnica wynikałaby z odmiennego żywienia, a nie pochodzenia etnicznego? Ponoć podobną różnicę wzrostu pomiędzy stanami odnotowano w osiemnastym wieku we Francji.

Kiedy król Tutsi posyłał w poselstwie do innego króla swojego syna to przekazywał wiadomość „posyłam ci mojego Hutu„.

Żeby obraz był jeszcze bardziej skomplikowany, obok królestw Tutsi istniały też ruandyjskie królestwa Hutu. Przestały istnieć dopiero w dziewiętnastym wieku uzależnione od centralnie położonego królestwa wspieranego przez kolonizatorów. Podbiło ono również konkurencyjne królestwa Tutsi. Europejczycy przez kilkadziesiąt lat wspierali Tutsi. Różnice zamiast zacierać, pogłębiano. To pomagało w polityce „dziel i rządź”, powodując również narastającą nienawiść. Wiele stanowisk administracyjnych zajmowanych dotychczas przez Hutu przydzielono Tutsi. Wielu Tutsi odpowiadał taki stan rzeczy, jako że idiotyczne poczucie wyższości wynikające z przynależności do elity, choćby wyimaginowanej, jest niestety charakterystyczne dla ludzi wszystkich ras i narodowości. Jednym z propagatorów teorii etnicznych na terenie Ruandy był biskup Alexis Kagame. Obecnie głównym propagatorem braku takich różnic jest prezydent Paul Kagame…

Pod koniec epoki kolonialnej Tutsi, którzy przez wiele lat byli sojusznikami Europejczyków zaczęli mówić o niepodległości. Europejczycy zaczęli wspierać Hutu. W tym czasie ci już wystarczająco znienawidzili Tutsi.

Kiedy na przełomie lat 50-tych i 60-ych Ruanda wybijała się na niepodległość i odnotowywano pierwsze oznaki przemocy wobec Tutsi, Europa fascynowała się przewrotem społecznym uciskanego stanu Hutu, przeciwko feudalnej arystokracji Tutsi. Ich odsunięcie od władzy czy wypędzenie lub marginalizowanie porównywano do Rewolucji Francuskiej. Może nawet słusznie, gdyż podobnie jak ona pod szczytnymi hasłami wprowadziła dyktaturę gorszą od poprzedniej i doprowadziła do ludobójstwa i eskalacji okrucieństwa wcześniej niespotykanego. Podobnie jak Rewolucja Francuska nie liczyła się z tymi, których można uznać za jej prekursorów – młodą inteligencją Tutsi, która jeszcze przed uzyskaniem niepodległości zaczęła głośno mówić o konieczności równouprawnienia Hutu.

Po odzyskaniu niepodległości wpisy w dokumentach pozostały, a konflikt wybuchł ze zdwojoną siłą. Tyle, że teraz teoria o różnicy etnicznej Tutsi wykorzystywana była przez ekstremistycznie nastawionych Hutu jako uzasadnienie do ich wygonienia z kraju jako „najeźdźców”. Owa narodowo-wyzwoleńcza frazeologia doprowadziła do eskalacji konfliktu i masowych zabójstw, których apogeum przypadło na rok 1994. Ale prześladowania i masakry rozpoczęły się razem z niepodległością. Stąd masowa emigracja Tutsi. Ta emigracja, właściwie jej część skupiona w sąsiedniej Ugandzie, przejęła zbrojnie władzę bezpośrednio po ludobójstwie z 1994 roku.  Dokooptowała również nie zamieszanych w ludobójstwo Hutu. I zakazała mówienia o podziałach. Udało im się to po paru latach partyzanckiej wojny, którą dowodził obecny prezydent kraju.

Równolegle konflikt trwał w sąsiednim Burundi gdzie naprzemiennie Hutu masakrowali Tutsi albo rządzący Tutsi zabijali Hutu (zwłaszcza wykształconych).

Rok 1994 porównuje się do drugiej wojny i Holokaustu – ilość ludzi zabitych w krótkim czasie nasuwa takie analogie. Mnie ów konflikt najbardziej kojarzy się z Zachodnią Ukrainą, czy też polskimi Kresami w połowie lat czterdziestych. Bo nie tylko podłoże konfliktu było zbliżone – mniejszość Tutsi politycznie i kulturowo dominująca nad większością Hutu, powodująca powiększaną poczuciem niższości, przekraczającą wszelki racjonalizm nienawiść. To nie tylko zachowanie przez wieki wielu Tutsi na wysokich stanowiskach tłumaczące wrogość, ale na pewno nie usprawiedliwiające tego, co zrobiono. I nie tylko pomieszanie dwóch grup powodujące, że często „genetycznie” mogło być więcej Polaka w ukraińskim nacjonaliście i na odwrót. To również ideologia i jej język zbliżona do ulotek i publikacji OUN z lat czterdziestych, a przede wszystkim sposób działania. Holokaust to w dużej mierze okrucieństwo z zimną krwią. Działające metodycznie, jak dobrze naoliwiona, pracująca bez emocji maszyna zbrodni. Ludobójstwo w Ruandzie, to podobnie jak na Ukrainie kierowany centralnie masowy irracjonalny wybuch okrucieństwa, przekraczający wszystkie wyobrażenia. Z zabijaniem osób z własnej rodziny, masowym użyciem białej broni w połączeniu z najokrutniejszymi torturami, masowymi gwałtami, szczególnym bestialstwem wobec kobiet w ciąży i dzieci. Zmuszaniem do zabijania współmałżonków w zamian za ratowanie życia dzieciom. Dość powszechnym udziałem w zbrodni duchowieństwa zachęcającego wiernych do wybicia drugiej grupy, wraz z „jej” duchowieństwem. Wkrótce po powrocie do Polski przeczytałem książkę „Nienawiść” Srokowskiego – jedną z tych książek, których nie warto nie przeczytać. Czytając właśnie tę książkę najlepiej rozumiałem to, co działo się w Ruandzie siedemnaście lat temu. Przeczytana wkrótce potem książka „Victory” ruandyjskiej autorki Barassy umacnia moje przekonanie o porażającym podobieństwie obu szaleństw. Także o tym, że zemsta często dosięga ludzi niewinnych. Jeden z rozdziałów „Nienawiści” to opis odwetu polskich chłopów na ukraińskiej wsi. Zamordowania Ukraińców, u których właśnie ukrywali się przed UPA Polacy, a których przy okazji spalono razem z ukraińską stodołą. Obie lektury godne polecenia zwłaszcza tym osobom, które wierzą, że coś takiego mogło się zdarzyć tylko w Afryce.

Obecnie w Ruandzie można powiedzieć wyłącznie, że jest się Ruandyjczykiem.

Wspólna historia, ten sam język – dokładne zrozumienie różnic jest chyba niemożliwe. W końcu w sąsiednim Kongu też są Tutsi i Hutu uważający się za odrębną grupę wśród kilkuset plemion kongijskich. Tyle, że kongijskich Hutu można było spotkać we wspieranym przez obecne władze Ruandy, kojarzonym z Tutsi zbrodniczym ugrupowaniem CNDP[1]. Z jakichś przyczyn wybierali niejednokrotnie tę grupę, a nie równie zbrodniczą FDLR[2] założoną przez ruandyjskich ekstremistów Hutu, którzy uciekli do Konga po utracie władzy w Ruandzie. Na dodatek kongijscy Tutsi i kongijscy Hutu nazywani są nieraz przez inne plemiona kongijskie „Ruandyjczykami”. I często mówią w języku Kynarwanda a nie w Suahili, chodź uważają się za Kongijczyków.

Nasza potrzeba pewności domaga się jasnych klasyfikacji. Lecz jasne klasyfikacje wydają się niemożliwe. Pozostaje mieć nadzieję, że młodzi Tutsi, Hutu, Twa (ruandyjscy Pigmeje), czy tzw. „Hutsi” – dzieci z mieszanych małżeństw – będą się czuli po prostu Ruandyjczykami, a reszta stanie się historią. Jak podziały stanowe u nas. I za to należy trzymać kciuki.


[1]              Congres National de la Defence du Peuple (Narodowy Kongres Obrony Ludu) – ekstremistyczna partyzantka Tutsi działająca na terenie Wschodniego Konga. Wspierana przez Ruandę. Jej byli szefowie Laurent Nkunda i Bosco Ntaganda są poszukiwani przez Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze. W chwili pisania Nkunda jest „internowany” w Ruandzie, a Ntaganda jest „”kongijskim generałem”.

[2]              Front Democratique de la Liberation de Rwanda (Demokratyczny Front Wyzwolenia Ruandy)