Archiwa kategorii: Pomoc

Pomoc międzynarodowa

Publikowane w Tygodniku Powszechnym z 16.08.2011
http://tygodnik.onet.pl/31,0,66952,jak_pomagac__aby_pomoc,artykul.html

Afrykańskie tragedie rzadko przebijają się do masowych mediów w Europie. Zwłaszcza w Polsce gdzie poziom rozlicznych wiadomości coraz niebezpieczniej zbliża się do egocentrycznej papki amerykańskich telewizji lokalnych. Ale tym razem nawet u nas możemy zobaczyć przejmujące obrazy biedaków uciekających z ogarniętej głodem Somalii. Głównie do stojącej na granicy klęski głodowej północno-wschodniej Kenii. Obecnie najważniejsze, to uratować jak najwięcej osób. Natomiast warto postawić też pytania ogólne, wykraczające poza doraźną pomoc.
W latach osiemdziesiątych klęska głodu w sąsiedniej Etiopii zmobilizowała cały świat. Pamięć o tym wydarzeniu zachowała się głównie dzięki utworom muzycznym zaangażowanych w pomoc artystów. Tyle, że najprawdopodobniej większa część pomocy trafiła do funkcjonariuszy ówczesnego reżimu, który usiłował wprowadzić w Etiopii komunizm, co było przynajmniej tak istotną przyczyną głodu jak atak suszy. A właściwie, jak twierdzi we właśnie wydawanej w Polsce książce „Karawana Pomocy” Linda Polman, jedyną przyczyną. A susza jedynie pretekstem do przyciągnięcia zachodnich darczyńców, za pieniądze których reżim będzie funkcjonował. Susza jedynie dawała oficjalne wytłumaczenie temu, jak wyglądają zagłodzeni stalinowską metodą Etiopczycy.
Obecna klęska suszy wydaje się nie budzić wątpliwości. Warto jednak pamiętać, że dotknęła kraje pogrążone w wojnie domowej (Somalia) i przeżarte korupcją (Somalia i Kenia). To, że tereny pustynne narażone są na klęski suszy powinien wiedzieć każdy (podobnie jak to że w Polsce mogą zdarzać się powodzie), natomiast za całkowity brak przygotowania na walkę z jej skutkami ponoszą winę politycy. Ci którzy okradają własny kraj bardziej niż dawni koloniści – jak choćby w przypadku Kenii. Politycy, którym należałoby wystawić w przyszłości rachunek za obecną pomoc międzynarodową. Może nie pomoc dla uchodźców z Somalii, ale dla ofiar miejscowych.
Zambijska ekonomistka Dambisa Moyo w książce „Dead Aid” (Zabójcza Pomoc) pokazuje wręcz cały system bazowania lokalnych polityków na zachodniej pomocy, która wyręcza państwo w wypełnianiu swoich funkcji utrzymując społeczeństwo na granicy przetrwania. Jednocześnie utrzymuje poziom życia lokalnych władz powyżej granicy luksusu. Znów nie w tym rzecz, żeby teraz się zastanawiać czy doraźnie ratować umierające dzieci – rzecz w tym, żeby wymusić na rządzie kenijskim realne działania i kontrolować co dzieje się z przesyłanymi pieniędzmi na poszczególne projekty – nawet gdyby zaczęto krzyczeć, że jest to rasizm i neokolonializm, – argument częsty u lokalnych złodziei na kierowniczych stanowiskach. W dodatku argument ten zwykle działa. Wygląda na to, że większość projektów pomocowych nie uwzględnia w ogóle kontroli rzeczywistego wykorzystania funduszy. I tak budowana za zachodnie pieniądze szosa w magiczny sposób zamienia się w willę na Lazurowym Wybrzeżu. Ewentualnie jakiś polityk wysyła do Paryża na zakupy rodzinę czarterowym odrzutowcem, jednocześnie wspaniałomyślnie pozwalając na przelanie mu funduszy na wybudowanie szkoły. Postulaty, że przykładowa droga nie dostanie funduszy na drugi kilometr, dopóki nie zostanie wybudowany pierwszy, przez wielu uważane są za… rasizm. Zambijska ekonomistka – nota bene profesor Oxfordu i były ekspert banku światowego – dowodzi wręcz, że kontynent, który w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat otrzymał ponad trylion dolarów pomocy rozwojowej w swojej przeważającej części (są wyjątki) cofnął się w tym czasie ekonomicznie i cywilizacyjnie nie MIMO takiej pomocy lecz W SKUTEK polityki pomocy. Podawane przykłady ukazują nie tylko wspomniany korupcjotwórczy efekt stałej pomocy, lecz również uzależnienie od niej społeczeństw i mordowanie przedsiębiorczości oraz lokalnego rolnictwa i rzemiosła. Jako wymowny przykład podaje hipotetyczny dar transportu siatek antykomarowych, które, jak to jednorazowy dar za 2 lata są już potargane. Natomiast w między czasie doprowadziły do bankructwa miejscowego wytwórcę zatrudniającego X pracowników. Ponieważ jedna pracująca osoba w regionie utrzymuje średnio dziesięć osób z niepracującej rodziny, mamy za jednym zamachem X razy 10 osób bez środków do życia – czyli kolejną rzeszę osób, którym „musimy” pomagać.
Zupełnie inaczej sytuacja przedstawia się w Somalii. Kenia to państwo przeżarte korupcją i konfliktami, ale państwo. Somalia to państwo upadłe – właściwie nie istniejące. Przez lata po uzyskaniu niepodległości rządzone przez krwawego dyktatora generała Siada Barre, który w 1968 roku zdobył władzę w wyniku zamachu stanu. Po jego upadku w 1991 roku Somalia pogrążyła się w chaosie. Somalijczycy mimo, że stanowili monolit religijny i etniczny nie wykształcili przed rokiem 1960 choćby zalążków państwowości. Pierwsze idee państwowotwórcze pojawiły się w okresie kolonialnym, wśród młodej, wykształconej na zachodni sposób inteligencji. Tyle, że byli oni niewielką grupką, bez większego wpływu na całe społeczeństwo. Zapis języka somalijskiego powstał dopiero w drugiej połowie XX wieku w wyniku prac… prof. Bogumiła Andrzejewskiego– polskiego żołnierza, który po wojnie nie wrócił do Polski i zaczął badać języki afrykańskie. Wczesnośredniowieczne społeczeństwo podzielone na zwalczające się plemiona i klany jeszcze długo nie będzie w stanie zbudować stabilnego państwa. Jest typowym produktem dekolonizacji z jej nagłym przeskokiem w rozwoju państwowości i społeczeństw o setek lat.
Nic dziwnego, że lata krwawego chaosu spowodowały, że co mądrzej rządzone regiony stworzyły odrębne twory, z których najistotniejsze to północny Somaliland i wschodni Puntland. Ten pierwszy formalnie od lat uważający się za odrębne państwo, drugi formalnie związany z Somalią, ale mający swoje władze i siły bezpieczeństwa. Zwłaszcza Somaliland jest przykładem, że coś może się udać nawet w Somalii. Po strasznych doświadczeniach rządów Siada Barre, który zwalczał miejscowe plemiona, mieszkańcy po prostu wzięli sprawy regionu w swoje ręce. Nie patrząc na oficjalne, choć nie działające państwo. Somaliland funkcjonuje.. I od wielu lat jest w miarę stabilny –aż dziw, że nie stał się ulubieńcem społeczności międzynarodowej. Ale ta musiałaby go najpierw uznać jako nowe państwo. A tego nikt nie lubi.
Sąsiedni Puntland, też jest de facto odrębnym państwem, choć formalnie utrzymuje konstytucyjny związek z resztą kraju co pokazuje nawet dość dziwaczna nazwa Somalijskiego Państwa Puntlandu. Jego politycy uczestniczą w pracach Federalnego Rządu Tymczasowego, czym politycy z Somalilandu nie są zainteresowani. Dla nich to po prostu zagranica. Choć znacznie mniej spokojny od sąsiedniego ( i zarazem wrogiego) Somalilandu, Puntland również wydaje się mieć nadzieje. Mimo, że rozwija się w kleszczach z jednej strony grup pirackich, których większość baz położona jest na jego terytorium, a infiltracją religijnych ekstremistów.
Klęska głodu dotknęła głównie tereny południowe kontrolowane właśnie przez muzułmańskich ekstremistów z ugrupowania Al-Shebaab” (Lud). Nazywani często somalijskimi „talibami” nie kryją swoich związków z Al-Kaidą. To oni rok temu przygotowali zamachy bombowe w stolicy Ugandy podczas finałowego meczu mistrzostw świata transmitowanego z RPA. Na swoim terenie zabronili oglądania transmisji meczów. Bo piłka jest zachodnia. Zachodnia jest też z reguły pomoc humanitarna. Więc Al-Shebaab jej nie przyjmuje, a jej przyjęcie karze śmiercią. Oczywiście sami bojownicy się wyżywią – ale miejscowa ludność uciekająca przed śmiercią głodową do Keni, Somalilandu, czy kontrolowanej przez Federalny Rząd Tymczasowy części stolicy Somalii, Mogadiszu, naraża się na śmierć z rąk fanatyków. Specyfika poczucia „sprawiedliwości” ugrupowania znana jest zresztą od dawna – parę lat temu świat obiegła informacja o dziewczynie, która zgwałcona przez grupę bojowników poskarżyła się lokalnej „policji” Al-Shebaab. Ponieważ część sprawców była żonata, dziewczynę skazano na śmierć przez ukamienowanie za cudzołóstwo. Wyrok wykonano.
Niechęć do pomocy nie jest zjawiskiem nowym. Jednym z aspektów może być nie tylko nienawiść do „zachodniego jedzenia” lecz również ideologia streszczająca się w haśle „im gorzej tym lepiej”. I nie jest to specyfika somalijska. Bo jak inaczej wytłumaczyć irackie zamachy tzw. partyzantów na własną ludność cywilną, na przedszkola, na odbudowywaną infrastrukturę, na place targowe, gdzie nie giną amerykańscy czy polscy „krzyżowcy” tylko miejscowi muzułmanie. W szaleństwie tkwi metoda – frustracja i gniew ofiar obrócą się w końcu nie przeciw sprawcom, tylko tym, którzy nie potrafią ich przed nimi obronić. Podejście takie nie dotyczy tylko fanatyków religijnych. Kilka lat wcześniej jednym z głównych zarzutów komunistów z peruwiańskiego „Świetlistego Szlaku”, którzy zabili dwóch polskich zakonników, był fakt, że księża angażowali się w pomoc humanitarną – pomoc „imperialistyczną”. Prekursor wspomnianych szaleńców, niejaki Włodzimierz Uljanow „Lenin” podczas klęski głodu, która jak na warunki przedrewolucyjne była katastrofalna, nie włączył się w ponad polityczną akcję pomocową, gdyż jak twierdził im większa ilość ofiar, tym większa szansa na wybuch rewolucji.
Problemy z dostarczaniem pomocy pojawiają się z różnych stron. Dopiero niedawno amerykańska administracja oficjalnie zmieniła interpretację zasady, że każda dostawa, która wpadnie w ręce terrorystów może być uznana za pomoc organizacji terrorystycznej. A jak się ją zawiezie na tereny kontrolowane przez Al-Shebaab niechybnie tak się stanie. Zresztą ocena tej postawy Amerykanów, też, jak wszystko w tym regionie, nie jest łatwa. Pomoc humanitarna często wpada w ręce grup zbrojnych, czy lokalnych polityków. Amerykanie mają z tym złe doświadczenia właśnie w Somalii. Klęska amerykańskich wojsk w Mogadiszu w 1993 roku pokazana w znanym filmie „Helikopter w Ogniu” związana była z operacją przeciwko miejscowemu watażce rabującemu pomoc humanitarną przeznaczoną dla głodujących.
Lektura wspomnianej książki Lindy Polman wątpliwości pogłębia. Bo jeśli po prostu prześlemy żywność zbrodniarzom, kiedy się wreszcie łaskawie na to zgodzą, to czy rzeczywiście pomożemy cywilnej ludności? Czy tylko wzmocnimy bandytów, przedłużając jednocześnie wojnę, w której ci cywile będą ginąć? Holenderska autorka w przekonywujący sposób pokazuje jak humanitarna w założeniu, ale nieumiejętnie przeprowadzana pomoc w wielu wypadkach przedłużała straszliwe konflikty choćby w Biafrze, Wschodnim Kongu. Ratując setki i powodując śmierć tysięcy. Problem nie jest sztuczny. Czego chyba najjaskrawszym przykładem jest funkcjonująca na zagranicznej pomocy Korea Północna – dostawy ryżu ratują reżim umożliwiając funkcjonowanie najstraszliwszych na świecie obozów koncentracyjnych. I tak od pięćdziesięciu lat. To trochę tak, jakby Trzecia Rzesza otrzymywała od aliantów transporty żywności w latach czterdziestych. Nikt by chyba nie uwierzył, że jest to gest humanitarny w stosunku do więźniów Aushwitz…
Kolejną „drugą stroną medalu” jest niedawna informacja, że wśród uchodźców uciekających przed głodem i AL-Shebaab do Mogadiszu, często nie ma mężczyzn, gdyż ci boją się o posądzenia przez siły rządowe, że są zakamuflowanymi bojownikami Al-Shebaab.
Na marginesie obecnego głodu warto pomyśleć o zagadnieniach innych niż susza, na którą nie mamy wpływu. Czy niedopuszczenie ofiar do pomocy nie jest zbrodnią przeciw ludzkości i nie powinno automatycznie skutkować wszczęciem śledztwa przez Międzynarodowy Trybunał Karny? Taką interpretację rozważano parę lat temu w związku z podobnym zachowaniem birmańskiej hunty podczas klęski powodzi. I czy nie należy bardziej zdecydowanie naciskać na tych, którzy wspierają Al-Shebaab. Bo żadną tajemnicą nie jest fakt, że zbroją się głównie dzięki pomocy Erytrei (są wrogami Etiopii a więc naturalnym sojusznikiem Erytrei). Erytrejski reżim – jeden z okrutniejszych w Afryce – nie potrafi co prawda zadbać o rozwój swojego kraju, ale na Al-Shebaab znajduje fundusze (jeśli chodzi o resztę zawsze mogą poprosić o pomoc humanitarną).
I czy nie należy też się zacząć zastanawiać nad tym dlaczego zbrodnie Al-Shebaab nie wywołują takiej furii społeczności arabskich jak każda ofiara palestyńska? Nie chodzi o to, żeby ofiary palestyńskie bagatelizować, ale zachowanie Al_Shebaab i Izraelczyków są jednak nieporównywalne. Czy współczucie dla ofiar zależy nie od tego kto ginie, tylko kto zabija? Takie pytanie nasuwało się niejednokrotnie. Na przykład podczas ludobójstwa muzułmańskiej ludności Darfuru dokonanego przez bojówki prezydenta Sudanu Al-Bashira.
Po opanowaniu – oby jak najszybszym – eksplozji głodu należy też pomyśleć co dalej z polityką wobec Somalii? Bo samo opanowanie eksplozji ma skutki bardzo ważne, ale jedynie doraźne. Do następnej suszy, do następnej masakry. Warto zapytać o sens utrzymywania fikcji Somalii. Przecież Federalny Rząd Tymczasowy kontroluje niewiele ponad fragment stolicy. W dodatku ten efemeryczny rząd jest skorumpowany według „najlepszych” lokalnych wzorców. Istnieje(bo trudno powiedzieć „funkcjonuje”) wyłącznie dzięki żołnierzom z Ugandy i Burundi stacjonującym tam w ramach międzynarodowej misji AMISOM. To oni toczą zacięte walki z bojownikami Al-Shebaab, w celu umożliwienia wykonywania pracy organizacjom pomocowym, ratującym głodującą ludność.
Przywiązanie do fikcji jedności Somalii jest prawdopodobnie jedynie odsuwaniem problemu. Dodatkowo nosi znamiona karania za sukces. Bo jak inaczej mają interpretować mieszkańcy Somalilandu fakt, że jeszcze nikt nie uznał ich oficjalnie jako kraju. Wysiłek jaki podjęli, żeby odbudować z powojennych gruzów swój kraj, niespotykane w innych częściach Somalii zaangażowanie kobiet w politykę i sprawy społeczne, zwłaszcza na etapie negocjacji między stronami, demokratyczna zmiana władz, do tego rozwój gospodarczy i wrogość wobec Al-Shebaab i Al-Kaidy powinny przyciągać uwagę społeczności międzynarodowej. Kraj mimo tlącego się konfliktu z sąsiednim Puntlandem o dwa graniczne regiony mógł by być przykładem – oczywiście na miarę regionu. Zwłaszcza, że udało się tam w sposób bezprecedensowy połączyć elementy zachodniej demokracji z instytucjami zwyczajowego prawa plemiennego w ramach nowej koncepcji ustrojowej, w której izba niższa parlamentu wybierana jest w wyborach powszechnych, a izba wyższa to przedstawiciele starszyzn klanowych. W ten sposób standardy demokratyczne osiągają poziom niespotykany w regionie, nie powodując jednocześnie rewolucji nie akceptowalnej ze względu na tradycję. Oczywiście zgodnie z nowoczesnymi kryteriami nie jest to państwo ani bezpieczne ani rozwinięte. Jest wręcz średniowieczne. Ale gdy porównać do punktu wyjścia i do otoczenia, trudno nie doceniać zarówno włożonego wysiłku, jak i jego efektów.
Mimo to Somalilandu nikt nie uznał, a skąpaną we krwi nieistniejącą de facto Somalię uznają wszyscy. Wydaje się, że postawienie na wspieranie i rozwój autonomicznych tworów państwowych, w miarę możliwości jednolitych plemiennie, jest jedynym wyjściem na dłuższą metę. To podejście, choć głośno nie wypowiadane widać w niektórych działaniach państw regionalnych, które mają problem na miejscu, a nie z dystansu Waszyngtonu czy Paryża. Etiopia od dawna prowadzi wymianę z Somalilandem, a z Addis Abeby do Hargeisy latają regularnie samoloty rejsowe. Etiopia szkoli też intensywnie siły bezpieczeństwa republiki Puntlandu, które na własnym terenie prowadzą wojnę z grupami związanymi z Al-Shebaab. Ostatnio w prasie pojawiły się przecieki, że południowy sąsiad Somalii – Kenia wspiera ideę powstania kolejnego państwa somalijskiego – Jubalandu, obejmującego regiony Lower Juba, Upper Juba i Gedo (nie mylić z miastem Juba – stolicą Południowego Sudanu). Idea zrozumiała, bo Kenia wystawiona jest na bezpośrednie zagrożenie – Al Shebaab oficjalnie uznaje ją za wroga. W Kenii mieszka ogromna mniejszość somalijska i do Keni trafia większość somalijskich uchodźców. Stworzenie naturalnego bufora wydaje się zrozumiałe z punktu widzenia Kenii. Ale przy odpowiednim wykonaniu projektu może być korzystne również dla sprawy pokoju w regionie i lokalnej ludności.
Wszystkie powyższe wątpliwości nie zmniejszają oczywiście wrażenia, jakie robią wiadomości dotyczące dotkniętej głodem ludności. Doraźna pomoc wydaje się chwilowo najważniejsza. W tym momencie. Ale doraźna i skuteczna. Dla uciekających cywili, a nie dla uzbrojonych bandytów. I doraźna, a nie jako sposób funkcjonowania regionu na następne pięćdziesiąt lat.