Archiwa kategorii: Kongo

Konflikt w Demokratycznej Republice Konga:

Kongo wschodnie 01bPublikowane w Tygodniku Powszechnym z 15.11.2011
http://tygodnik.onet.pl/1,70728,druk.html

wersja rozszerzona:

BŁĘKITNE HEŁMY I WOJNA TRZYDZIESTOLETNIA

Wschód Demokratycznej Republiki Konga jest przykładem państwa upadłego. Trudno policzyć wszystkie grupy zbrojne działające od wielu lat na zachód od granic Ugandy, Ruandy i Burundi, w Prowincjach Północne i Południowe Kivu czy Orientale. Wokół jezior Tanganika, Kivu, Edwarda i Alberta, jak i w głębi prowincji. Na terenach graniczących z Południowym Sudanem i Republiką Centralnej Afryki.
Chaos w dawnym Zairze wiąże się bezpośrednio z ludobójstwem w Ruandzie. Ówczesny dyktator Mobutu Sese Seko sprzyjał ludobójczemu rządowi Hutu. Po dojściu do władzy rebeliantów Tutsi, uciekający Hutu przekroczyli granicę Zairu – było pośród nich wiele osób niewinnych, ale bojących się odpowiedzialności zbiorowej albo zmuszanych do opuszczenia ojczyzny przez innych pod groźbą śmierci. Ale byli też ludobójcy. Mobutu zostawił im broń i pełną swobodę ruchów. Najskrajniejsze ugrupowania przejęły władzę w obozach dla uchodźców w Zairze i przeprowadzały ataki na terytorium Ruandy. Wojna wisiała na włosku. Każdy z sąsiadów miał w niej swoje interesy, za które gotów był walczyć do ostatniego Kongijczyka. Zwłaszcza Ruanda i Uganda, początkowo sojusznicy, którzy w 1996 roku wyciągnęli z kapelusza byłego Guevarystę jeszcze z lat sześćdziesiątych, Laurenta Kabilę i po krótkiej wojnie obalili Mobutu. Kabilę zrobili prezydentem Zairu przemianowanego na Demokratyczną Republikę Konga. Gdy postanowił się uniezależnić i zwolnił ruandyjskich doradców, w 1998 roku wybuchła druga wojna. W końcu został zamordowany w zamachu.
Owa druga wojna kongijska nazywana jest czasem afrykańską wojną światową. W kluczowym momencie zaangażowana w nią była Uganda, Ruanda, Burundi, Nabibia, Zimbabwe, Angola, a nawet daleki Czad i Libia. Zakończyła się chwiejnym pokojem i finansowanymi przez Unię Europejską wyborami. Ich zwycięzcą został syn zabitego prezydenta – Joseph Kabila.
Obie wojny to serie okrucieństw właściwie wszystkich walczących stron, ze szczególnym uwzględnieniem wojsk ruandyjskich Tutsi, którzy po tym, jak sami byli ofiarą rzezi, mieli międzynarodowy immunitet na jakąkolwiek krytykę. Nawet obecnie w Ruandzie osoby wspominające o ich ofiarach nazywane są „negacjonistami” i zwolennikami ideologii ludobójczej!
Na wschodzie anarchia i wojna trwa do dzisiaj. Porównywanie konfliktu do Wojny Trzydziestoletniej przekonuje bardziej niż do Wojny Światowej. Jacek Kaczmarski opisując wydarzenia z lat 1618-1648 śpiewał: Niemowlęta na halabardach, Poznały co gniew i pogarda, W wypełnionych ciałami okopach, Tak rodziła się Europa. Czy tak narodzi się Kongo? A może w ogóle Afryka?
Rozliczne grupy zbrojne powstają na Wschodzie jak grzyby po deszczu Potem podpisują pokój, „integrują się” z armią, znowu buntują. A naprawdę wszyscy po prostu robią kasę, załatwiają międzyplemienne porachunki, służą zabezpieczaniu stref wpływów silniejszych sąsiadów.
Bo pieniędzy w tym jednym z najbiedniejszych państw świata jest dużo. Tylko mało kto z nich korzysta. Złoto, diamenty, kasyteryt, koltan dziesiątki innych rzadkich i drogich substancji leżą pod ziemią niemal wszędzie jako podręcznikowy przykład tzw. „klątwy surowcowej”. Grupy zbrojne czy obcy żołnierze wywożą to wszystko tonami, często po prostu rabując miejscową ludność lub zmuszając ją do niewolniczej pracy. Za pieniądze z minerałów kupuje się broń. Za pieniądze z minerałów rozwijają się sąsiedzi legalizujący przemycany towar. Na tanich i rzadkich minerałach buduje się konkurencyjny sprzęt informatyczny, jak choćby nasze komórki czy play station. Międzynarodowa akcja „no blood in my GSM” (‘nie chcę krwi w mojej komórce”) przeszła w Polsce niemal bez echa. Po minerały latają nad dżunglą rozpadające się samoloty z mówiącymi ,często po rosyjsku pilotami. Minerały nosi się kilometrami na głowach, przemyca przez granice pod osłoną nocy i skorumpowanego wojska… Z minerałów i rozboju żyje wojsko, policja, grupy zbrojne. Część z nich jest typowo zagraniczna jak pozostałość po ludobójczych bojówkach ruandyjskich Hutu FDLR. Albo słynąca z okrucieństw, lecz równie dobrze zorganizowana CNDP – oficjalnie powstała do zwalczania FDLR i bronienia kongijskich Tutsi, lecz całkowicie kontrolowana przez Ruandę. „Zintegrowana” w 2009 roku stanowi niezależny quasi państwowy byt, kontrolujący część terytorium, z własną policją i administracją, na czele której nieoficjalnie stoi poszukiwany międzynarodowym listem gończym za zbrodnie wojenne Bosco Ntaganda. „Zintegrowany” generał armii kongijskiej pobierający pensję z Kinszasy. Na świecie poszukiwany jest za zbrodnie na Kongijczykach.
Jest to sytuacja dość typowa. Mówi się o tym „najpierw pokój, potem sprawiedliwość”. Pokoju jak nie było, tak nie ma. I pewnie bez sprawiedliwości nigdy go nie będzie, bo bezkarność połączona z profitami powoduje, że po prostu opłaca się być bandytą. Kongijska „gruba kreska” przybiera monstrualny wymiar.
Wśród zagranicznych grup zbrojnych można nawet spotkać dość egzotyczną jak na Kongo, grupę wspieranych niegdyś przez Mobutu ugandyjskich rebeliantów ADF-NALU związanych z Al-Kaidą i szkolonych przez wysłanników globalnego dżihadu.
Większość lokalnych grup zbrojnych ma jednak charakter lokalny i plemienny. Choć czasem udaje się wyjść poza podziały etniczne. Jak wspieranemu przez Ugandę i zabezpieczającemu przemyt do tego kraju kongijskiego złota FPLC, którego dowódca, samozwańczy generał Ngabo Gabi zdołał zjednoczyć kilka plemion, a nawet część ruandyjskich opozycjonistów Tutsi (!) pod hasłem obalenia Kabili w Kongu i Kagamego w Ruandzie. Ich działalność w 2010 roku o mało nie doprowadziła do kolejnego ugandyjsko-ruandyjskiego konfliktu na terenie Konga.
Wśród grup lokalnych ważną i okrutną rolę odgrywają tzw. May-May „chronione przed kulami przez czary”. Początkowo zbrojone przez „starego Kabilę” (Mzee Kabila) jako samoobrona terytorialna, ewoluowały w okrutnych bandytów.
A …wśród całej tej menażerii największa na świecie misja pokojowa ONZ. Od niedawna nosząca nazwę MONUSCO, wcześniej MONUC, chodź złośliwi mówili „MONIQUE”, co podkreślało wartość bojową. Choć mimo wszystko całe szczęście, że tam są. Bo bez nich cały region byłby nieustanną rzezią. Nikt przy zdrowych zmysłach nie sugeruje, żeby ich stamtąd wycofać. Natomiast wiele osób postuluje, żeby robili znacznie więcej i efektywniej.

Brzeg jez. Kivu

Brzeg jez. Kivu

Spotkałem wiele osób pracujących w MONUSCO. Wielu z nich na najwyższym poziomie profesjonalnym i moralnym. Ci zazwyczaj sfrustrowani i zniechęceni. Bo przecież chcieli by coś zrobić.. Bo przecież mają ku temu środki . Bo po to tu są i odpowiednie wypełnienie swoich zadań traktują jako moralny obowiązek. Nawet za cenę życia. Ich frustracja stale się pogłębia.
Trafiła mi kiedyś w ręce mailowa informacja z MONUSCO, że w okolicy miejscowości X bojownicy grupy Y w liczbie około trzydziestu założyli obóz. Prowadzą rekrutację miedzy innymi nieletnich (co jest zbrodnią wojenną). Nie tylko rekrutację dobrowolną, ale również porywają dzieci. Wiadomo to z zeznań tych dzieci, którym udało się uciec. W dalszej części maila następowały rozważania jakie to badania i raporty trzeba na ten temat wyprodukować, bo sprawa jest poważna. Nie wytrzymałem i zasugerowałem, że lepiej by było, żeby żołnierze ONZ rozbroili ich i uwolnili dzieci. Uwaga wydawała mi się dosyć logiczna, bo mimo wszystko grupa szturmowa pomoże tym dzieciom znacznie bardziej niż jakiekolwiek badania czy raporty, a nawet różne deklaracje i ostrzeżenia. Zwłaszcza, że w przypadku 30 bojowników, prezentujących lokalny poziom bojowy (czyli akurat do zabijania cywilów w wioskach) wystarczyłaby dobra grupa szturmowa policji. Więc tym bardziej trudno mieć wątpliwości, że tysiące żołnierzy ONZ, w tym siły specjalne ze wsparciem śmigłowców bojowych nie powinny się wahać.
Ale oczywiście nikt tam nie poleci ani nie pójdzie i żaden (prawie żaden?) dowódca nie wyda takiego rozkazu. A gdyby np. dowodzący całością taki rozkaz wydał , to miejscowy komendant odmówi jego wykonania i nikt mu nic nie może zrobić. Zresztą dowództwo jest w dalekiej Kinszasie. Znaczy na Wschodzie też jest, ale nie może wydać rozkazu. Zwłaszcza w weekend, kiedy nikt nie pełni dyżuru… Konia z rzędem temu, kto zrozumie o co w tym wszystkim chodzi…
Ci żołnierze, którzy w ramach swoich kompetencji pracują w dzień i w nocy, często wydając „dla sprawy” swoje prywatne pieniądze, to w większości Europejczycy, ewentualnie Amerykanie. Pozytywną postawą wyróżnia się też sporo Urugwajczyków. Choć jeden z najbardziej pozytywnych ludzi w mundurach jakich miałem przyjemność tam spotkać, to pewien generał z Bangladeszu.
Większość oddziałów bojowych stanowią żołnierze z poza państw wysoko rozwiniętych. Często chcą po prostu zarobić i przetrwać. Niektórzy wręcz wchodzą w nielegalny handel z rebeliantami. Czasem nawet handel bronią. To na szczęście mniejszość. W nicnierobieniu prym wiodą Hindusi. Zawsze chętnie by coś zrobili i są za, ale… nie da się teraz… zapraszamy na obiad. Hindusi obsługują helikoptery. Znaczy ciągle się na nich szkolą. Tylko na misje bojową nigdy nie mogą polecieć. Taki hinduski obóz szkoleniowy za pieniądze wspólnoty międzynarodowej. Wymyślanie „ale” jest bardzo twórcze.
Nasuwa się bardzo niepoprawne polityczne stwierdzenie, że na misje pokojowe nie powinni jechać żołnierze, którzy nie mogą zapewnić pokoju na własnym terytorium. I z państw, gdzie wojsko znane jest z niewyszukanego podejścia do praw człowieka. I którzy nie mają odpowiednich kwalifikacji. I takich, w których bardzo częsty jest rasizm, który w odróżnieniu do naszej strefy kulturowej nie jest tam uznawany za patologię. Jak choćby w niektórych państwach arabskich.
Nasuwa się też refleksja nad sensem operacji „peace keeping” czyli „utrzymywania pokoju” w rejonach gdzie trwa wojna. Bo żeby coś utrzymać to, to coś musi być. A jak pokoju tam nie ma, to można go ewentualnie zaprowadzić. Czyli „peace enforcing” zamiast „peace keaping”. Tyle, że przy takim ujęciu sprawy trzeba założyć, że jednym z głównych elementów są działania bojowe. A przecież to jest niebezpieczne. I w ogóle brzydko brzmi – przecież mama mówiła, że nieładnie się bić.
„Fascynująca” jest też biurokracja ONZ. I bylejakość – od niedziałających komputerów, których nie można naprawić, przez najprostsze kwestie logistyczne, których nie sposób załatwić . I znowu trudno nie wspominać miło Unii Europejskiej tak oskarżanej o biurokrację . Prawda, ta biurokracja istnieje w UE, razem z komicznymi nieraz regulacjami i pakowaniem pieniędzy w różne agendy, mające sprawdzać zawartość cukru w cukrze i kobiet w parlamencie. Ale i tak w porównaniu do innych organizacji międzynarodowych wypada bardzo dobrze. Pod względem biurokracji wypada też bardzo dobrze w porównaniu z administracją polską.

Ituri 23
Konflikt w Kongu wbrew pozorom jest znacznie łatwiejszy do opanowania niż np. w Afganistanie czy Iraku. Tu nie ma dużo fanatyzmu. Jest tylko wybuchająca wściekłość i okrucieństwo hodujące się na całkowitej bezkarności.
A, że się da udowodniła parę lat temu operacja Artemis. Tyle, iż była to misja bojowa UE, w której brali udział głównie Francuzi. W krótkim czasie posprzątali region Ituri, gdzie obecnie znowu trwa wojna. Ale wówczas przestano się bić. Przestano palić wsie, porywać ludzi, zabijać, gwałcić, rabować. Ludzie zaczęli normalnie żyć. Przestali się bać wychodzić uprawiać pola, który to strach jest nieraz powodem głodu.
Międzynarodowe wojsko powinno mieć uprawnienia i działać jak podczas operacji „Artemis”. Do tego musi chcieć i umieć się bić. Oczywiście iluś bandytów zostanie wtedy przez to wojsko zabitych. A to znowu tak nieładnie brzmi… Znacznie gorzej niż tysiące memoriałów i programów „monitoringu łamania praw człowieka”.
Ktoś może mi zarzucić, że stawianie sił europejskich jako wzór nie jest uprawnione, bo przecież Srebrenica, bo przecież Ruanda 94. Oczywiście. Tyle , iż zakładając, że jest to misja bojowa wysyła się oddziały bojowe, a nie salonowo – paradowe, ze zdecydowaną kadrą dowódczą, póki jeszcze tacy są – już pewnie niedługo, bo nasza deprawacja wynikająca z dobrobytu w powiązaniu z polityczną poprawnością zrobią swoje. I daje się im określone uprawnienia – wszak w systemie oenzetowskim nie jest łatwo podjąć decyzje o działaniach bojowych –często wręcz nie wolno. Bo np. trzeba mieć decyzję o zmianie charakteru misji, którą może podjąć jakieś grono w Nowym Jorku, które nie może się zebrać albo zdecydować. A w tym czasie pod bokiem błękitnych hełmów trwa rzeź.
Jak różni są żołnierze sił międzynarodowych, ilustrują dwa skrajne przypadki. W jednym z nich zamknięci w bazie żołnierze pilnowali bramy pod którą tłum uciekinierów błagających o pomoc był ćwiartowany maczetami przez goniący ich inny tłum. Żołnierze nie otworzyli ani bramy ani ognia. Wyciągnęli aparaty i robili z za muru zdjęcia.
Obrazek drugi – taka sama sytuacja. Z za bramy wychodzi trzech Belgów z karabinami. Wiedzą, że nie mają wsparcia i w ogóle są tam przypadkiem . Zaczynają strzelać do tłumu z maczetami. Napastnicy uciekają. Belgowie, którzy do dzisiaj uznawani są w Bunii za bohaterów ratują kilkadziesiąt osób. Kilku napastników zabili. Którzy popełnili błąd? Ci co strzelali, czy ci co nie strzelali? Ja nie mam wątpliwości, że nie ci pierwsi. Choć przez parę lat musieli się tłumaczyć z tego co zrobili. Groził im wyrok. Strzelali bez rozkazu, zabili ileś osób.
Ale przynajmniej mogą spokojnie patrzeć w lustro.
Bałagan i niemoc wykonywania zadań przez żołnierzy wynika głównie z niekompetencji lub złej woli osób siedzących za tysiącami biurek w Nowym Jorku, czy w poszczególnych stolicach. W wielu tych miejscach samo wspomnienie o operacji „Artemis” może wywołać furię urzędnika o nienagannych na co dzień manierach i profesjonalnym dyplomatycznym uśmiechu. Czasem zakłóconym tylko równie profesjonalnym frasunkiem losem biednych ofiar gdzieś w dalekim Kongo, gdzie ludzi nie stać nie tylko na garnitur od Versacego lecz nawet na zwykły posiłek. Czy to tylko głupota? Na pewno nie, bo część z nich to ludzie wybitnie inteligentni. Ale przecież większość z nich ma do spłacenia kredyt na nowy model Mercedesa, czy mieszkanie na Manhattanie. Ma też rodzinę, której musi zapewnić przyszłość, i która nie jest zagrożona tym, że któregoś dnia jakaś rebeliancka grupa wyrżnie ją maczetami, albo porwie do dżungli dzieci.
Pozostaje problem lustra. On jest pewnie powodem spektakularnych odejść osób na wysokich stanowiskach, jak choćby Tadeusza Mazowieckiego podczas masakr w byłej Jugosławii. Ale większość rozwiązuje problem patrzenia w lustro jakoś inaczej. Może koncentruje wzrok na nieskazitelności modnego w tym roku węzła krawata o wartości wyższej niż dalekie ludzkie życie.