Archiwa kategorii: LRA – Uganda Kongo

LRA

Publikowane w Tygodniku Powszechnym:
http://tygodnik.onet.pl/31,0,57835,1,artykul.html

DEMONY AFRYKI
„Chcemy pokoju. Żeby tylko, aby na świecie był pokój” – odparł, gdy zapytałem go, jaki cel ma jego ugrupowanie. Rozmówca, nazwijmy go John, był kiedyś członkiem Armii Bożego Oporu, wysoko postawionym w hierarchii. Nadal jest jej zwolennikiem.
Oficjalnie chcą pokoju. A nawet więcej: zbudowania społeczeństwa kierującego się Dekalogiem. Stąd ich nazwa: Lord’s Resistence Army. Dosłownie: Armia Oporu Pana, popularniej: Armia Bożego Oporu. To najstraszniejsza ze wszystkich zbrojnych grup, jakie brały i biorą udział w afrykańskich wojnach. Choć ich zbrodnie „ilościowo” nie dorównują, np. Rwandzie, „jakościowo” przebili okrucieństwem najgorszych dyktatorów i najgorsze partyzantki.
Pewna Sudanka wyjaśniła mi ich nazwę inaczej: „They resist the Lord” (dosłownie: oni sprzeciwiają się Bogu). Gra słów, oddająca to, jak w Południowym Sudanie i innych terenach nawiedzonych przez koszmar LRA postrzegani są jej… no właśnie, kto? Żołnierze? Nie pasuje, choć nadają sobie stopnie wojskowe. Bojownicy? Niby tak, choć to pojęcie kojarzy się z walką, a nie z przekraczającym wszelkie wyobrażenie okrucieństwem.
A więc bandyci? Też nie oddaje tego, czym są oddziały LRA. Zwłaszcza, że większość z nich to albo jeszcze dzieci lub nastolatki, albo też dorośli wcześniej porwani w wieku dziecięcym. Oszaleli po przeżytej traumie, często poddani torturom, praniu mózgu, zmienieni w sadystyczne maszyny do zabijania. Mszczący się na innych za doświadczone wcześniej okrucieństwo wedle klasycznego wzorca spirali przemocy. I wierzący w nadprzyrodzoną moc swego guru, którego nie imają się kule, który może ich zabić na odległość, gdyby udało im się uciec. A który na pewno zabije ich w okrutny sposób, gdyby próba ucieczki się nie udała.
Jest też garstka tych, którzy przyłączyli się z własnej woli. Zazwyczaj na najwyższych stanowiskach – jak John, mój rozmówca.
LRA działa od końca lat 80. Z niewielkiej, regionalnej grupy północno-ugandyjskich rebeliantów stała się problemem dotykającym co najmniej cztery państwa.
Z początku zostali przyjęci przyjaźnie przez miejscowa ludność Acholi, dotkniętą okrucieństwami armii ugandyjskiej. Wkrótce ich okrucieństwo przerosło wcześniejsze doświadczenia. Mieszkańcy ugandyjskich wiosek zaczęli patrzyć na wojsko rządowe jak na wybawienie, gdy w pobliżu pojawiały się oddziały „wyzwolicieli” z LRA. Dziś komórki są w Afryce powszechne, wtedy jedyną szansą na powiadomienie wojska był rower. A więc przywódca LRA zarządził, że rowery są nielegalne, a za posiadanie roweru obcinał nogi.
W konfrontacji z armią Ugandy potrafili odnosić zwycięstwa: decydował ich fanatyzm, znajomość terenu, obecność ex wojskowych z armii poprzedniego reżimu. Rezerwy kadrowe uzupełniano podczas pacyfikacji wiosek. Przywódca, zdziwiony brakiem entuzjazmu dla swej działalności, zaczął traktować „głupich Acholi” jak wrogów.
Każdy, kto się nie chciał przyłączyć, był zdrajcą. Porwane dzieci, aby przeżyć, musiały zabić kogoś z rodziny. Patrzenie na śmierć i okrucieństwo wobec nich samych powodowało, że te dzieci, którym udało się przeżyć, zaczynały same zabijać. Zwłaszcza chłopcy. Dziewczynki porywane były głównie jako „żony”. Ich młody wiek miał gwarantować, że nie zarażą chorobami wenerycznymi.
„To może dla nich lepiej” – przekonywał mój rozmówca. – „Może generał Kony wiedział, że w swoich dotychczasowych rodzinach by się zdemoralizowały, a tak, uratował je. On wie, co robi. Jest bardzo mądry. I dobry”.
„Papa Kony”, „Generał Kony” – to po prostu Joseph Kony. Chłopak z biednej wielodzietnej rodziny, jak większość w Acholilandzie. Nie skończył podstawówki. W dzieciństwie wyśmiewany przez rówieśników i nazywany „małpą”, bał się bić z chłopakami; wyzywali go bezkarnie. Jako dorosły najwięcej okrucieństw popełnił na dzieciach. I nauczycielach, których nienawidzi. Nienawidzi, a jednocześnie go przyciągają. Ich też porywał i kazał otwierać w swych obozach szkoły dla porwanych dzieci. Oczywiście według swego programu. W wioskach, które napada, najmniejsze szanse na przeżycie mają ludzie znający angielski – bo pewnie chodzili do szkoły. Zdarzyło mu się porwać cały internat. Śledczy psycholog powiedziałby pewnie, że zabijając dzieci, Kony symbolicznie zabija wyśmiewających się z niego w dzieciństwie kolegów. I nauczycieli ze szkoły, do której przestał chodzić.
Już jako dziecko zaczął rozmawiać z duchami. Słyszał ich głosy. W rozwiniętym społeczeństwie zaczęto by go leczyć. W społeczeństwie Acholi, gdzie duchy obecne są na każdym kroku, zaczęto przychodzić do niego po porady. W końcu to dziecko rozmawiało z duchami, więc pewnie mogło zapewnić ich pomoc. Kony został wioskowym „lekarzem”.
Kiedy dorósł, zaczął rozmawiać z Bogiem, który kazał mu rozpocząć wojnę w imię Dekalogu. Niektórzy posłuchali go, wierząc w to, co mówi. Część stanowili byli żołnierze ugandyjscy, którzy po przewrocie znaleźli się poza armią i mogli się spodziewać odpowiedzialności za popełnione wcześniej okrucieństwa.
Ale szefem zawsze był Kony. Jeśli ktoś z jego grupy ma inne zdanie, ginie, bo, jak twierdzi szef, „nie można budować domu w środku istniejącego domu”. Ale ideologia to tylko emanacja jego sadyzmu w połączeniu z halucynacjami, wynikającymi prawdopodobnie z nie leczonej choroby psychicznej, doprawionej nie leczonym od lat syfilisem.
Konfrontacja z regularną armią i wrogie nastawienie ludności musiały doprowadzić do problemów z przetrwaniem LRA. Wtedy na pomoc przyszła geopolityka, która toczy się w oderwaniu od jakichkolwiek rozważań etycznych. Acholiland leży na granicy z Sudanem. W Sudanie trwała wojna między rządem z Północy a rebeliantami z Południa. Stosunki między Sudanem a Ugandą były napięte, więc południowcy byli naturalnym sojusznikiem Ugandy, zaś LRA naturalnym sojusznikiem Sudanu. Bez względu na to, jak się zachowują.
LRA założyła bazy w Sudanie, wspierane niemal oficjalnie przez rząd w Chartumie. W zamian zaczęli terroryzować sudańskie Południe. Aż do rozmów pokojowych w Jubie, które trwały od 2006 do 2008 r. i jak zwykle w takich wypadkach, doprowadziły do wystrychnięcia wszystkich na dudka przez szaleńca. Kony przeżywał wtedy wielkie chwile. Urządził konferencję prasową, na którą dowieziono międzynarodową grupę dziennikarzy. Potem ich odwieziono. Gdyby wtedy zamiast dziennikarzy zjawili się komandosi… Kony siedział w znanym miejscu, ze wszystkimi swymi dowódcami.
Szanse na wyeliminowanie szaleńca-zbrodniarza – a jego fizyczna eliminacja (aresztowanie lub zabicie) to jedyny sposób na likwidację LRA – przegapiono. W czasie tamtych negocjacji Kony lawirował, z charakterystycznym dla patologicznych narcyzów „wdziękiem”: reżyserował każdy gest, po czym nie podpisał porozumienia pokojowego i przerwał rozejm. Przegapiona szansa na jego zatrzymanie lub zabicie do dziś kosztowała życie kolejnych tysięcy zabitych, porwanych, torturowanych, pozbawionych domu. Rozmowy pokojowe z nim skończyły się tak, jak zwykle kończą się rozmowy z bandytami.
– Chcecie pokoju, to czemu zabijacie ? – spytałem Johna.
– Walczymy o wolność z armią Ugandy – odparł. – Oni zaczęli. My się tylko bronimy.
– Ale czemu zabijacie także np. w Kongo? Oni nie mają nic wspólnego z konfliktem ugandyjskim. Dlaczego w Wigilię 2009 spaliliście w kościele ludność kongijskiej wioski? Dlaczego w innej wiosce ucięliście wargi wszystkim kobietom? Dlaczego… – można by wymieniać bez końca.
– Nie jestem od tego, żeby rozumieć – rzekł John. – My jesteśmy tylko „papa slaves” (niewolnicy papy). On wie, co robi i na pewno ma swoje powody. Może ci ludzie byli źli.
Kongo. Także tam przeniosła się Armia Bożego Oporu – do Demokratycznej Republiki Konga, dawnego Zairu.
W ogarniętym wojną „wszystkich ze wszystkimi” Kongu mniej się wyróżniali. Zadomowili się w Parku Narodowym Garamba, na wschodzie kraju. Tam udało im się wciągnąć w zasadzkę żołnierzy ONZ z elitarnej gwatemalskiej jednostki specjalnej „Kaibil”. Jednostka ta specjalizuje się w walce w dżungli. Ale tej dżungli dobrze nie znała. Może też nie doceniała przeciwnika.
Ale spokojne bytowanie LRA w Parku Garamba skończyło się pod koniec 2008 r., kiedy to armia ugandyjska, południowo-sudańska i kongijska wspólnie zaatakowały ich bazy, w ramach operacji „Lighting Tunder”.
Kony rozkazał przegrupowanie reszty oddziałów na północ Kongo, pod granice z Republiką Środkowej Afryki i Sudanu. A wściekłość za swą klęskę w Garambie Armia Bożego Oporu zaczęła wyładowywać na miejscowej ludności w Kongu i w Republice Środkowej Afryki, gdzie większość ludzi LRA uciekła przed ścigającym ich wojskiem ugandyjskim. Rozpoczęto tu kolejną „rekrutację”, czyli porwania dzieci. W ciągu ostatnich dwóch lat bandyci z LRA zabili i porwali łącznie kilka tysięcy osób, a około 400 tys. ludzi zmusili do ucieczki z miejsc zamieszkania.
A jednak obecna sytuacja LRA wydaje się najgorsza w jej historii. Podzieleni są na małe oddziały, często bez komunikacji, jako że Kony, który dawniej posługiwał się telefonami satelitarnymi, zaczął się tego bać. Atakowani przez armię ugandyjską i jej sojuszników tak na terenie Konga, jak i Republiki Środkowej Afryki, są w stałym odwrocie. To jeszcze nie koniec. Kony usiłuje pozyskać dawnego sojusznika z Chartumu. I być może nie bezskutecznie. Ścigające go oddziały nie mogą przejść na teren Darfuru, leżącego na terytorium północnego Sudanu, a z napływających danych wynika, że właśnie tam niedobitki LRA znajdują schronienie. Według wiarygodnych informacji, co najmniej raz zaatakowali wspólnie z oddziałami Janjaweedów – okrytych w Darfurze złą sławą paramilitarnych oddziałów, całkowicie kontrolowanych przez sudańską armię.
Jeśli wybuchnie kolejna wojna pomiędzy Sudanem Północnym i Południowym, LRA może stać się znów jednym z jej aktorów. Znów mogą zostać użyci przez Północ przeciw Południu. Dla Kony’ego to szansa na odrodzenie organizacji.
Na razie niewielkie zgrupowania LRA sieją nadal postrach i w Południowym Sudanie, i w Republice Środkowej Afryki, i w kongijskim dystrykcie Bas-Ulele. Tam mają jako przeciwników armię ugandyjską, kongijską i oddziały ONZ. Ale w tym regionie niemal nie ma dróg, zaś gęstość dżungli uniemożliwia obserwację z powietrza – łapanie niewielkich grup jest więc szukaniem igły w stogu siana.
W najbliższym czasie do walki z LRA mają włączyć się Amerykanie, zgodnie z przyjętą w listopadzie 2010 r. strategią. Podobno prezydent Obama pomoc w walce z LRA uznaje za jeden z priorytetów w polityce USA wobec Afryki. Pozostaje życzyć mu sukcesu. Także zadbania o efekt, a nie o pięknie brzmiące raporty, tak często zastępujące brak rzeczywistych działań międzynarodowej wspólnoty.