Archiwa kategorii: Kenia

Kultura Swahili

Publikowane w Poznaj Świat z października 2012
http://www.poznaj-swiat.pl/artykul,odchodzacy_swiat_suahili,794

Wersja rozszerzona:
SAFARI YANGU

strój Swahili

Nawet największy erudyta obecnych czasów – profesor Google niewiele wspomina o Salimie bin Abakanie. A dla mnie to postać fascynująca. Dziewiętnastowieczne książki podróżnicze kojarzą się raczej z opisami Afryki przez podróżników z Europy niż na odwrót. Afrykę w dużej mierze widzimy ich oczami. Tym bardziej ciekawi ich rówieśnik z obecnej Tanzanii, który swoje wrażenia z podróży w odwrotnym kierunku zawarł w pierwszej książce podróżniczej w języku Suahili Safari yangu kwa Urusia wa Siberia – Moja podróż przez Rosję i Syberię. Książka, której chyba nikt nie przetłumaczył i której od wielu lat nie udaje mi się zdobyć. Pytania zadawane w kenijskich księgarniach wywoływały zdumienie. Bezskuteczne okazały się kontakty tanzańskie. A przecież Salim bin Abakan powinien być ikoną regionu pokazującą eksplorację świata w drugą stronę niż się to zwykło przyjmować.
Oczywiście nie jest to pierwsza książka w tym języku. Kultura Suahili rozciągająca się wzdłuż wybrzeży Oceanu Indyjskiego południowej granicy dzisiejszej Somalii do dzisiejszego Mozambiku pozostawiła po sobie kulturę materialną unikatową w skali kontynentu (jeśli nie liczyć arabskiej północy). Powstała we wczesnym średniowieczu z mieszaniny wpływów arabskich i perskich z miejscowymi elementami rdzennie afrykańskimi tworząc coś bardzo oryginalnego. Bliskowschodni żeglarze przynieśli początki materialnej i technicznej potęgi oraz religię – Islam. Na miejscu stanowili jednak mniejszość i już język mimo arabskich naleciałości jest typowym językiem z grupy Bantu. Sama nazwa prawdopodobnie pochodzi z arabskiego słowa „saahel” czyli „wybrzeże”. Suahili stanowi obecnie lingua Franca Wschodniej Afryki i jest językiem urzędowym w Tanzanii, w Kenii i wschodnich prowincjach Demokratycznej Republiki Konga. Jest wdzięcznym językiem do uczenia się dla Polaków, gdyż akcentowany na drugą sylabę od tyłu powoduje, że mówienie z akcentem polskim jest poprawne i wywołuje uznanie nauczycieli. Na dodatek nie istnieją w nim dźwięki, które nie występowałyby w języku polskim, co ułatwia wymowę, będącą zmorą dla zachodnich Europejczyków. W dodatku wprowadza w dobry nastrój, bo ze względu na niezwykłe zagęszczenie dźwięków „DŹ” przypomina często gaworzenie dziecka – trudno nie wpaść w dobry humor mówiąc np. „sto jedenaście” (mia modzia na kumi na modzia”), że nie wspomnę o wujku (mdziomba), wnuku (mdziuku) czy mieście lub wsi (kolejno „mudzi” i „kidzidzi”).
W Kenii Suahili to język urzędowy obok angielskiego, ale oczywiście nie jedyny. Jak większość tutejszych krajów składa się ona z etnicznej mozaiki ze swoimi tradycjami i językami. Najbardziej wpływowi są Kikuju, pochodzący z centrum kraju z okolic drugiej po Kilimandżaro góry Afryki – Mount Kenia. To oni walczyli z Brytyjczykami o niepodległość. Kikuju był też pierwszy prezydent niepodległej Kenii Jomo Kenyata. Także obecnie sprawują władzę, co boli część innych grup etnicznych, zwłaszcza konkurencyjnych Luo.
Symbolem turystycznej Kenii są Masajowie. Ich wioski i charakterystyczne ubrania widać w każdym folderze turystycznym i pewnie dlatego niespecjalnie mnie do nich ciągnie. Ale może to błąd bo to ciekawy lud, dość tradycyjny, choć na szczęście odchodzący od części swoich zwyczajów i wierzeń. Zgodnie z tradycyjną religią masajską Bóg na początku świata podarował wszystkie krowy Masajom. W związku z tym jeżeli nie-Masaj ma krowę, to znaczy, że ją ukradł i można mu ją odebrać. W ten sposób w spokoju sumienia Masajowie zajmowali się przez lata rabunkiem bydła sąsiednim plemionom.
Masajowie zdobyli sławę, natomiast niewiele wiadomo o pokrewnych im plemionach, tak podobnych w swoich zwyczajach i tradycyjnych ubiorach, że niemal nie do odróżnienia. Jak choćby mieszkający nieco bardziej na północ Samburu,, czy zupełnie na północy kraju Turkana. Ich pobratymców znaleźć można również po drugiej stronie granicy Ugandyjskiej (Karamojong) i sudańskiej (Teso). Wszyscy ubierają się w bardzo ładne szaty w kratę zbliżoną do szkockiej. Rozróżnić ich można po innych kolorach – np. Turkana ubierają się w kratę czarno-białą a Samburu czerwono-białą. Wszystkie trzy plemiona uznają też za stosowne deformować sobie uszy, co najwyraźniej uchodzi za szczyt elegancji. Tyle, że u Turkana dotyczy to całych uszu i tylko u kobiet, zaś u Samburu i Masajów tylko dolnych części uszu i dotyczy również mężczyzn.

Ale wróćmy do Suahili. „Prawdziwi” Suahili zamieszkują wybrzeże przyciągające zabytkami, ruinami średniowiecznych miast, oceanem i odstraszające nizinno-równikowym malarycznym klimatem. Kultura Suahili fascynuje swoją tajemniczością i średniowieczną cywilizacją. Oczywiście fascynuje to co pozostało, a nie to dzięki czemu niegdyś było świetnością. Wybrzeże zawdzięczało swoją gospodarczą świetność handlowi niewolnikami łapanymi w głębi kraju. Cała gospodarka oparta była do tego stopnia na niewolnictwie, że kiedy Brytyjczycy skutecznie zabronili handlu niewolnikami świat Suahili upadł. Jeszcze w ramach dekolonizacji kenijskie wybrzeże usiłowało wrócić do korzeni i ogłosić niepodległość, jednak młode państwo kenijskie nie pozwoliło na to, zapewniając sobie jednocześnie wyjście na ocean. Wyjście to symbolizuje jeden z największych portów w Afryce – Mombassa.

Rynek w Lamu

Rynek w Lamu

Niestety nawet w Mombasie nie znalazłem poszukiwanej książki. Ani nikogo, kto by ową książkę znał. Historia w ogóle wydaje się jedną z wielu miejscowych pięt achillesowych. Z jednej strony przyciąga się turystów sukcesywną renowacją imponującego starego miasta. Zachwyca ono orientalną architekturą Suahili z charakterystycznymi bogato rzeźbionymi drzwiami. Z drugiej strony nie można znaleźć żadnej publikacji czy broszury, która pozwoliłaby bliżej poznać remontowane budynki i zrozumieć więcej z tego co przekazują kamienie. To samo powtarza się w innych miastach jak w bajecznym Lamu – położonym na wyspie średniowiecznym mieście – państwie (dawny świat Suahili funkcjonował podobnie do starogreckich polis), w którym niema transportu kołowego i cały ruch do dzisiaj odbywa się na osłach. Profesjonalnej informacji brak na całym kenijskim wybrzeżu mimo fascynujących – miast widm, które przed wiekami stanowiły centra handlowe i kulturalne, potem obróciły się w zamieszkałe przez małpy, zarośnięte drzewami ruiny. Wygląda na to, że miejscowe władze nadal uważają, że turysta to taki co chce iść na plażę. Ewentualnie zrobić zdjęcie zabytków, ale wiedza mu po nic. Co by powiedział na to Salim bin Abakan?
W Mombasie, która jest nie tylko centrum handlowym ale i naukowym brak specjalistycznej literatury nawet w okolicy monumentalnego Fort Jesus wybudowanej przez Portugalczyków pod koniec XVI wieku obronnej cytadeli wsuniętej w Ocean, niemal nie zdobycia, która jednak padła pod naporem atakujących sułtanów, a być może i malarii w sto lat później.

Ruiny Gede

Ruiny Gede

Portugalczycy byli tu pierwszymi Europejczykami. W lipcu 1497 roku Vasco da Gama wylądował tu ze swoimi marynarzami 100 kilometrów bardziej na północ. W dzisiejszym Malindi. Niewielki monument upamiętnia miejsce, w którym zdecydował się przybić do brzegu i w gdzie nawiązał przyjazne relacje z sułtanem Malindi. Już w następnym wieku Portugalskie wyprawy były mniej przyjazne i doprowadziły do podporządkowania im regionu. Portugalczycy utrzymali się tu do początku XVIII wieku. . Następnymi Europejczykami byli już Brytyjczycy, i rywalizujący z nimi Niemcy. Ale miejscowa kultura nadal się rozwijała. Choć „złotym wiekiem” nazywa się podobnie jak w I Rzeczpospolitej wiek XVI, to niepodległe państwa-miasta istniały jeszcze w XIX wieku wchodząc z Europejczykami w taktyczne sojusze i zwalczając się niekiedy nawzajem. Cytadela w Lamu powstała dopiero w XIX wieku po zwycięskiej bitwie miejscowych oddziałów nad połączonymi siłami sąsiedniej Pate i Mombasy.

Malindi - miejsce przybycia Vasco Da Gamy w 1497 r.

Malindi – miejsce przybycia Vasco Da Gamy w 1497 r.

W równej mierze jak na handlu niewolnikami, kultura Swahili opierała się na żegludze. Miejscowi cieśle budowali niezłej klasy żaglowce. Mieszanka kultur zwiększyła zasięg miejscowych marynarzy, którzy do przybycia Europejczyków nie używali do produkcji statków gwoździ, gdyż jak wierzono, gdzieś na Oceanie Indyjskim znajdowała się magnetyczna góra, która mogła powyciągać gwoździe ze statku.
Tradycyjne jachty buduje się nadal, choć nie sprawdzałem, czy niema w nich gwoździ. Udało mi się odwiedzić prywatną przydomową „stocznię” na jednej z wysp. Po dłuższej podróży na ośle dojechaliśmy do zatoczki, przy której stała zagroda miejscowego gospodarza, parającego się zarówno budową od podstaw jak i remontami jachtów. Od maleńkich zatokowych, do sporych pełnomorskich, którymi wg zapewnień tam obecnych można przepłynąć ocean. Narzędzia używane przez „stoczniowca” najbardziej przypominały jakieś patyki i sznurek, ale patrząc na efekty jego pracy, należałoby wysłać do niego Mc Gyvera na szkolenie. Niewiele brakowało i kupiłbym któryś z produkowanych przez niego jachtów.
Powraca problem dostępu do tego co fascynujące. Kenia masowej turystyki to plaże i safari, a także wspomniane już wioski Masajów, gdzie zapewne niedługo nawet tradycyjne stroje będą Made in China. Jak ponoć już to się dzieje z ”góralskimi” ciupagami na Krupówkach. Dla podróżnika mniej folderowego brak oferty, której przegotowanie nie musi drogo kosztować. Dodatkowo sprawę komplikuje bezpieczeństwo dla osób, które niespecjalnie mają ochotę podróżować od hotelu do hotelu luksusowymi autokarami pełnymi klimatyzacji i ochroniarzy. W wielu miejscach naprawdę należy uważać, a chodzenie po zmroku po stolicy, nie tylko w slumsach to proszenie się o kłopoty. Mam na myśli bandytów, a nie tylko oszustów, od których ciężko się odgonić. W jednym z piękniejszych miejsc jakie widziałem dałem się naciąć w sposób przechodzący wszelkie wyobrażenia. Już mi się wydawało, że jestem sprytny i kiedy zafrasowany miejscowy zaczepił mnie na ulicy, że ma chore dziecko ale nie ma pieniędzy na lekarza powiedziałem sobie – sprawdź tym razem frajerze! I zaproponowałem wspólne pójście na nocny dyżur do pobliskiego szpitala. Dogadałem się z lekarzem, któremu zaufałem (to był błąd !) i czekałem aż „biedny” przyjdzie z dzieckiem. Przyszedł, choć wydawało mi się, że miał być to syn a była córka (przemyślenia post-factum – pewnie akurat dziewczynkę udało się o tej porze pożyczyć od sąsiadów). Lekarz nie zbadał ale postawił poważną diagnozę z drogimi lekarstwami… apteka czynna dopiero rano… pieniądze zostały u lekarza… Generalnie nie ma się czym chwalić. Ale lepiej być frajerem niż świnią – pocieszałem się, choć miałem chwilowo dość kontaktów z miejscową ludnością. W następnym dniu znalazłem lekarstwo na chorobę niechęci, zachodząc do szpitala dla osłów… Antidotum na niechęć stanowiła już pierwsza rozmowa z szefową, miejscową panią weterynarz, od której konował z nocnego dyżuru powinien uczyć się i profesjonalizmu i etyki. Wstępny kurs mycia i opatrywania ran pacjentom kliniki wzmógł też moją sympatię dla tych wyjątkowo miłych i inteligentnych – wbrew opinii – zwierząt. Po pani weterynarz przyszły rozmowy z pracownikami i jej rodziną. Znów nikt nie chciał ode mnie wyłudzić pieniędzy ! Wizyta w domu. Wizyta w sklepie jednego z nich w nieturystycznej dzielnicy, i rozmowy przy porcjowaniu cukru – nota bene chyba wzrosły im obroty, bo widok nowego egzotycznego „sprzedawcy” kaleczącego z za lady Suahili wzbudzał niejaką sensację. I wreszcie M. – młody chłopak o zaraźliwym optymizmie, pracujący ciężko przy obsłudze osłów i opowiadający z entuzjazmem o swojej fascynującej pracy. I o narzeczonej, z którą niedługo bierze ślub, jak tylko ona skończy szkołę w Mombasie. Jeden z tych, którzy szczęśliwi z tego co mają, potrafią ciężko pracować na przyszłość z całkiem realistycznymi planami. Nie mający niemal nic ale cieszący się z tego co ma i ze swoich planów. Na nikogo nie „oburzony” jak jego rówieśnicy urodzeni w zamożnych, europejskich rodzinach, ani nie proszący nikogo o litość. Taki jacy powinni być dwudziestolatkowie, którzy mają być przyszłością Kenii. Nie tylko Kenii. I oby byli. Choć wątpię…
No i jeszcze żebym znalazł książę Salima bin Abakana.