Archiwa kategorii: AFRYKA

Słoń a sprawa kongijska

Kiedy wyjeżdżałem z parku Virunga przeszedł mi drogę słoń. Pomyślałem: zawsze lepiej słoń niż czarny kot. Ale co może oznaczać słoń? Chyba dobrą wróżbę, bo może znaczyć że sytuacja w Virundze rzeczywiście się poprawia. Czyli nie strzelają do wszystkiego co się rusza, zwłaszcza jeśli ma, przedstawiające wymierną czarnorynkową wartość, kły. Wtedy rzeczywiście wydawało się, że idzie ku lepszemu – teraz znowu park ogarnęła wojna.
Nie miałem czasu na zwiedzanie, ale samo rozglądanie się „przy okazji” może zachwycić. Kiedy jadąc na północ od Gomy minie się rozpadające się, nędzne miejscowości, przejedzie ostatnie większe miasto Rutshuru i jego targowe przedmieście Kiwanja, zaczyna się to, czego nie zeszpecił człowiek – afrykańska przyroda.
Droga nie prowadzi przez las. Widać go w tle, podobnie jak sporych rozmiarów góry. Dookoła rozciągają się łąki z niewielkimi skupiskami drzew i sporą ilością małp. Nad parkiem króluje osada Rwindi z resztkami wybudowanego z rozmachem, ale w dobrym guście hotelu – zrujnowanego jak wszystko. Wybite szyby, zdemolowane wnętrza. Park Narodowy Virunga od dawna nie widuje turystów. Mniej więcej od początku wojny czyli od polowy lat dziewięćdziesiątych. Gdyby nie wojna, mógłby zarabiać miliony. Zarabiać mogliby również okoliczni mieszkańcy. Ale przez te wszystkie lata w parku grasowali pospolici bandyci, rebelianci, żołnierze. Oprócz tego, że strzelali do siebie nawzajem, wybijali zwierzęta i wycinali drzewa. W należącym do parku jeziorze Edwarda część gatunków ryb jest już nie do odratowania – wyłowiono wszystkie, łącznie z młodymi, co uniemożliwia reprodukcję gatunku. Przez jezioro łatwo przemycać kłusowniczy urobek do leżącej na jego wschodnim brzegu Ugandy . W drugą stronę broń. Nad jeziorem w czasie mojej wizyty stacjonowało co prawda zgrupowanie marynarki wojennej, ale nie miało ani jednej łodzi. Zresztą właśnie żołnierze należą do największych niszczycieli parku.
Jedyną profesjonalną siłą państwową w regioniebyli strażnicy parku. Trudno się dziwić – pensje płaciła Unia Europejska. Europejscy żołnierze, lub byli żołnierze prowadzili rekrutacje i szkolenia. Ponieważ wojsko pensji zazwyczaj nie dostaje, to jakie jest każdy widzi. Ale kiedy wojsko wycofano z parku na obrzeża i na obszar parku mogli wchodzić jedynie w mieszanych patrolach ze strażnikami zwierzęta odetchnęły z ulgą, a życie fauny i flory powoli zaczęło wracać do normy, aż do momentu pojawienia się nowego rozdziału wojny. Drogę mógł przejść słoń.

Kiedy późnym popołudniem wróciłem do Gomy, przeciął mi drogę prezydent Kabila. Słoń wzbudził we mnie znacznie pozytywniejsze uczucia niż prezydent. Nie tylko dlatego, że nie jechał na sygnale otoczony  ochroniarzami. Również dlatego, że słoń nie jest niczemu winien. Natomiast w przypadku prezydenta zastanawiałem się, co myśli patrząc przez szybę samochodu. Czy widzi związek przyczynowo skutkowy pomiędzy swoją polityką a panującą wokół nędzą? Czy zadaje sobie pytanie dlaczego w potencjalnie jednym z najbogatszych miast świata większość osób nie ma prądu i wody? Dzieci nie chodzą do szkoły, bo nauczyciele od lat nie dostają pensji, więc na pensje muszą się składać rodzice, a wielu na to nie stać? Większość osób nie ma dostępu do podstawowej opieki medycznej? I dlaczego w mieście przez które przechodzą tony minerałów Północnego Kivu, więc z samych opłat powinno przypominać Dubaj, jest niewiele asfaltowych jezdni, a w tak zwanym centrum nocne oświetlenie ogranicza się często do płonących na ulicach ognisk, w których miejscowa ludność pali śmieci, nie wywożone przez nieistniejące służby miejskie?
A może prezydent w ogóle się nad tym nie zastanawia. Może myśli akurat o swojej prywatnej rezydencji na Lazurowym Wybrzeżu? A może oblicza kiedy odleci comiesięczny samolot z gotówką przesyłaną z Kivu do Kinszasy jako prezydencka działka? Może w ogóle nie myśli bo ma władzę, więc po co ma myśleć?
Jakiś czas później natknąłem się na kolejny konwój. Otoczony przez wychudzonych policjantów z… RPG na ramionach. Wyglądało to dość komicznie, bo ewentualny atak mógł nastąpić albo z motocykla albo pieszo, natomiast możliwość ataku przy użyciu czołgu była zerowa. Ale może konwojowany po prostu lubi mieć w otoczeniu broń przeciwpancerną.
Sądząc po rejestracji konwojowanym był gubernator Północnego Kivu. Żeby było zabawniej przechodnie przyłączali się do konwoju i wiwatowali. Zastanawiałem się czy to opłaceni klakierzy, czy jest to po prostu jedna z nielicznych rozrywek i dlatego wiwatują.
W 2009 roku, zgodnie z ustaleniami parlamentarnej komisji śledczej gubernator ukradł z kasy prowincji 50 milionów dolarów. Wtedy nawet prezydent się zdenerwował. Gubernator został wezwany do Kinszasy. Po poważnej rozmowie w cztery oczy pozostał na stanowisku, a ustalenia komisji utajniono.
Ile z 50 milionów dostał prezydent, a ile komisja można obstawiać, ale nie wiadomo. Paluku nadal jest gubernatorem . W końcu to świetny fachowiec – 50 milionów w rok to wynik przynoszący zaszczyt. Drzewiecki i spółka „kręcąca lody” zgodnie z przedwyborczymi obietnicami jednej z posłanek, mogliby przyjechać na szkolenie.
Co do komisji śledczych i skutków ich pracy oraz co do zasłaniania prawdy o przekrętach tajemnicą państwową… hm… tu moglibyśmy się wymienić doświadczeniami.
I jeszcze jedna refleksja. A propos słonia. Słonie to zwierzęta niezwykle inteligentne. Ich inteligencja sięga wręcz abstrakcyjnych pojęć takich jak indywidualna odpowiedzialność. Świadomość często przypisywana jedynie morrisowskiej „nagiej małpie”. Oglądałem kiedyś film pokazujący „śledztwo” przeprowadzane przez słonicę, której młode zostało poturbowane przez słonicę z innego stada i poskarżyło się mamie. Poważnie zdenerwowana mama nie rzuciła się na kogokolwiek z rzeczonego stada. Wąchając „miejsce przestępstwa” i kolejno poszczególne słonie doszła do „sprawcy”. Nie interesowała jej odpowiedzialność zbiorowa. I trudno się oprzeć refleksji, że czasem to elephas maximus powinien tresować homo sapiens.

KAZIMIERZ Z UGANDY

Ulubione miejsce w Kampali znalazłem przypadkiem .
Naprzeciwko amerykańskiego centrum rekreacyjnego ARA, w niecentralnej, niezbyt zamożnej dzielnicy stoi piętrowy pawilon z salonem fryzjerskim i sklepikami. Na piętrze wypatrzyłem kawiarnię. Jeszcze nieczynna – właściciele wykańczają wnętrze i wkrótce otwierają. Skoro jednak przyszedłem, zaprosili mnie do środka i posadzili w wykończonym pomieszczeniu.

Urządzone ze smakiem z elementami afrykańskimi, lecz eksponowanymi nie nachalnie, wnętrze w stylu retro. Jeden z właścicieli ,jak się okazało ma również firmę designerską. Nastrój trochę jak na krakowskim Kazimierzu z okresu przed komercyjnego. Muzyka klasyczna, docelowo ma być puszczana na przemian z jazzem.
Dostałem herbatę z czymś słodkim. Kawiarnia jeszcze nie działa, więc… nie
mogłem zapłacić. Byłem gościem. Nie jedynym. Koło mnie siedział znajomy właścicieli i degustował kawę. Niespełna trzydziestoletni właściciel dobrze prosperującej firmy – miłośnik Beethovena i historii. Drugie z jego zainteresowań pozwoliło mi na przejście przyspieszonego kursu kultury i historii królestwa Mugandy – jednego z kilku królestw na terenie obecnej Ugandy, od którego zapożyczyła nazwę. Zarazem największego z ugandyjskich królestw, którego plemię liczy prawie 8 milionów ludzi.
Uganda podzielona jest na królestwa i „wodzostwa” (chiefdoms). Królowie i wodzowie nie mają władzy politycznej, mają jednak spore znaczenie społeczne i kulturalne. Królowie zarządzają częścią szpitali i szkół. Przy pomocy ministrów i parlamentów dbają o zachowanie kultury i o swoją społeczność. W okresie strasznej dyktatury Idi Amina królestwa były zabronione. Zresztą król Mugande ewakuował się z pałacu już w 1966 roku, po szturmie sił prezydenta Obote, obalonego potem przez wspomnianego Idi Amina – szefa armii, naturalizowanego w Ugandzie Sudańczyka. Król uciekinier dotarł do Wielkiej Brytanii, gdzie po jakimś czasie wysłannicy dyktatora otruli go.
Dziewiętnastowieczny pałac został całkowicie zniszczony i w jego miejscu zbudowano koszary. Obote zniszczył też kawalkadę Rolls-Royce-ów i Bentleyów podarowaną wcześniej królowi Mugande przez królową brytyjską. Ich resztki można dzisiaj oglądać koło odbudowanego pałacu.
Obote, który pochodził z północy, twierdził ponoć, że dobry Mugande to martwy Mugande i masowo ich zabijał. Wielu fałszowało swoją tożsamość, żeby uniknąć śmierci. Inni emigrowali.
Amin był nastawiony mniej nacjonalistycznie. Mordował wszystkich bez rozróżnienia przynależności etnicznej. Można powiedzieć, że „postępowiec” – podobnie jak komuniści uznający internacjonalistyczne równouprawnienie w doborze ofiar. Taki ugandyjski Che Guevara – aż dziwne, że postępowa młodzież zachodnia nie drukuje go jeszcze na koszulkach.
Za Amina najbardziej zagrożone były osoby wyglądające na silne i na wykształcone. Najwyraźniej nie lubił intelektualistów i sportowców. Koło pałacu można zobaczyć bunkier z tego okresu. Dyktator zrobił tam katownię. W betonowych wnękach trzymano nieszczęśników. Gdy było ich za dużo, wyciągano ich na korytarz, napełniony wodą do wysokości łydek. Następnie oprawcy przełączali kontakt doprowadzający do wody prąd. Ciała wyrzucano do jeziora Wiktoria i do Nilu w miejsca gdzie żyły krokodyle. Dzięki temu nigdy nie dowiedziano się ile osób zamordowano.
To na szczęście historia. Obecnie na wzgórzu znajduje się odbudowany pałac. Na przeciwległym wzgórzu widać parlament królestwa będący ponoć instytucją znaną w królestwie od setek lat. Droga łącząca oba budynki nosi nazwę „Kabaka Anjkagda”, co oznacza „Król Mnie Kocha”. Wysadzana jest 52 drzewami symbolizującymi 52 klany plemienia Mugande. Większość klanów nosi nazwy zwierząt. Tych zwierząt nie mogą jeść. O ile w wypadku klanu Leoparda nie jest to trudne, o tyle klan Krowy ma już problem. Sprawę rozwiązano w ten sposób, że można sobie znaleźć zwierzę zastępcze do nie jedzenia. Np. żabę.
Klany pełnią określone funkcje na dworze. Np. tylko Lwy mogą otwierać królewską bramę w pałacu. A tylko Mamby (rodzaj ryby) mogą pałac sprzątać.
Natomiast każdy klan może dochrapać się króla. Według miejscowego zwyczaju królewską koronę dziedziczy syn. Jednak przynależność klanowa dziedziczona jest po matce. Król nie może poślubić kobiety z klanu swojej matki, dzięki czemu przy każdym dziedziczeniu, korona przechodzi w ręce innego klanu.
Każdy Mugande powinien jak najlepiej znać swoje drzewo genealogiczne, którego opisywanie określa się mianem chodzenia jak Mugande (taambula mga o Muganda). Na czubku drzewa znajdują się legendarni przodkowie sprzed około sześciuset lat – król Kindu i królowa Nambi. W dawnych czasach, dzięki pytaniu o drzewo genealogiczne, wykrywano osoby podszywające się pod Mugande.

Trzy inne wzgórza naprzeciwko pałacu zwieńczone są budowlami należącymi do trzech wyznań poddanych króla – muzułmanów, katolików i protestantów. Przybycie chrześcijan wiąże się z listem jaki w 1875 roku król Mugande wysłał do królowej brytyjskiej. Prosił w nim o przysłanie misjonarzy w celu edukowania niepiśmiennych wówczas poddanych. Już w 1887 roku doszło do pierwszej wojny religijnej – między katolikami a protestantami. Jej wybuch przerwał prace nad sztucznym jeziorem, które Mugandyjczycy wykopali w okolicy pałacu. W zamyśle miało zostać połączone kanałem z oddalonym o 4,5 mili jeziorem Wiktoria i służyć jako droga ewakuacyjna. Wojna trwała 3 lata – do 1890 roku. Jezioro istnieje do dzisiaj, jednak kanału już nie zbudowano.
Pod wpływem opowieści mojego rozmówcy postanowiłem zwiedzić wzgórze pałacowe. Właściciel kawiarni przyniósł kluczyki od samochodu i zaproponował, że jego kolega zawiezie mnie tam i oprowadzi.
Bezpłatnie – żeby zrobić cudzoziemcowi przyjemność.
Moi gospodarze również nauczyli się czegoś egzotycznego. Powiedziałem jak podoba mi się nietypowa aranżacja wnętrza. Wspomniałem przy okazji, że atmosferą przypomina mi moje miasto, a szczególnie jedną dzielnicę.
– Naprawdę? – zdziwili się – U was też wymyślają coś w tym stylu? Jak nazywa się dzielnica?
– Kazimierz – powiedziałem.
– To w takim razie ta sala, dla której nie wymyśliliśmy jeszcze nazwy będzie się nazywać „Casimir” – zawyrokował właściciel lokalu.

I jak tu nie tęsknić za Kampalą?

MAGICZNA WODA PRZECIW KULOM

Demokratyczna Republika Konga.Trwająca od kilkunastu lat wojna, spowodowała  masowe powstawanie tzw. mayi-mayi. Pierwotnie miała to być lokalna samoobrona, którą „Mzee Kabila” (straszy Kabila- były prezydent, ojciec obecnego) uzbrajał w celu zwalczania rwandyjskiej inwazji podczas drugiej wojny kongijskiej. Z samoobrony zostało niewiele – przerodziła się szybko w kolejne grupy rozbójnicze. W dodatku chronione przez czary.

Czary w tutejszym regionie są dość powszechne.  Nie dotyczy to wyłącznie Konga. W wielu krajach regionu porywane i zabijane są dzieci, które urodziły się jako albinosy (osoby z brakiem czarnego pigmentu w skórze). Wiele osób wierzy, że części ich ciała mają specjalne właściwości i robią z nich amulety.
Jednak podobnie jak u nas w dawnych czasach, ofiarami ludowych oskarżeń o czary padają też niewinne osoby i kończą podobnie jak ich poprzednicy w średniowieczu. Bo przecież chorobę w rodzinie łatwiej wytłumaczyć rzuconym przez sąsiadkę urokiem niż niechęcią do mycia rąk.
Wiele informacji na temat szamanów można wyszukać czytając lokalną prasę. Na przykład w Ugandzie, gdzie władze państwowe wspólnie z Kościołami walczą z czarami. Nie chodzi o średniowieczne oskarżanie niewinnych ludzi o czary, lecz o znachorów zagrażających życiu swoich pacjentów i ludzi składających ofiary z dzieci w ramach praktyk czarowniczych. W jednej z ugandyjskich gazet znalazłem opis aresztowania dziadków, którzy właśnie zabili w ten sposób swoją wnuczkę. Nasuwa się refleksja – czy wszystkie osoby sądzone w dawnej Europie za tego typu praktyki rzeczywiście były niewinne? Pewnie część z nich nie. Choć pewnie większość takW tym samym dniu dowiaduje się, że w Ugandzie przeprowadzono kolejną operację na otwartym sercu. Sukces ? Niewątpliwie. Kontrast informacji szokujący.
Termin „mayi-mayi” pochodzi z Tanzanii, gdzie dawno temu powstała tego typu grupa, mająca za zadanie walczyć z Niemcami. Ale w Tanzanii to już historia. W ostatnich latach jest to specjalność kongijska. Termin pochodzi od „maji” czyli wody w języku Swahili. Wodą  polewa się, czy też pije, ale wcześniej poddawana jest ona specjalnym  zabiegom. Wiążą się one często ze specjalnym tańcem, podczas którego wpada się w rodzaj transu. Zabiegi te mają bardzo praktyczny użytek, a mianowicie powodują, że bojowników nie imają się kule. Zmieniają się w wodę, czy zmieniają tor lotu. Niektórzy potrafią nawet „połknąć spadającą bombę”. Pewien mężczyzna przekonywał mnie, że mayi-mayi nie imają się nawet wystrzelone rakiety. Niektórzy giną, „ale to nie są prawdziwi mayi-mayi”.
Bojownicy mayi-mayi nie boją się w czasie walki i szturmują
miejsca gdzie nikt inny by się nie odważył. Co więcej system czasem działa,
ponieważ w konfrontacji z mayi-mayi (których łatwo rozpoznać po liściach
przyczepionych do ubrania), żołnierze często uciekają bez walki, zostawiając broń. Postępowanie logiczne, bo tylko głupiec strzelałby do kogoś, kogo i tak nie da się zastrzelić.
Nieco inaczej do kwestii mayi-mayi podchodzili żołnierze rwandyjscy, którzy podobno niezbyt przejmowali się czarami i po prostu strzelali do mayi-mayi. Co najdziwniejsze skutecznie.
Ale rozmówcy zawsze wyjaśnią, że ci, którzy polegli albo udawali mayi-mayi, albo zrobili coś, co od rytuału do momentu śmierci zniwelowało działanie czarów. Proste? Chyba…

W Kongu ruch mayi-mayi rozpoczął się już z początkiem niepodległości. Rebelianci mayi-mayi SIMBA (lwy) uzbrojeni jedynie w maczety w rekordowym tempie opanowywali kolejne połacie kraju, z których w panice uciekało nieźle uzbrojone rządowe wojsko. Na zajętych terenach masakrowali osoby pochodzenia europejskiego i miejscowych „zdrajców” czyli np. nauczycieli, czy w ogóle tych, którzy umieli czytać i pisać. Niektóre ofiary zjadano. Młode państwo zmuszone było poprosić o pomoc Belgów, którzy magicznie szybko rozbili magiczny ruch i zaprowadzili pokój.
Z jakichś przyczyn woda odgrywa wyjątkową rolę w zabiegach magicznych.
Z jednym z bojowników mayi-mayi uciąłem sobie kiedyś dłuższą pogawędkę , która wprowadziła mnie w szczegóły walki bez ryzyka śmierci czy nawet zranienia.
Specjalni lekarze przygotowują lekarstwa przeciw kulom. Zgodnie z zaleceniami nowoczesnej medycyny stawia się tu na profilaktykę, nie leczenie – lekarstwa przyjmuje się przed walką. Można je spożyć, można przyjąć w formie mikro tatuażu.
Jednak samo lekarstwo nie wystarczy. Jego działanie obwarowane jest warunkami, których złamanie powoduje, że lekarstwo przestaje działać. Wiele z nich związanych jest z wodą. Nie wolno więc pluć do wody, czy użyć jej jako ubikacji, nie można pić wody zmieszanej z deszczówką. Nie można też jeść nic ugotowanego w wodzie deszczowej.
Jedzenia dotyczy więcej warunków. Nie można jeść w domu, w którym nastąpił poród i nie można jeść nic surowego. Kiedy się je wspólnie z innymi, nie można przyciągać do siebie talerza.
Są też warunki związane z przedmiotami czy roślinami. Nie wolno przekroczyć moździerza spożywczego ani na nim usiąść. Nie można też nadepnąć na łodygę manioku.
Ponadto w czasie ataku nie można mieć przy sobie nic wartościowego, zwłaszcza pieniędzy. Nie wolno się położyć na ziemi, bo wtedy przyciąga się kule przeciwnika. Do ataku trzeba iść wyprostowanym i wtedy nic nie grozi.
Złamanie warunku nie skutkuje utratą mocy czarów, jeśli się o danym warunku nie wiedziało, albo złamało się go niechcąco.
Zapytałem dlaczego nie eksportuje się tych lekarstw do Europy czy do USA? Przecież tamtejsze armie zapłaciłyby za nie więcej niż za jakiekolwiek minerały. Niestety sprzedane za pieniądze lekarstwa nie działają. Można je kupić wyłącznie za wodę czy kozę.
Tak więc, mała uwaga dla radców handlowych polskich ambasad – nie szukajcie pieniędzy. Zbierajcie zapasy Kryniczanki, a ja załatwię barter. I mamy reformę MON-u z głowy. Nawet tarcza rakietowa nie będzie nam potrzebna bo ewentualne rakiety  połkniemy. Może warto spróbować. W końcu ONZ już zatrudniło w Nowym Jorku „rzeczniczkę” do kontaktów z UFO, gdyby się akurat pojawiło..
Z drugiej strony może warto zbadać jak się mają gusła w Polsce. Z dzieciństwa pamiętam jak  padły mi króliki i pewna gospodyni spytana o radę, całkiem poważnie zdiagnozowała śmierć od uroku spowodowanego zawistnym spojrzeniem. Inna Polka, z początkiem lat siedemdziesiątych opowiadała o dość niesamowitych zabiegach, mających chronić dziecko, na które ktoś „źle spojrzał”. A pewna lekarka, nieco wcześniej, zdesperowana niestosowaniem się lokalnej ludności do przepisanych recept wpadła na pomysł, żeby nie tylko podawać lekarstwo w określonych godzinach, ale również pamiętać o wiązaniu na przegubie wstążeczki w określonym kolorze. Wstążeczka działała. Bo „przy okazji” pacjenci stosowali przepisane lekarstwa, zadowoleni, że wreszcie trafiła się lekarka, naprawdę znająca się na rzeczy. Żeby nie było wątpliwości miało to miejsce w Polsce, bodaj w latach sześćdziesiątych.

ROZMOWY MIĘDZYKULTUROWE

Komunikacja międzykulturowa płatała figle od zawsze. Graniczna rzeka pomiędzy Ugandą a Kongo nosi melodyjną nazwę „Semliki”. Dawno temu, kiedy belgijscy kartografowie zbierali po kraju nazwy geograficzne, jeden z nich pojawił się nad wspomnianą rzeką. Miejscowy rybak z ludu Nande właśnie łowił ryby. Jak się nazywa ta rzeka? – spytał po francusku kartograf wskazując na wodę. Rybak nie zrozumiał słów, ale z gestu wywnioskował, że przybysz pyta, czy w łowisku są ryby. Przestraszył się najwidoczniej, że Belg może mu odebrać łowisko i przezornie odparł „Semliki” – co w języku Kinande oznacza „Nie ma nic”. A! „Semliki” ucieszył się kartograf i zapisał nazwę, która do dzisiaj widnieje na mapach. Kto nie wierzy, niech sprawdzi.

Rozmowy między ludźmi, bywają szokujące we wszystkich czasach. Pewna Kongijka zobaczywszy maskę na drzwiach domku mojego kolegi zapytała co ta maska oznacza? Zaczęła dopytywać czy to prawda, co mówią o białych i o maskach. O ile wiedziałem, że maski w Afryce mają różne znaczenia i zastosowania, o tyle jakieś specjalne związki Wazunngu (białych) z maskami wzbudziły moje zdumienie.

– Podobno umiecie zmusić maski do mówienia… Ci co sprzedają maski mówili, że biali dlatego je kupują, iż potrafią je nauczyć mówić i one im wskazują gdzie są minerały w dżungli.

Zacząłem tłumaczyć, że maski mają funkcję dekoracyjną. Jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że dla części moich rozmówców wydawanie pieniędzy na maskę po to, żeby ładnie wyglądała jest znacznie większym absurdem niż kupienie jej po to, żeby powiedziała gdzie jest złoto.
Jedna z rozmów, z obsługą kawiarni w Kongo wyglądała mniej więcej tak:
– Ile masz dzieci? Ile masz lat?
– Nie mam dzieci. I nie jestem żonaty.Wiem, że to szokujące tutaj, ale w Europie nie.
– Niemożliwe!
– Możliwe. Kraje się różnią. Tu są inne zwyczaje, tam inne. Mój dziadek miał prawie sześćdziesiątkę, gdy urodziło się pierwsze dziecko.
– Niemożliwe. Ja mam 27 lat i mam 4 dzieci
– Ale u nas prawie nikt nie ma więcej niż 2 dzieci. Zazwyczaj jedno.
– Jak można tak żyć?
To jest dla nas szokujące – wyjaśniła później jego koleżanka z pracy.
– A mnie też szokują niektóre rzeczy – powiedziałem, doszedłszy do wniosku, że również mam prawo wyrażać zdziwienie – Na przykład, że kobiety  zatrzymują się, żeby mnie przepuścić. U nas tylko ostatni cham nie przepuszcza kobiety, to jest odruch. Nie nadmieniłem, że tych „ostatnich chamów” jest niestety u nas coraz więcej. I nie wyobrażam sobie, aby u nas kobieta szła obładowana jak wielbłąd, a mężczyzna kroczył obok niczego nie niosąc. Wszyscy oglądaliby się za nim.
Potwierdziła.
– U nas rzeczywiście kobieta jest nikim. Facet przychodzi codziennie do domu pijany i ją bije.
Uczciwość zmusiła mnie do pewnego sprostowania, nazbyt sielankowej wizji mojego kraju.
– U nas też tak bywa. Tylko nie uważamy, że to jest normalne, lecz patologiczne i można iść za to do więzienia. Więc życie u nas ma chyba też pozytywne strony?

– Ale tam w Europie jest ciężkie życie . Siostra była i mówiła, że wszystko jest drogie.
Tu omal nie padłem. No bo jeśli w Europie jest ciężkie życie w porównaniu z krajem, gdzie większość osób nie ma prądu i wody, a zwykłe pranie jest czasochłonną operacją przeprowadzaną często w pobliskim jeziorze… Że nie wspomnę o takich drobiazgach jak dostęp do lekarza czy emerytury…
Temat małżeństwa powraca czasem w najmniej oczekiwanych okolicznościach. Przejeżdżałem koło budynku, który jak mi wyjaśniono zajmowała organizacja zrzeszająca lokalnych Pigmejów. Zapytałem znajomego czym się różnią oprócz tego, że można ich rozpoznać po bardzo niskim wzroście. Odpowiedział, że ci ludzie nie chcą mieszkać w miastach i wolą tradycyjne życie w lesie. Rozróżnienie jednak nie pasowało do Pigmejów zrzeszonych w swoim związku w dużym mieście. Językowo też się nie różnią – mówią takim językiem, jaki akurat jest używany w okolicy ich zamieszkania. Rozmówca wreszcie wymyślił różnicę.
- To są ludzie, którzy nie płacą rodzinie panny młodej za żonę.
Ucieszyłem się, że znalazłem swoich – to tak jak u nas…

Skoro o Pigmejach mowa – to lud fascynujący swoją tajemniczością. Nazywani czasem leśnymi ludźmi do perfekcji doprowadzili bezszelestne poruszanie się po dżungli. Kazimierz Nowak w swoich relacjach z podróży rowerem po Afryce  w  latach trzydziestych, opisuje wizytę w osadzie Pigmejów w dżungli, w której mieszkał europejski misjonarz. Misjonarz wyjaśnił mu, że już od tygodnia wiedział, że zbliża się biały na rowerze i na niego czekał. Podróżnik był pod permanentną obserwacją kompletnie nie zdając sobie z tego sprawy, natomiast misjonarz dostawał codziennie raporty na jego temat.

Pigmeje, jedna z najstarszych w sensie antropologicznym ludność Afryki, to prawdziwi autochtoni. Nigdy się nie zasymilowali – wypierani prze ludność Bantu z jednych terenów przenosili się na inne. Teraz część z nich mieszka w miastach czy wsiach, zazwyczaj jako najbardziej zdegradowana część społeczeństwa.

Zawsze chciałem spotkać prawdziwego Pigmeja. Udało mi się. Nosił elegancki garnitur. Był menadżerem dobrze funkcjonującego lokalu…

W Kongo Pigmeje  byli ofiarami prześladowań. W lasach Ekwatoru urządzano na nich polowania i jedzono – uważano że nie są ludźmi. Robili to „bojownicy” niejakiego Jean-Pierre Bemby.  Ów gentleman obecnie siedzi w luksusowym areszcie Międzynarodowego Trybunału Karnego w Hadze oskarżony o zbrodnie wojenne. Może nawet kiedyś zostanie skazany. Zanim jednak trafił do Hagi kandydował na prezydenta Kongo. Kiedy w ramach kampanii wyborczej zawitał do Bukavu – stolicy Południowego Kivu – na wiecu w pierwszych rzędach usadowili się miejscowi Pigmeje. Kiedy pojawił się na trybunie zaczęli skandować „zjedzcie nas, zjedzcie nas !”. To był koniec wiecu.

Przy takich okazjach nachodzą człowieka refleksje na temat rasizmu. Wydaje się, że jest on tak samo naturalną tendencją ludzi jak np. skłonność do chorób („naturalne” nie zawsze oznacza „pozytywne”).

Powyższy przykład jest przejawem skrajnym, polegającym nie tylko na uznaniu innej rasy czy grupy etnicznej za niższą, lecz na zaprzeczeniu jej człowieczeństwu. Podobnie jak naziści uważający Słowian za podludzi, a Żydów i Cyganów za „szczury” czy „wszy” (Tutsi w Ruandzie w 94 roku to „karaluchy”). Dzięki temu germańscy nadludzie mogli słowiańskich, semickich czy cygańskich podludzi nie tylko zabijać ale np. robić z ich skóry abażury do lamp. Taka dygresja na wypadek jakby ktoś chciał wierzyć, że do prymitywnej zbrodni  na poziomie kanibalizmu zdolni są jedynie Afrykanie…

Ale wracając do rozmów. Załatwiając w Kongo jakąś sprawę  rozmawiałem z mężczyzną o nieco zbyt miękkich ruchach. Zaproponował kawę, więc na wszelki wypadek spytałem czy jest żonaty. Przytaknął i dodał, że ma dzieci. Na chwilę opuściły mnie podejrzenia, ale kiedy zaczął dopytywać się, czy homoseksualizm w Polsce jest legalny przestałem mieć wątpliwości.

Wytłumaczyłem, że jest legalny, bo to jest sprawa prywatna każdej osoby, zaznaczając jednocześnie, że ja akurat do tej opcji nie należę.

Mężczyzna westchnął, że w Europie to fajnie z tą wolnością, bo u nich to jest przestępstwo.

I właściwie nic dziwnego w całej rozmowie – ot facet sprawdza czy przypadkiem cudzoziemiec nie podziela jego upodobań. Robi to dyplomatycznie i dostaje równie dyplomatyczną, choć jasną odpowiedź.

Nasuwają się jednak refleksje. Refleksje nie tyle dotyczące tego, co mówi rozmówca, tylko na temat swoich własnych odczuć. Bo dominującym odczuciem było autentyczne współczucie. Cierpi on, prawdopodobnie jego żona,  może również dzieci. Uzmysłowiłem sobie, że nastawienie do problemu zmienia się w zależności od kraju, w którym  człowiek sięznajduje. Europa ze swoją polityczną poprawnością – każąca akceptować pod presją wykluczenia, czy wręcz zamknięcia w więzieniu  pochody roznegliżowanych pajaców z różnych parad, czy zakazująca na porodówkach używać słów „mama” i „tata” żeby nie urażać par „gejowskich” (Wielka Brytania) powoduje,  że osoba która nigdy nie była wrogo nastawiona do tzw. mniejszości seksualnych zaczyna odczuwać niechęć. Odczuwać, nie znaczy przejawiać. Pewnie zwykły odruch u osób czujących zagrożenie, widząc próby zmiany istniejącego porządku na coś w rodzaju huxleyowskiego Nowego Wspaniałego Świata. Zapewne niesłusznie, bo ponoć tak zwani „aktywiści gejowscy”, to jedynie nieliczny odsetek homoseksualistów i obarczanie wszystkich odpowiedzialnością za wygłupy, czy agresje owej mniejszości w mniejszości nie powinno mieć miejsca. Podobnie jak feministyczne ekstremistki nie powinny kształtować opinii o kobietach, a dajmy na to przekupni policjanci o wszystkich policjantach, czy kibole miejscowej drużyny o mieszkańcach miasta lubiących piłkę nożną. Ale w końcu mówimy o odczuciach, które rzadko bywają racjonalne.

W krajach takich jak Kongo patrzy się na to z innej perspektywy i widzi się nie agresywnego seksualnego rewolucjonistę, czy kolejnego dziennikarza – po raz setny zanudzającego „coming-outem”  jakiegoś celebryty – tylko człowieka, którego mogą zamknąć w więzieniu. Tylko dlatego, że ma albo lekko zmienioną genetykę, albo zaburzenie identyfikacji płciowej na etapie rozwoju. Nie widzi się politycznie poprawnego terrorysty, który będzie mnie próbował zlinczować za wcześniejsze zdanie, tropiąc w iście bolszewickim stylu każde słowo niezgodne z doktryną, lecz zaszczutego człowieka.

Czy jest jakiś kraj, w którym jest po prostu normalnie? Gdzie tolerancja i brak agresji, poprostu istnieje i nie przekształca się sama w agresywną ideologię?

Może niektóre kraje Azji – już rozwinięte, a jeszcze nie powariowane.

PYTANIA DO RADIA EREWAŃ

Popularne w dawnych czasach kawały o pytaniach do radia Erewań najlepiej ilustrują poziom serwowania wiadomości w Polsce. Droga redakcjo – pyta słuchacz – Czy to prawda, że w Moskwie na Placu Czerwonym rozdają samochody za darmo? Tak to prawda TYLKO nie w Moskwie, a w Leningradzie, nie na Placu Czerwonym, a na Newskim Prospekcie, nie samochody, a rowery i nie rozdają, a kradną.
W ten sposób Nesweek, a za nim ideologiczni współwyznawcy zbudowali historię biskupa Hosera.
Czy to prawda, że jako nuncjusz apostolski w Rwandzie milczał podczas ludobójstwa, w którym uczestniczył Kościół? Tak to prawda TYLKO: nigdy nie był nuncjuszem, w czasie rwandyjskiego ludobójstwa był w Europie, Kościół w czasie ludobójstwa w niczym nie uczestniczył – część kleru uczestniczyła, część ratowała, część była zabijana.
Czy to prawda, że biskup Hoser nie zna się na medycynie i praktykował tylko 6 miesięcy? Tak, to prawda TYLKO jest po studiach medycznych i nie praktykował miesiącami lecz latami.
Czy to prawda, że biskup krytykował dzieci poczęte in vitro jako niepełnowartościowe? Tak, to prawda TYLKO nie dzieci a procedurę medyczną i nie przeciwko dzieciom a w trosce o ich zdrowie.
Pytania do Radia Erewań, przemianowanego chwilowo na Newsweek i parę innych poczytnych tytułów można mnożyć. Mnogość redakcji rodem z radia Erewań pomaga w nagonce, bo jak mawiał klasyk gatunku kłamstwo wielokrotnie powtarzane staje się prawdą.
Nie wiem jak naprawdę wyglądała słynna rozmowa pomiędzy księdzem Lemańskim i biskupem Hoserem. Co z tego wynika,nie wiem kto tu mniej lub bardziej winny konfliktowi. Wiem, że nie wie tego również żadna z tak zaangażowanych w konflikt redakcji. Ani Nasz Dziennik z Niezależną.pl ani Newsweek z Wyborczą. Mam nadzieję, że wyjaśni się to wcześniej niż później. Wiem, że w Kościele obowiązuje podległość służbowa jak w wojsku i jeśli ktoś ma zakaz wypowiadania się, to przez pewien czas milczy. Tak jak zrobił to swego czasu ksiądz Issakowicz-Zaleski, choć decyzja biskupa była skrajnie niesprawiedliwa i moim zdaniem sprzeczna z dobrem Kościoła. Ale ksiądz Zaleski jako politycznie niepoprawny nie był broniony przez oświeconą prasę – przeciwnie dorabiano mu gębę na prawo i lewo (choć może raczej gębę na prawo, ale dorabiano z lewa).
Dlatego nie bardzo wierzę w troskę o Kościół autorów nagonki na biskupa. Panie i Panowie – nie lepiej powiedzieć wprost (Wprost?): nienawidzimy biskupa i reprezentowanej przez niego instytucji więc dokopiemy mu choćby wymyślając brednie o Rwandzie i niekompetencji medycznej? Lekarz z długoletnią praktyką wie mimo wszystko o biologii i możliwych powikłaniach różnych procedur medycznych więcej niż profesor etyki. Nawet jeśli on nosi sutannę, a ona reprezentuje środowiska „postępowe”. Ale co tam biologia, liczy się ideologia. A kto nie z nami tego na gilotynę. W końcu jesteśmy oświeceni, więc wzory jakobińskie są nam bliskie.
Przykład argumentu „rwandyjskiego” jest szczególnie symptomatyczny, bo wpisuje się w nurt narracji zapoczątkowany książką Wojciecha Tochmana „Dzisiaj narysujemy śmierć”. Książki, która pokazuje jak człowiek inteligentny, dysponujący mistrzowskim piórem, lecz minimalną wiedzą merytoryczną uzupełnianą fantazją i uprzedzeniami potrafi dorobić gębę. Też księżom i też Pallotynom. Tym samym Pallotynom, u których mieszkał w Kigali przez ten krótki okres, w którym bawił w Rwandzie zbierając materiały i stając się „ekspertem” od ludobójstwa. Co ciekawe zamieszczony w Tygodniku Powszechnym krytyczny komentarz ekspertki prowadzącej badania terenowe pod nadzorem rwandyjskiej Narodowej Komisji Do Walki Z Ludobójstwem (CNLG) , spowodował nagonkę Wyborczej i na Tygodnik i na ekspertkę. Nagonkę porównywalną w stylu z obecną nagonką na biskupa. Choć światopogląd ekspertki różni się znacznie od światopoglądu biskupa, widoczne jest podobieństwo nagonki.
Może właśnie dlatego odruchowo czuje do niego sympatię.
A jak jest naprawdę w konflikcie ksiądz – biskup? Tego nie wiem. I nie próbuje tego przykrywać manipulacjami. Nie jestem z Radia Erewań…

RUANDA (RWANDA)

RUANDA – SZWAJCARIA AFRYKI, IZRAEL AFRYKI, NRD AFRYKI

Giseni 15

Już pierwsze wrażenia po wyjściu z samolotu lądującego w Kigali przeczą wielu afrykańskim stereotypom. Czyste, profesjonalne lotnisko. Mili, uśmiechnięci  pogranicznicy starający się pomóc, nie zaszkodzić. I nie wolno nawet próbować im czegoś za to dawać.

To oczywiście nieprawda, że w Ruandzie korupcja nie istnieje. Jest jednak na minimalnym, zwłaszcza jak na ten region poziomie i dość energicznie się z nią  walczy. A Ruandyjczycy wydają się być z tego dumni. Jeżeli do Ruandy wjeżdża się przez granicę lądową, podróżnego wita tablica z hasłem „Inwestycje – tak. Korupcja – nie”. Niżej podany jest numer, pod który należy dzwonić w razie problemów.Ruanda 15

Dbałość o dobre imię kraju bywa nieco zabawna. Pewien policjant upewniwszy się, że nie rozumiem w Kynyarwanda, (język ruandyjski) poinformował wiozącego mnie Ruandyjczyka, że mandatu nie dostanie, ale wypadało by się jakoś odwdzięczyć. Podziałał jednak argument kierowcy, że policjant nie może nic dostać przy obcokrajowcu, żeby ten nie pomyślał, że w Ruandzie daje się łapówki. Policjant nic nie wziął nalegając jedynie, by kierowca zatrzymał się z „prezentem” jak będzie wracał tą samą drogą już bez obcokrajowca.

Ruanda 2   Przerost formy nad treścią najlepiej widoczny był przed „intronizacją” na drugą kadencję prezydenta, który wybory wygrał w iście peerelowskim stylu osiągając ponad 90 procent głosów i zamykając wcześniej potencjalnych kontrkandydatów lub zmuszając ich do emigracji. Na uroczystość zjechać się miało pół świata, więc przez tydzień w Kigali sprzątano i remontowano. Wymieniano latarnie, sadzono drzewa, sprzątano i tak już czyste ulice. Właściwie robili to wszyscy oprócz żołnierzy i policjantów, których ilość porównać można było z ilością źdźbeł na porządkowanych pospiesznie trawnikach. Przynajmniej pod tym względem miasto na pewno na wyborach skorzystało…

Wyjście z budynku lotniska też przyjemnie zaskakuje. I pod względem ogólnego porządku i klimatu. Świeże powietrze, a wieczorem wręcz chłodna temperatura wynika z położenia stolicy na wysokości 1400 metrów, co w znacznej mierze łagodzi szerokość geograficzną zbliżoną do równika. Porządek panuje również na drogach, co w tej części świata nie jest zjawiskiem częstym. I nie chodzi tylko o czystość aut, której mój samochód mógłby im pozazdrościć, lecz o zachowanie kierowców. Moglibyśmy uczyć się od nich kultury jazdy i przestrzegania przepisów. Przynajmniej w Kigali – poza miastem już nie jest pod tym względem tak dobrze.

Na dodatek niezłej jakości drogi. Te boczne bez asfaltu, ale w znośnym stanie. Główne z bardzo dobrym asfaltem, co jest tym ważniejsze, że Kigali położone jest na wzgórzach, więc jedzie się często ostro w dół lub ostro w górę.

No i ulice są czyste. Na rondach dobrze utrzymane trawniki i klomby. Tu nawet slumsy są wysprzątane.

Jadąc pierwszy raz z lotniska natknąłem się na grupy kibiców wracających z meczu. Śmiali się, rozmawiali – normalni ludzie. Porównując ich z kibicami w Polsce poczułem zazdrość.Kigali 8

Ruandę nazywają czasem lokalną Szwajcarią. Gospodarność i ponadprzeciętne w stosunku do sąsiadów trzymanie się przepisów, a także rzucająca się w oczy czystość usprawiedliwiają tę nazwę. Dodać do tego należy utrzymujący się od kilu lat wysoki wzrost gospodarczy, czemu trudno się dziwić przy tak praktycznym podejściu do, na przykład przepisów  zakładania firm. Szczegółowe wskazówki potencjalni inwestorzy mogą przeczytać na tablicy już na lotnisku, czekając na odprawę paszportową. Działalność gospodarczą w całości zakłada się przez Internet. Trwa to… 1 dzień. Uczyć się od Ruandyjczyków polscy biurokraci! Panie premierze – na szkolenie do Kigali!Ruanda 4

Wieś jest biedna. Jak wszędzie w Afryce, ale stale się zmienia. W domach ludzie mają niewiele, jednak mają domy. Z gliny, lub cegły, nie z trawy jak za jedną czy drugą granicą. Elektryfikację przeprowadza się w zawrotnym tempie. Przy okazji w kraju kładzie się światłowody. Jak w większości krajów afrykańskich, niewiele jest wodociągów, ale buduje się krany w centrum wsi, żeby nie trzeba było chodzić po wodę do lasu. W wielu wsiach buduje się publiczne ubikacje.

Ruandę nazywają też czasem lokalnym Izraelem. Niewielka, ale niezwykle skuteczna i mobilna armia wspomagana przez bardzo profesjonalne i rozbudowane służby wywiadowcze powoduje, że ten malutki kraik bez trudu trzyma w szachu znacznie większe państwa regionu.

Ale Ruandę można też nazwać afrykańskim NRD. Tradycyjne posłuszeństwo wobec władzy w pruskim stylu łączy się tutaj z przybierającą groteskowe nieraz formy szpiegomanią, oraz totalną inwigilacją całego społeczeństwa. Ocenia się, że średnio co dziesiąty dom spełnia funkcje inwigilacyjne. Przeciwnicy polityczni trafiają do więzień, na emigrację, albo zabijają ich „nieznani sprawcy”. Bywa, że po prostu znikają z ulicy. Często też oskarżani są o „negacjonizm”, czy nawet uczestnictwo w ludobójstwie z 1994 roku. Właśnie jak w NRD, gdzie, jeśli ktoś nie był z władzą, oznaczało, że jest „faszystą”.

Obecny prezydent nie znosi sprzeciwu, dbając jednocześnie o autentyczny rozwój kraju i niedopuszczenie do powrotu koszmaru sprzed lat. Przy całej dyktaturze wygląda na to, że ma on spore poparcie społeczne. Być może wygrałby wybory nawet gdyby ich nie fałszował. Przede wszystkim wiele osób postrzega go jako gwaranta stabilności i rozwoju. Nawet w sąsiednim Kongu, w którym wieloletnia działalność Ruandy polegała na strasznych dla ludności cywilnej wojnach i masowym rabunku minerałów, oraz związanym z tym poparciu dla bandyckich grup zbrojnych można usłyszeć, że „przydałby nam się taki Kagame”. Trzymający porządek, walczący z korupcją i pozwalający spokojnie żyć, o ile człowiek nie próbuje angażować się w politykę. W porównaniu do sąsiedniej dyktaturo-anarchii zbierającej za miedzą krwawe żniwo, ruandyjski „absolutyzm oświecony” wydaje się interesujący.

Nieraz zastanawiałem się, czy gdybym był Ruandyjczykiem to bym na niego  głosował. Być może tak. Gdybym tylko mógł… A nie musiał.

W Ruandzie nie tylko ogólna czystość i bajkowe widoki „krainy tysiąca wzgórz” nastrajają obcokrajowca optymistycznie. Uroku dopełniają ludzie. Bo większość z nich jest bardzo sympatyczna. Po mieście można spokojnie chodzić – nawet w nocy nie graniczy to  z samobójstwem zwłaszcza na głównych ulicach i zwłaszcza jak się nie jest kobietą. Na wsiach, zwłaszcza kobietom, odradzał bym nocne spacery.

Nie ma problemu z pomocą i nie ma nagminnego, w niektórych krajach regionu, wyciągania od obcokrajowca pieniędzy. Nie dotyczy to tylko Kigali, lecz generalnie Ruandy.

Zatrzymałem się kiedyś w maleńkim miasteczku. Zostawiłem samochód na parkingu i postanowiłem wejść na pobliską górę. Wycieczka nieco się wydłużyła. Góra była co prawda tak stroma jak wyglądała, natomiast jej wysokość zdecydowanie przewyższała wrażenie patrzącego z dołu. W efekcie wycieczka trwała kilka godzin. Po drodze spotkałem miejscowego „Górala”, który mówił po angielsku. Była to jedyna szansa na porozumienie się, bo moja znajomość Kynyarwanda ograniczała się ,mniej więcej do „dziękuję bardzo” (morakooze czani). Tego dnia używałem mojego zasobu ruandyjskich słów bardzo często, niemniej nie jest on w stanie pomóc we wszystkich sytuacjach. Anglojęzyczny ruandyjski Góral powiedział, że też idzie na górę, bo za górą mieszka jego rodzina, którą chce odwiedzić. Skorzystałem z zaproszenia i poszliśmy razem.

Trudno opisać wszystkie wrażenia estetyczne. Region, to góry wysokości mniej więcej naszych Gorców, tyle że bardziej strome. Horyzont zamykają wulkany dochodzące do 4500 metrów. Zbocza gór poszatkowane są poletkami, przy których galicyjskie mikro gospodarstwa uchodziłyby za farmy. Poletka są niemal pionowe i obserwator zachodzi w głowę jak się je uprawia. Gdzieniegdzie zza zarośli wystają dachy chatek – bardzo biednych i bardzo ładnych. Kiedy „Muzungu” („biały”) wspina się ścieżkami pod górę, wzbudza zainteresowanie wszystkich napotykanych osób. Dzieci machają z daleka, ale zazwyczaj boją się podejść, bo taki dziki biały to nigdy nie wiadomo – lepiej uważać.

Jednym z elementów zwracających uwagę europejskiego mieszczucha jest kondycja miejscowych ludzi. Nadążałem za moim przewodnikiem wspierany wyłącznie narodową ambicją. Z drugiej strony trudno się dziwić. Dzieci chodzą codziennie na dół do szkoły. I codziennie z niej wracają pod górę. Codziennie trzeba przynieść wodę i inne rzeczy, wliczając w to ciężkie pakunki wnoszone na głowach.

W najwyższym punkcie, do jakiego dotarłem poczułem się rzeczywiście jak w Gorcach. Nawet chatki trochę podobne i ścieżki dokładnie takie same. Byłem prawie u siebie, tylko miejscowe gaździny miały nieco ciemniejszą karnację niż na Turbaczu.

Potem zeszliśmy w kolejną dolinę. Inna, ale nie ustępująca pięknem tej, z której przyszedłem. Po jakimś czasie doszliśmy do gospodarstwa rodziny mojego przewodnika. Starszy pan doglądający boso swojego poletka. Starsza pani – dwie krowy, kozy, stadko świnek morskich, które tutaj traktuje się jako zwierzęta hodowlane i właściwie nic więcej.
Rodzina nie spodziewała się gościa. W domu nie było jedzenia i nie było mnie czym poczęstować. Wcale nie chciałem jeść. Nie śmiałem nawet prosić o wodę, bo zdawałem sobie sprawę z tego, ile wysiłku kosztuje jej przyniesienie. Gospodarze jednak koniecznie chcieli mi sprawić przyjemność. Dostałem w prezencie tradycyjny, wyplatany koszyk, w którym nosi się prezenty dla odwiedzanych osób. Oczywiście powinno się nieść na głowie. Jak? Tego nadal nie rozumiem. W Kongu widziałem kobietę niosącą na głowie miednicę z dwoma żywymi kurami i kaczką…
W domu nie było niemal nic. Nie było również prądu. Natomiast było czysto. Były też plakaty z prezydentem i emblematy prezydenckiej partii. Mój gospodarz tłumaczył, że mają „good leadership” i dlatego mogę bezpiecznie chodzić, chociaż dawniej nie byłoby to możliwe. I że dlatego nikt nie chce wyciągać ode mnie pieniędzy, co związane jest z ogólnonarodową akcją uświadamiającą, że tak nie należy.

Dowiedziałem się też o społecznej kampanii rządowej pod hasłem jedna krowa w każdym gospodarstwie. Jedna krowa należy się za darmo od państwa. Jak się ocieli, pierwszy przychówek należy oddać innej rodzinie, która z kolei innym musi oddać pierwszego cielaka. Ma to skutek tak gospodarczy jak i społeczny. Zwłaszcza, ze krowa w kulturze ruandyjskiej zajmuje bardzo istotne miejsce.

Tradycyjnie w Ruandzie na krowy można przeliczać wszystko. Bogaty oznaczało kiedyś mający dużo krów. Kandydat do ręki córki powinien przed ślubem podarować krowę rodzinie panny młodej. W miastach zaręczynową „krowę” przelicza się na pieniądze, ale nadal nazywane jest to krową. I nawet należy uiścić podatek od zaręczynowej krowy. Bez zaświadczenia o zapłacie podatku trudno wziąć ślub. W języku potocznym „szykować krowy” oznacza zamierzać się ożenić. Jednym z największych  komplementów, jaki można powiedzieć kobiecie, to, że ma oczy jak krowa. Lub, że chodzi jak krowa, choć jak mi wytłumaczono, chodzi jedynie o jeden konkretny gatunek krowy. Nawet narodowy taniec ruandyjski to „taniec krowy”.

Rządowa akcja „krowy dla każdej rodziny” nasunęła mi pewną myśl. Nie śmiałem jednak zapytać, czy moje przypuszczenie jest słuszne.  Mianowicie może wspierać państwową politykę w myśl której nie ma już Hutu czy Tutsi tylko Ruandyjczycy. Tradycyjnie krowy mieli Tutsi, Hutu mieli pola. A tak wszyscy mają krowę.

Wracając do samochodu napotkałem grupę weselników wybierających się z wizytą do państwa młodych. Odpoczywali na polance, czy może mieli tam miejsce zbiórki. Około 30 osób z prezentami dla gospodarzy. Wyszedłem zza krzaków i wszyscy umilkli. Najwyraźniej byli zszokowani. Mój widok na dodatek z tradycyjnym koszykiem w ręce spowodował, że na chwilę oniemieli.
Poczułem się trochę nieswojo widząc 30 par oczu wpatrzonych we mnie. Pomachałem ręką. Cała grupa wybuchnęła śmiechem i zaczęła coś krzyczeć. Z okrzyków zrozumiałem tylko jedno słowo „Muzungu”. Na szczęście zza krzaków wyszedł też mój przewodnik i wytłumaczył, że nie idę w gości, tylko wracam z wycieczki. Znowu wszyscy się śmiali, chociaż dokładnie nie wiem, z czego (chyba ze mnie).  Swoją drogą ciekawe jakby zareagowała grupa weselników np. w Bieszczadach, gdyby zza krzaków nagle wyszedł ktoś czarny.

Podobne refleksje nasunęły mi się również wtedy, kiedy w osiedlowym barze na obrzeżach Kigali degustowałem piwo, wzbudzając lekkie zdziwienie, pozbawione jednak elementów wrogości. Zastanawiałem się, czy gdybym miał gościa z Ruandy to, nie odradziłbym mu odwiedzania osiedlowych knajpek w polskich miastach.

Oczywiście podczas zwiedzania Ruandy przychodzi często na myśl to, co na tych sympatycznych wzgórzach i ulicach działo się w 1994 roku – zabić 800 000 ludzi w 2 miesiące to wynik, którego Hitler by się nie powstydził.

Tymi wydarzeniami Ruanda żyje nadal. Choć obecnie niby niema problemu. Wprowadzone przez Europejczyków oznaczenia „T” i „H” zniknęły z dowodów osobistych. Co więcej, nawet mówienie o tym czy jest się „Hutu” czy „Tutsi” jest całkowitym tabu.

Teraz wszyscy są Ruandyjczykami. I miejmy nadzieje, że dla nowego pokolenia będzie to już stan naturalny.

Wśród starszych nie ma chyba osoby, która w rodzinie nie miałaby albo zbrodniarzy albo ofiar, czasem jednych i drugich. Bo rzeź, jaką siedemnaście lat temu urządzili Hutu swoim pobratymcom Tutsi,  mordując  około trzech czwartych przebywających na terenie kraju, zabrała również część tych Hutu, którzy wyglądali na Tutsi, albo po prostu nie chcieli mordować. Zgodnie z ludobójczą ideologią, reklamowaną w ówczesnej oficjalnej prasie,  Hutu, który poślubił Tutsi, albo dał mu pracę był zdrajcą zasługującym na śmierć. Fragmenty tego typu artykułów przeczytać można w muzeum ludobójstwa – przejmującej ekspozycji, którą koniecznie trzeba zobaczyć odwiedzając Kigali.

Na ekspozycji próżno jednak szukać wiadomości o tych Hutu, których dotknęły represyjne czystki dokonane przez oddziały Tutsi. Niby w porównaniu z wcześniejszym ludobójstwem nie było ich dużo. Ale śmierć nie daje się sprowadzić do cyfr. Nie mówi się również o Hutu, zabitych podczas ścigania przez oddziały ruandyjskie ludobójców na terenie sąsiedniego Zairu (obecnie Demokratyczna Republika Konga). Często Hutu kongijskich, którzy z ruandyjskim ludobójstwem nie mieli nic wspólnego.

Tragedie trwają nadal i wynikają nie tylko ze wspomnień. W wielu miejscach ofiary szaleństwa z 1994 roku nadal się boją i spotykają dawnych zbrodniarzy. Z drugiej strony więzienia i obozy są pełne ofiar pomyłek sądowych. Tradycyjne ludowe sądownictwo „Gatchacha” nie wysila się na sprawdzanie dowodów. Kto ma więcej świadków, ten wygrywa. W ten sposób za uczestnictwo w ludobójstwie można trafić w wyniku denuncjacji zawistnego sąsiada. Albo z przyczyn politycznych. Opozycjonistę można wsadzić do więzienia jako ludobójcę lub negacjonistę. Brzmi ładniej niż więzień polityczny. Do więzień trafiali też ci, których mieszkania spodobały się wracającym z emigracji Tutsi, kiedy władzę przejął już obecny obóz rządzący. Jak był Hutu – na pewno Interhamwe. Jak miejscowy Tutsi – na pewno kolaborant, że przeżył masakrę.

W 1994 roku trzymiesięczna rzeź Tutsi trwała w najlepsze pod bokiem uzbrojonych po zęby oddziałów ONZ, które w tym czasie stacjonowały w Ruandzie. Równolegle w Nowym Jorku oenzetowscy oficjele zastanawiali się, czy wydarzenia odpowiadają definicji ludobójstwa. I czy należy zmienić mandat sił oenzetowskich i pozwolić im na bronienie ofiar. Tak sobie gwarzono w najlepsze, robiąc przerwy na lancze i kawy, korzystając z uroków Manhattanu, aż zamordowano prawie milion bezbronnych ludzi.

Niezdecydowanie dyplomatów i zarabiających ciężkie pieniądze urzędników nie uchroniło też części żołnierzy. W byłych koszarach w Kigali stoi pomnik i wisi flaga Belgii. Tam zostali zastrzeleni belgijscy żołnierze ONZ, którzy w 1994 roku dostali się w zasadzkę i zostali wzięci do niewoli przez oddziały ludobójców. W tym samym czasie kiedy ich rozstrzeliwano, w białej budce może 150 metrów od tego miejsca siedział ich dowódca i negocjował z armią Hutu jak mają się zachowywać żołnierze ONZ. Po jakimś czasie jeden z Hutu wpadł w ręce Belgów, którzy znaleźli przy nim broń zabitego kolegi. Karabin… oddano armii ruandyjskiej i przeproszono. Chodziło o to, żeby nie zadrażniać i nie dawać pretekstu do zarzutu, ze ONZ wbrew mandatowi stanął po jednej ze stron i bierze udział w walce…

Co warte były siły ONZ, które nie reagowały jak na ich oczach mordowano cywili, mówiło się sporo. Nadal jednak szokują detale. Grupa belgijskich żołnierzy usiłowała schronić się na stadionie gdzie stacjonowało 600 ich kolegów z Pakistanu. Żołnierzy belgijskich było chyba sześciu. Na terenie stadionu było bezpiecznie – to betonowa forteca. Dowództwo pakistańskie nie otworzyło bramy. Belgowie zostali otoczeni przez pijany tłum z maczetami, który usiłował ich posiekać tak jak swoich sąsiadów Tutsi. Belgowie uratowali się strzelając do tłumu. Podobno do dzisiaj się z tego tłumaczą w Belgii. Ale cóż, lepiej być zdegradowanym za życia niż awansowanym po śmierci.
Inna grupa belgijskich żołnierzy próbowała schronić się na terenie swojej ambasady. Ambasador nie wpuścił ich, twierdząc że są pod rozkazami ONZ, więc nie ma obowiązku ich chronić. W Belgii nie został pociągnięty do odpowiedzialności. W niektórych ambasadach wydawano zbrodniarzom zatrudnionych w nich Tutsi, którzy zaraz potem byli zabijani…

Obcokrajowiec ma kłopoty ze zrozumieniem, jaka jest różnica miedzy Tutsi i Hutu. Mam podejrzenia, że problem z tym mają nawet sami Ruandyjczycy. Bo według niektórych teorii jest to różnica etniczna, a według innych, raczej klasowa, czy stanowa – coś jak nasz dawny podział na szlachtę i włościan.

Zgodnie z teoriami etnicznymi Tutsi to pozostałość ludności nilockiej a Hutu to ludność z grupy Bantu. Niloci przed wiekami mieli podbijać ludność Bantu i stąd powstanie królestw Tutsi, które przetrwały do końca XIX wieku na terenie dzisiejszej Ruandy i Burundi. Europejczycy, którzy przybyli na miejsce odczuwali dziewiętnastowieczną potrzebę ścisłych klasyfikacji etnicznych i doszli nawet do wywodzenia Tutsi od Noego i potomków jego syna Chama, co miało ich predestynować do przewodzenia innym. Konstrukcja dość karkołomna i niebezpiecznie zbliżona do naszych siedemnastowiecznych bajdurzeń o pochodzeniu szlachty od Sarmatów, a chłopów od potomków Chama. Tyle, że tu Cham dawał powody do bycia lepszym, u nas odwrotnie.

Teorie etniczne uzasadniane były też różnicami w wyglądzie – wysocy Tutsi z prostymi nosami i niscy Hutu z nosami typowo afrykańskimi.
Na pewno jakiś fragment mozaiki etnicznej i jej migracji w ciągu wieków ma wpływ na dzisiejszą ludność, jednak przez wieki tak bardzo się ona wymieszała, że trudno dzisiaj stwierdzić, kto ma jakie pochodzenie. W każdym razie osoby „o wyglądzie Tutsi” spotkać można wśród Hutu i na odwrót. Wielu Hutu ze „złym” wyglądem zginęło w 1994 roku. Część Tutsi z „dobrym” wyglądem dzięki temu przeżyło.

Według innych teorii podział jest wyłącznie stanowy. Tutsi to dawna szlachta. Z Tutsi wywodzili się królowie, chodź zgodnie z ówczesnymi koncepcjami  byli oni odrębnym stanem. Królowie przed wprowadzeniem chrześcijaństwa  stali powyżej podziałów stanowych i byli wręcz deifikowani. Choroba króla oznaczała zagrożenie dla fizycznego bytu królestwa, a potrząśnięcie ręką króla mogło grozić trzęsieniem ziemi.

Jedna teoria nie do końca wyklucza drugą. Istnieje hipoteza, że polscy możnowładcy wywodzili się z niemieckich rycerzy, którzy przybyli do Polski z powracającym po wygnaniu Mieszkiem II i zdławili rewoltę pogan. Nawet, jeśli to prawda to co z tego wynika? A no nic.

Podobnie jak przez długi okres w dawnej Polsce, w Ruandzie stan można było zmieniać. W czasach królestw wystarczyło odebrać Tutsi krowy i stawali się Hutu. I na odwrót. Głównym rozgraniczeniem było posiadanie krów przez jednych i uprawianie ziemi przez drugich. Być może właśnie dlatego bywali wyżsi; różnica wynikałaby z odmiennego żywienia, a nie pochodzenia etnicznego? Ponoć podobną różnicę wzrostu pomiędzy stanami odnotowano w osiemnastym wieku we Francji.

Kiedy król Tutsi posyłał w poselstwie do innego króla swojego syna to przekazywał wiadomość „posyłam ci mojego Hutu„.

Żeby obraz był jeszcze bardziej skomplikowany, obok królestw Tutsi istniały też ruandyjskie królestwa Hutu. Przestały istnieć dopiero w dziewiętnastym wieku uzależnione od centralnie położonego królestwa wspieranego przez kolonizatorów. Podbiło ono również konkurencyjne królestwa Tutsi. Europejczycy przez kilkadziesiąt lat wspierali Tutsi. Różnice zamiast zacierać, pogłębiano. To pomagało w polityce „dziel i rządź”, powodując również narastającą nienawiść. Wiele stanowisk administracyjnych zajmowanych dotychczas przez Hutu przydzielono Tutsi. Wielu Tutsi odpowiadał taki stan rzeczy, jako że idiotyczne poczucie wyższości wynikające z przynależności do elity, choćby wyimaginowanej, jest niestety charakterystyczne dla ludzi wszystkich ras i narodowości. Jednym z propagatorów teorii etnicznych na terenie Ruandy był biskup Alexis Kagame. Obecnie głównym propagatorem braku takich różnic jest prezydent Paul Kagame…

Pod koniec epoki kolonialnej Tutsi, którzy przez wiele lat byli sojusznikami Europejczyków zaczęli mówić o niepodległości. Europejczycy zaczęli wspierać Hutu. W tym czasie ci już wystarczająco znienawidzili Tutsi.

Kiedy na przełomie lat 50-tych i 60-ych Ruanda wybijała się na niepodległość i odnotowywano pierwsze oznaki przemocy wobec Tutsi, Europa fascynowała się przewrotem społecznym uciskanego stanu Hutu, przeciwko feudalnej arystokracji Tutsi. Ich odsunięcie od władzy czy wypędzenie lub marginalizowanie porównywano do Rewolucji Francuskiej. Może nawet słusznie, gdyż podobnie jak ona pod szczytnymi hasłami wprowadziła dyktaturę gorszą od poprzedniej i doprowadziła do ludobójstwa i eskalacji okrucieństwa wcześniej niespotykanego. Podobnie jak Rewolucja Francuska nie liczyła się z tymi, których można uznać za jej prekursorów – młodą inteligencją Tutsi, która jeszcze przed uzyskaniem niepodległości zaczęła głośno mówić o konieczności równouprawnienia Hutu.

Po odzyskaniu niepodległości wpisy w dokumentach pozostały, a konflikt wybuchł ze zdwojoną siłą. Tyle, że teraz teoria o różnicy etnicznej Tutsi wykorzystywana była przez ekstremistycznie nastawionych Hutu jako uzasadnienie do ich wygonienia z kraju jako „najeźdźców”. Owa narodowo-wyzwoleńcza frazeologia doprowadziła do eskalacji konfliktu i masowych zabójstw, których apogeum przypadło na rok 1994. Ale prześladowania i masakry rozpoczęły się razem z niepodległością. Stąd masowa emigracja Tutsi. Ta emigracja, właściwie jej część skupiona w sąsiedniej Ugandzie, przejęła zbrojnie władzę bezpośrednio po ludobójstwie z 1994 roku.  Dokooptowała również nie zamieszanych w ludobójstwo Hutu. I zakazała mówienia o podziałach. Udało im się to po paru latach partyzanckiej wojny, którą dowodził obecny prezydent kraju.

Równolegle konflikt trwał w sąsiednim Burundi gdzie naprzemiennie Hutu masakrowali Tutsi albo rządzący Tutsi zabijali Hutu (zwłaszcza wykształconych).

Rok 1994 porównuje się do drugiej wojny i Holokaustu – ilość ludzi zabitych w krótkim czasie nasuwa takie analogie. Mnie ów konflikt najbardziej kojarzy się z Zachodnią Ukrainą, czy też polskimi Kresami w połowie lat czterdziestych. Bo nie tylko podłoże konfliktu było zbliżone – mniejszość Tutsi politycznie i kulturowo dominująca nad większością Hutu, powodująca powiększaną poczuciem niższości, przekraczającą wszelki racjonalizm nienawiść. To nie tylko zachowanie przez wieki wielu Tutsi na wysokich stanowiskach tłumaczące wrogość, ale na pewno nie usprawiedliwiające tego, co zrobiono. I nie tylko pomieszanie dwóch grup powodujące, że często „genetycznie” mogło być więcej Polaka w ukraińskim nacjonaliście i na odwrót. To również ideologia i jej język zbliżona do ulotek i publikacji OUN z lat czterdziestych, a przede wszystkim sposób działania. Holokaust to w dużej mierze okrucieństwo z zimną krwią. Działające metodycznie, jak dobrze naoliwiona, pracująca bez emocji maszyna zbrodni. Ludobójstwo w Ruandzie, to podobnie jak na Ukrainie kierowany centralnie masowy irracjonalny wybuch okrucieństwa, przekraczający wszystkie wyobrażenia. Z zabijaniem osób z własnej rodziny, masowym użyciem białej broni w połączeniu z najokrutniejszymi torturami, masowymi gwałtami, szczególnym bestialstwem wobec kobiet w ciąży i dzieci. Zmuszaniem do zabijania współmałżonków w zamian za ratowanie życia dzieciom. Dość powszechnym udziałem w zbrodni duchowieństwa zachęcającego wiernych do wybicia drugiej grupy, wraz z „jej” duchowieństwem. Wkrótce po powrocie do Polski przeczytałem książkę „Nienawiść” Srokowskiego – jedną z tych książek, których nie warto nie przeczytać. Czytając właśnie tę książkę najlepiej rozumiałem to, co działo się w Ruandzie siedemnaście lat temu. Przeczytana wkrótce potem książka „Victory” ruandyjskiej autorki Barassy umacnia moje przekonanie o porażającym podobieństwie obu szaleństw. Także o tym, że zemsta często dosięga ludzi niewinnych. Jeden z rozdziałów „Nienawiści” to opis odwetu polskich chłopów na ukraińskiej wsi. Zamordowania Ukraińców, u których właśnie ukrywali się przed UPA Polacy, a których przy okazji spalono razem z ukraińską stodołą. Obie lektury godne polecenia zwłaszcza tym osobom, które wierzą, że coś takiego mogło się zdarzyć tylko w Afryce.

Obecnie w Ruandzie można powiedzieć wyłącznie, że jest się Ruandyjczykiem.

Wspólna historia, ten sam język – dokładne zrozumienie różnic jest chyba niemożliwe. W końcu w sąsiednim Kongu też są Tutsi i Hutu uważający się za odrębną grupę wśród kilkuset plemion kongijskich. Tyle, że kongijskich Hutu można było spotkać we wspieranym przez obecne władze Ruandy, kojarzonym z Tutsi zbrodniczym ugrupowaniem CNDP[1]. Z jakichś przyczyn wybierali niejednokrotnie tę grupę, a nie równie zbrodniczą FDLR[2] założoną przez ruandyjskich ekstremistów Hutu, którzy uciekli do Konga po utracie władzy w Ruandzie. Na dodatek kongijscy Tutsi i kongijscy Hutu nazywani są nieraz przez inne plemiona kongijskie „Ruandyjczykami”. I często mówią w języku Kynarwanda a nie w Suahili, chodź uważają się za Kongijczyków.

Nasza potrzeba pewności domaga się jasnych klasyfikacji. Lecz jasne klasyfikacje wydają się niemożliwe. Pozostaje mieć nadzieję, że młodzi Tutsi, Hutu, Twa (ruandyjscy Pigmeje), czy tzw. „Hutsi” – dzieci z mieszanych małżeństw – będą się czuli po prostu Ruandyjczykami, a reszta stanie się historią. Jak podziały stanowe u nas. I za to należy trzymać kciuki.


[1]              Congres National de la Defence du Peuple (Narodowy Kongres Obrony Ludu) – ekstremistyczna partyzantka Tutsi działająca na terenie Wschodniego Konga. Wspierana przez Ruandę. Jej byli szefowie Laurent Nkunda i Bosco Ntaganda są poszukiwani przez Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze. W chwili pisania Nkunda jest „internowany” w Ruandzie, a Ntaganda jest „”kongijskim generałem”.

[2]              Front Democratique de la Liberation de Rwanda (Demokratyczny Front Wyzwolenia Ruandy)

LRA

Publikowane w Tygodniku Powszechnym:
http://tygodnik.onet.pl/31,0,57835,1,artykul.html

DEMONY AFRYKI
„Chcemy pokoju. Żeby tylko, aby na świecie był pokój” – odparł, gdy zapytałem go, jaki cel ma jego ugrupowanie. Rozmówca, nazwijmy go John, był kiedyś członkiem Armii Bożego Oporu, wysoko postawionym w hierarchii. Nadal jest jej zwolennikiem.
Oficjalnie chcą pokoju. A nawet więcej: zbudowania społeczeństwa kierującego się Dekalogiem. Stąd ich nazwa: Lord’s Resistence Army. Dosłownie: Armia Oporu Pana, popularniej: Armia Bożego Oporu. To najstraszniejsza ze wszystkich zbrojnych grup, jakie brały i biorą udział w afrykańskich wojnach. Choć ich zbrodnie „ilościowo” nie dorównują, np. Rwandzie, „jakościowo” przebili okrucieństwem najgorszych dyktatorów i najgorsze partyzantki.
Pewna Sudanka wyjaśniła mi ich nazwę inaczej: „They resist the Lord” (dosłownie: oni sprzeciwiają się Bogu). Gra słów, oddająca to, jak w Południowym Sudanie i innych terenach nawiedzonych przez koszmar LRA postrzegani są jej… no właśnie, kto? Żołnierze? Nie pasuje, choć nadają sobie stopnie wojskowe. Bojownicy? Niby tak, choć to pojęcie kojarzy się z walką, a nie z przekraczającym wszelkie wyobrażenie okrucieństwem.
A więc bandyci? Też nie oddaje tego, czym są oddziały LRA. Zwłaszcza, że większość z nich to albo jeszcze dzieci lub nastolatki, albo też dorośli wcześniej porwani w wieku dziecięcym. Oszaleli po przeżytej traumie, często poddani torturom, praniu mózgu, zmienieni w sadystyczne maszyny do zabijania. Mszczący się na innych za doświadczone wcześniej okrucieństwo wedle klasycznego wzorca spirali przemocy. I wierzący w nadprzyrodzoną moc swego guru, którego nie imają się kule, który może ich zabić na odległość, gdyby udało im się uciec. A który na pewno zabije ich w okrutny sposób, gdyby próba ucieczki się nie udała.
Jest też garstka tych, którzy przyłączyli się z własnej woli. Zazwyczaj na najwyższych stanowiskach – jak John, mój rozmówca.
LRA działa od końca lat 80. Z niewielkiej, regionalnej grupy północno-ugandyjskich rebeliantów stała się problemem dotykającym co najmniej cztery państwa.
Z początku zostali przyjęci przyjaźnie przez miejscowa ludność Acholi, dotkniętą okrucieństwami armii ugandyjskiej. Wkrótce ich okrucieństwo przerosło wcześniejsze doświadczenia. Mieszkańcy ugandyjskich wiosek zaczęli patrzyć na wojsko rządowe jak na wybawienie, gdy w pobliżu pojawiały się oddziały „wyzwolicieli” z LRA. Dziś komórki są w Afryce powszechne, wtedy jedyną szansą na powiadomienie wojska był rower. A więc przywódca LRA zarządził, że rowery są nielegalne, a za posiadanie roweru obcinał nogi.
W konfrontacji z armią Ugandy potrafili odnosić zwycięstwa: decydował ich fanatyzm, znajomość terenu, obecność ex wojskowych z armii poprzedniego reżimu. Rezerwy kadrowe uzupełniano podczas pacyfikacji wiosek. Przywódca, zdziwiony brakiem entuzjazmu dla swej działalności, zaczął traktować „głupich Acholi” jak wrogów.
Każdy, kto się nie chciał przyłączyć, był zdrajcą. Porwane dzieci, aby przeżyć, musiały zabić kogoś z rodziny. Patrzenie na śmierć i okrucieństwo wobec nich samych powodowało, że te dzieci, którym udało się przeżyć, zaczynały same zabijać. Zwłaszcza chłopcy. Dziewczynki porywane były głównie jako „żony”. Ich młody wiek miał gwarantować, że nie zarażą chorobami wenerycznymi.
„To może dla nich lepiej” – przekonywał mój rozmówca. – „Może generał Kony wiedział, że w swoich dotychczasowych rodzinach by się zdemoralizowały, a tak, uratował je. On wie, co robi. Jest bardzo mądry. I dobry”.
„Papa Kony”, „Generał Kony” – to po prostu Joseph Kony. Chłopak z biednej wielodzietnej rodziny, jak większość w Acholilandzie. Nie skończył podstawówki. W dzieciństwie wyśmiewany przez rówieśników i nazywany „małpą”, bał się bić z chłopakami; wyzywali go bezkarnie. Jako dorosły najwięcej okrucieństw popełnił na dzieciach. I nauczycielach, których nienawidzi. Nienawidzi, a jednocześnie go przyciągają. Ich też porywał i kazał otwierać w swych obozach szkoły dla porwanych dzieci. Oczywiście według swego programu. W wioskach, które napada, najmniejsze szanse na przeżycie mają ludzie znający angielski – bo pewnie chodzili do szkoły. Zdarzyło mu się porwać cały internat. Śledczy psycholog powiedziałby pewnie, że zabijając dzieci, Kony symbolicznie zabija wyśmiewających się z niego w dzieciństwie kolegów. I nauczycieli ze szkoły, do której przestał chodzić.
Już jako dziecko zaczął rozmawiać z duchami. Słyszał ich głosy. W rozwiniętym społeczeństwie zaczęto by go leczyć. W społeczeństwie Acholi, gdzie duchy obecne są na każdym kroku, zaczęto przychodzić do niego po porady. W końcu to dziecko rozmawiało z duchami, więc pewnie mogło zapewnić ich pomoc. Kony został wioskowym „lekarzem”.
Kiedy dorósł, zaczął rozmawiać z Bogiem, który kazał mu rozpocząć wojnę w imię Dekalogu. Niektórzy posłuchali go, wierząc w to, co mówi. Część stanowili byli żołnierze ugandyjscy, którzy po przewrocie znaleźli się poza armią i mogli się spodziewać odpowiedzialności za popełnione wcześniej okrucieństwa.
Ale szefem zawsze był Kony. Jeśli ktoś z jego grupy ma inne zdanie, ginie, bo, jak twierdzi szef, „nie można budować domu w środku istniejącego domu”. Ale ideologia to tylko emanacja jego sadyzmu w połączeniu z halucynacjami, wynikającymi prawdopodobnie z nie leczonej choroby psychicznej, doprawionej nie leczonym od lat syfilisem.
Konfrontacja z regularną armią i wrogie nastawienie ludności musiały doprowadzić do problemów z przetrwaniem LRA. Wtedy na pomoc przyszła geopolityka, która toczy się w oderwaniu od jakichkolwiek rozważań etycznych. Acholiland leży na granicy z Sudanem. W Sudanie trwała wojna między rządem z Północy a rebeliantami z Południa. Stosunki między Sudanem a Ugandą były napięte, więc południowcy byli naturalnym sojusznikiem Ugandy, zaś LRA naturalnym sojusznikiem Sudanu. Bez względu na to, jak się zachowują.
LRA założyła bazy w Sudanie, wspierane niemal oficjalnie przez rząd w Chartumie. W zamian zaczęli terroryzować sudańskie Południe. Aż do rozmów pokojowych w Jubie, które trwały od 2006 do 2008 r. i jak zwykle w takich wypadkach, doprowadziły do wystrychnięcia wszystkich na dudka przez szaleńca. Kony przeżywał wtedy wielkie chwile. Urządził konferencję prasową, na którą dowieziono międzynarodową grupę dziennikarzy. Potem ich odwieziono. Gdyby wtedy zamiast dziennikarzy zjawili się komandosi… Kony siedział w znanym miejscu, ze wszystkimi swymi dowódcami.
Szanse na wyeliminowanie szaleńca-zbrodniarza – a jego fizyczna eliminacja (aresztowanie lub zabicie) to jedyny sposób na likwidację LRA – przegapiono. W czasie tamtych negocjacji Kony lawirował, z charakterystycznym dla patologicznych narcyzów „wdziękiem”: reżyserował każdy gest, po czym nie podpisał porozumienia pokojowego i przerwał rozejm. Przegapiona szansa na jego zatrzymanie lub zabicie do dziś kosztowała życie kolejnych tysięcy zabitych, porwanych, torturowanych, pozbawionych domu. Rozmowy pokojowe z nim skończyły się tak, jak zwykle kończą się rozmowy z bandytami.
– Chcecie pokoju, to czemu zabijacie ? – spytałem Johna.
– Walczymy o wolność z armią Ugandy – odparł. – Oni zaczęli. My się tylko bronimy.
– Ale czemu zabijacie także np. w Kongo? Oni nie mają nic wspólnego z konfliktem ugandyjskim. Dlaczego w Wigilię 2009 spaliliście w kościele ludność kongijskiej wioski? Dlaczego w innej wiosce ucięliście wargi wszystkim kobietom? Dlaczego… – można by wymieniać bez końca.
– Nie jestem od tego, żeby rozumieć – rzekł John. – My jesteśmy tylko „papa slaves” (niewolnicy papy). On wie, co robi i na pewno ma swoje powody. Może ci ludzie byli źli.
Kongo. Także tam przeniosła się Armia Bożego Oporu – do Demokratycznej Republiki Konga, dawnego Zairu.
W ogarniętym wojną „wszystkich ze wszystkimi” Kongu mniej się wyróżniali. Zadomowili się w Parku Narodowym Garamba, na wschodzie kraju. Tam udało im się wciągnąć w zasadzkę żołnierzy ONZ z elitarnej gwatemalskiej jednostki specjalnej „Kaibil”. Jednostka ta specjalizuje się w walce w dżungli. Ale tej dżungli dobrze nie znała. Może też nie doceniała przeciwnika.
Ale spokojne bytowanie LRA w Parku Garamba skończyło się pod koniec 2008 r., kiedy to armia ugandyjska, południowo-sudańska i kongijska wspólnie zaatakowały ich bazy, w ramach operacji „Lighting Tunder”.
Kony rozkazał przegrupowanie reszty oddziałów na północ Kongo, pod granice z Republiką Środkowej Afryki i Sudanu. A wściekłość za swą klęskę w Garambie Armia Bożego Oporu zaczęła wyładowywać na miejscowej ludności w Kongu i w Republice Środkowej Afryki, gdzie większość ludzi LRA uciekła przed ścigającym ich wojskiem ugandyjskim. Rozpoczęto tu kolejną „rekrutację”, czyli porwania dzieci. W ciągu ostatnich dwóch lat bandyci z LRA zabili i porwali łącznie kilka tysięcy osób, a około 400 tys. ludzi zmusili do ucieczki z miejsc zamieszkania.
A jednak obecna sytuacja LRA wydaje się najgorsza w jej historii. Podzieleni są na małe oddziały, często bez komunikacji, jako że Kony, który dawniej posługiwał się telefonami satelitarnymi, zaczął się tego bać. Atakowani przez armię ugandyjską i jej sojuszników tak na terenie Konga, jak i Republiki Środkowej Afryki, są w stałym odwrocie. To jeszcze nie koniec. Kony usiłuje pozyskać dawnego sojusznika z Chartumu. I być może nie bezskutecznie. Ścigające go oddziały nie mogą przejść na teren Darfuru, leżącego na terytorium północnego Sudanu, a z napływających danych wynika, że właśnie tam niedobitki LRA znajdują schronienie. Według wiarygodnych informacji, co najmniej raz zaatakowali wspólnie z oddziałami Janjaweedów – okrytych w Darfurze złą sławą paramilitarnych oddziałów, całkowicie kontrolowanych przez sudańską armię.
Jeśli wybuchnie kolejna wojna pomiędzy Sudanem Północnym i Południowym, LRA może stać się znów jednym z jej aktorów. Znów mogą zostać użyci przez Północ przeciw Południu. Dla Kony’ego to szansa na odrodzenie organizacji.
Na razie niewielkie zgrupowania LRA sieją nadal postrach i w Południowym Sudanie, i w Republice Środkowej Afryki, i w kongijskim dystrykcie Bas-Ulele. Tam mają jako przeciwników armię ugandyjską, kongijską i oddziały ONZ. Ale w tym regionie niemal nie ma dróg, zaś gęstość dżungli uniemożliwia obserwację z powietrza – łapanie niewielkich grup jest więc szukaniem igły w stogu siana.
W najbliższym czasie do walki z LRA mają włączyć się Amerykanie, zgodnie z przyjętą w listopadzie 2010 r. strategią. Podobno prezydent Obama pomoc w walce z LRA uznaje za jeden z priorytetów w polityce USA wobec Afryki. Pozostaje życzyć mu sukcesu. Także zadbania o efekt, a nie o pięknie brzmiące raporty, tak często zastępujące brak rzeczywistych działań międzynarodowej wspólnoty.

Kultura Swahili

Publikowane w Poznaj Świat z października 2012
http://www.poznaj-swiat.pl/artykul,odchodzacy_swiat_suahili,794

Wersja rozszerzona:
SAFARI YANGU

strój Swahili

Nawet największy erudyta obecnych czasów – profesor Google niewiele wspomina o Salimie bin Abakanie. A dla mnie to postać fascynująca. Dziewiętnastowieczne książki podróżnicze kojarzą się raczej z opisami Afryki przez podróżników z Europy niż na odwrót. Afrykę w dużej mierze widzimy ich oczami. Tym bardziej ciekawi ich rówieśnik z obecnej Tanzanii, który swoje wrażenia z podróży w odwrotnym kierunku zawarł w pierwszej książce podróżniczej w języku Suahili Safari yangu kwa Urusia wa Siberia – Moja podróż przez Rosję i Syberię. Książka, której chyba nikt nie przetłumaczył i której od wielu lat nie udaje mi się zdobyć. Pytania zadawane w kenijskich księgarniach wywoływały zdumienie. Bezskuteczne okazały się kontakty tanzańskie. A przecież Salim bin Abakan powinien być ikoną regionu pokazującą eksplorację świata w drugą stronę niż się to zwykło przyjmować.
Oczywiście nie jest to pierwsza książka w tym języku. Kultura Suahili rozciągająca się wzdłuż wybrzeży Oceanu Indyjskiego południowej granicy dzisiejszej Somalii do dzisiejszego Mozambiku pozostawiła po sobie kulturę materialną unikatową w skali kontynentu (jeśli nie liczyć arabskiej północy). Powstała we wczesnym średniowieczu z mieszaniny wpływów arabskich i perskich z miejscowymi elementami rdzennie afrykańskimi tworząc coś bardzo oryginalnego. Bliskowschodni żeglarze przynieśli początki materialnej i technicznej potęgi oraz religię – Islam. Na miejscu stanowili jednak mniejszość i już język mimo arabskich naleciałości jest typowym językiem z grupy Bantu. Sama nazwa prawdopodobnie pochodzi z arabskiego słowa „saahel” czyli „wybrzeże”. Suahili stanowi obecnie lingua Franca Wschodniej Afryki i jest językiem urzędowym w Tanzanii, w Kenii i wschodnich prowincjach Demokratycznej Republiki Konga. Jest wdzięcznym językiem do uczenia się dla Polaków, gdyż akcentowany na drugą sylabę od tyłu powoduje, że mówienie z akcentem polskim jest poprawne i wywołuje uznanie nauczycieli. Na dodatek nie istnieją w nim dźwięki, które nie występowałyby w języku polskim, co ułatwia wymowę, będącą zmorą dla zachodnich Europejczyków. W dodatku wprowadza w dobry nastrój, bo ze względu na niezwykłe zagęszczenie dźwięków „DŹ” przypomina często gaworzenie dziecka – trudno nie wpaść w dobry humor mówiąc np. „sto jedenaście” (mia modzia na kumi na modzia”), że nie wspomnę o wujku (mdziomba), wnuku (mdziuku) czy mieście lub wsi (kolejno „mudzi” i „kidzidzi”).
W Kenii Suahili to język urzędowy obok angielskiego, ale oczywiście nie jedyny. Jak większość tutejszych krajów składa się ona z etnicznej mozaiki ze swoimi tradycjami i językami. Najbardziej wpływowi są Kikuju, pochodzący z centrum kraju z okolic drugiej po Kilimandżaro góry Afryki – Mount Kenia. To oni walczyli z Brytyjczykami o niepodległość. Kikuju był też pierwszy prezydent niepodległej Kenii Jomo Kenyata. Także obecnie sprawują władzę, co boli część innych grup etnicznych, zwłaszcza konkurencyjnych Luo.
Symbolem turystycznej Kenii są Masajowie. Ich wioski i charakterystyczne ubrania widać w każdym folderze turystycznym i pewnie dlatego niespecjalnie mnie do nich ciągnie. Ale może to błąd bo to ciekawy lud, dość tradycyjny, choć na szczęście odchodzący od części swoich zwyczajów i wierzeń. Zgodnie z tradycyjną religią masajską Bóg na początku świata podarował wszystkie krowy Masajom. W związku z tym jeżeli nie-Masaj ma krowę, to znaczy, że ją ukradł i można mu ją odebrać. W ten sposób w spokoju sumienia Masajowie zajmowali się przez lata rabunkiem bydła sąsiednim plemionom.
Masajowie zdobyli sławę, natomiast niewiele wiadomo o pokrewnych im plemionach, tak podobnych w swoich zwyczajach i tradycyjnych ubiorach, że niemal nie do odróżnienia. Jak choćby mieszkający nieco bardziej na północ Samburu,, czy zupełnie na północy kraju Turkana. Ich pobratymców znaleźć można również po drugiej stronie granicy Ugandyjskiej (Karamojong) i sudańskiej (Teso). Wszyscy ubierają się w bardzo ładne szaty w kratę zbliżoną do szkockiej. Rozróżnić ich można po innych kolorach – np. Turkana ubierają się w kratę czarno-białą a Samburu czerwono-białą. Wszystkie trzy plemiona uznają też za stosowne deformować sobie uszy, co najwyraźniej uchodzi za szczyt elegancji. Tyle, że u Turkana dotyczy to całych uszu i tylko u kobiet, zaś u Samburu i Masajów tylko dolnych części uszu i dotyczy również mężczyzn.

Ale wróćmy do Suahili. „Prawdziwi” Suahili zamieszkują wybrzeże przyciągające zabytkami, ruinami średniowiecznych miast, oceanem i odstraszające nizinno-równikowym malarycznym klimatem. Kultura Suahili fascynuje swoją tajemniczością i średniowieczną cywilizacją. Oczywiście fascynuje to co pozostało, a nie to dzięki czemu niegdyś było świetnością. Wybrzeże zawdzięczało swoją gospodarczą świetność handlowi niewolnikami łapanymi w głębi kraju. Cała gospodarka oparta była do tego stopnia na niewolnictwie, że kiedy Brytyjczycy skutecznie zabronili handlu niewolnikami świat Suahili upadł. Jeszcze w ramach dekolonizacji kenijskie wybrzeże usiłowało wrócić do korzeni i ogłosić niepodległość, jednak młode państwo kenijskie nie pozwoliło na to, zapewniając sobie jednocześnie wyjście na ocean. Wyjście to symbolizuje jeden z największych portów w Afryce – Mombassa.

Rynek w Lamu

Rynek w Lamu

Niestety nawet w Mombasie nie znalazłem poszukiwanej książki. Ani nikogo, kto by ową książkę znał. Historia w ogóle wydaje się jedną z wielu miejscowych pięt achillesowych. Z jednej strony przyciąga się turystów sukcesywną renowacją imponującego starego miasta. Zachwyca ono orientalną architekturą Suahili z charakterystycznymi bogato rzeźbionymi drzwiami. Z drugiej strony nie można znaleźć żadnej publikacji czy broszury, która pozwoliłaby bliżej poznać remontowane budynki i zrozumieć więcej z tego co przekazują kamienie. To samo powtarza się w innych miastach jak w bajecznym Lamu – położonym na wyspie średniowiecznym mieście – państwie (dawny świat Suahili funkcjonował podobnie do starogreckich polis), w którym niema transportu kołowego i cały ruch do dzisiaj odbywa się na osłach. Profesjonalnej informacji brak na całym kenijskim wybrzeżu mimo fascynujących – miast widm, które przed wiekami stanowiły centra handlowe i kulturalne, potem obróciły się w zamieszkałe przez małpy, zarośnięte drzewami ruiny. Wygląda na to, że miejscowe władze nadal uważają, że turysta to taki co chce iść na plażę. Ewentualnie zrobić zdjęcie zabytków, ale wiedza mu po nic. Co by powiedział na to Salim bin Abakan?
W Mombasie, która jest nie tylko centrum handlowym ale i naukowym brak specjalistycznej literatury nawet w okolicy monumentalnego Fort Jesus wybudowanej przez Portugalczyków pod koniec XVI wieku obronnej cytadeli wsuniętej w Ocean, niemal nie zdobycia, która jednak padła pod naporem atakujących sułtanów, a być może i malarii w sto lat później.

Ruiny Gede

Ruiny Gede

Portugalczycy byli tu pierwszymi Europejczykami. W lipcu 1497 roku Vasco da Gama wylądował tu ze swoimi marynarzami 100 kilometrów bardziej na północ. W dzisiejszym Malindi. Niewielki monument upamiętnia miejsce, w którym zdecydował się przybić do brzegu i w gdzie nawiązał przyjazne relacje z sułtanem Malindi. Już w następnym wieku Portugalskie wyprawy były mniej przyjazne i doprowadziły do podporządkowania im regionu. Portugalczycy utrzymali się tu do początku XVIII wieku. . Następnymi Europejczykami byli już Brytyjczycy, i rywalizujący z nimi Niemcy. Ale miejscowa kultura nadal się rozwijała. Choć „złotym wiekiem” nazywa się podobnie jak w I Rzeczpospolitej wiek XVI, to niepodległe państwa-miasta istniały jeszcze w XIX wieku wchodząc z Europejczykami w taktyczne sojusze i zwalczając się niekiedy nawzajem. Cytadela w Lamu powstała dopiero w XIX wieku po zwycięskiej bitwie miejscowych oddziałów nad połączonymi siłami sąsiedniej Pate i Mombasy.

Malindi - miejsce przybycia Vasco Da Gamy w 1497 r.

Malindi – miejsce przybycia Vasco Da Gamy w 1497 r.

W równej mierze jak na handlu niewolnikami, kultura Swahili opierała się na żegludze. Miejscowi cieśle budowali niezłej klasy żaglowce. Mieszanka kultur zwiększyła zasięg miejscowych marynarzy, którzy do przybycia Europejczyków nie używali do produkcji statków gwoździ, gdyż jak wierzono, gdzieś na Oceanie Indyjskim znajdowała się magnetyczna góra, która mogła powyciągać gwoździe ze statku.
Tradycyjne jachty buduje się nadal, choć nie sprawdzałem, czy niema w nich gwoździ. Udało mi się odwiedzić prywatną przydomową „stocznię” na jednej z wysp. Po dłuższej podróży na ośle dojechaliśmy do zatoczki, przy której stała zagroda miejscowego gospodarza, parającego się zarówno budową od podstaw jak i remontami jachtów. Od maleńkich zatokowych, do sporych pełnomorskich, którymi wg zapewnień tam obecnych można przepłynąć ocean. Narzędzia używane przez „stoczniowca” najbardziej przypominały jakieś patyki i sznurek, ale patrząc na efekty jego pracy, należałoby wysłać do niego Mc Gyvera na szkolenie. Niewiele brakowało i kupiłbym któryś z produkowanych przez niego jachtów.
Powraca problem dostępu do tego co fascynujące. Kenia masowej turystyki to plaże i safari, a także wspomniane już wioski Masajów, gdzie zapewne niedługo nawet tradycyjne stroje będą Made in China. Jak ponoć już to się dzieje z ”góralskimi” ciupagami na Krupówkach. Dla podróżnika mniej folderowego brak oferty, której przegotowanie nie musi drogo kosztować. Dodatkowo sprawę komplikuje bezpieczeństwo dla osób, które niespecjalnie mają ochotę podróżować od hotelu do hotelu luksusowymi autokarami pełnymi klimatyzacji i ochroniarzy. W wielu miejscach naprawdę należy uważać, a chodzenie po zmroku po stolicy, nie tylko w slumsach to proszenie się o kłopoty. Mam na myśli bandytów, a nie tylko oszustów, od których ciężko się odgonić. W jednym z piękniejszych miejsc jakie widziałem dałem się naciąć w sposób przechodzący wszelkie wyobrażenia. Już mi się wydawało, że jestem sprytny i kiedy zafrasowany miejscowy zaczepił mnie na ulicy, że ma chore dziecko ale nie ma pieniędzy na lekarza powiedziałem sobie – sprawdź tym razem frajerze! I zaproponowałem wspólne pójście na nocny dyżur do pobliskiego szpitala. Dogadałem się z lekarzem, któremu zaufałem (to był błąd !) i czekałem aż „biedny” przyjdzie z dzieckiem. Przyszedł, choć wydawało mi się, że miał być to syn a była córka (przemyślenia post-factum – pewnie akurat dziewczynkę udało się o tej porze pożyczyć od sąsiadów). Lekarz nie zbadał ale postawił poważną diagnozę z drogimi lekarstwami… apteka czynna dopiero rano… pieniądze zostały u lekarza… Generalnie nie ma się czym chwalić. Ale lepiej być frajerem niż świnią – pocieszałem się, choć miałem chwilowo dość kontaktów z miejscową ludnością. W następnym dniu znalazłem lekarstwo na chorobę niechęci, zachodząc do szpitala dla osłów… Antidotum na niechęć stanowiła już pierwsza rozmowa z szefową, miejscową panią weterynarz, od której konował z nocnego dyżuru powinien uczyć się i profesjonalizmu i etyki. Wstępny kurs mycia i opatrywania ran pacjentom kliniki wzmógł też moją sympatię dla tych wyjątkowo miłych i inteligentnych – wbrew opinii – zwierząt. Po pani weterynarz przyszły rozmowy z pracownikami i jej rodziną. Znów nikt nie chciał ode mnie wyłudzić pieniędzy ! Wizyta w domu. Wizyta w sklepie jednego z nich w nieturystycznej dzielnicy, i rozmowy przy porcjowaniu cukru – nota bene chyba wzrosły im obroty, bo widok nowego egzotycznego „sprzedawcy” kaleczącego z za lady Suahili wzbudzał niejaką sensację. I wreszcie M. – młody chłopak o zaraźliwym optymizmie, pracujący ciężko przy obsłudze osłów i opowiadający z entuzjazmem o swojej fascynującej pracy. I o narzeczonej, z którą niedługo bierze ślub, jak tylko ona skończy szkołę w Mombasie. Jeden z tych, którzy szczęśliwi z tego co mają, potrafią ciężko pracować na przyszłość z całkiem realistycznymi planami. Nie mający niemal nic ale cieszący się z tego co ma i ze swoich planów. Na nikogo nie „oburzony” jak jego rówieśnicy urodzeni w zamożnych, europejskich rodzinach, ani nie proszący nikogo o litość. Taki jacy powinni być dwudziestolatkowie, którzy mają być przyszłością Kenii. Nie tylko Kenii. I oby byli. Choć wątpię…
No i jeszcze żebym znalazł książę Salima bin Abakana.

Południowy Sudan przed niepodległością

Publikowane w Tygodniku Powszechnym z 16.11.2010
http://tygodnik.onet.pl/31,0,55674,ostatnie_chwile_pokoju,artykul.html

Wersja rozszerzona:

WOJNA I CHOPIN

Południowy Sudan to państwo oficjalnie nieistniejące, ale mające swoją stolicę (w Jubie), swoje siły zbrojne, ministerstwa, administrację, przedstawicielstwa zagraniczne. Formalnie to autonomia, powstała wskutek porozumienia z 2005 r., podpisanego w Nairobi między rządem sudańskim w Chartumie a partyzantami z SPLA (Sudan Peoples Liberation Army). Mniej więcej tak jak Autonomia Palestyńska. Porozumienie to oficjalnie zakończyło wieloletnią wojnę między Północą a Południem. Oficjalnie, bo wszystko wskazuje na to, że w najbliższych miesiącach wojna wybuchnie na nowo.

Sudan 17

Sudan Północny i Południowy niewiele mają ze sobą wspólnego. A przynajmniej niewiele pozytywnego. Przez wieki arabska Północ traktowała czarne Południe jako rezerwuar niewolników. Niewolnicze karawany zapędzały się zresztą dalej, aż na terytorium dzisiejszego Konga. Proceder ukrócili dopiero europejscy koloniści, delegalizując handel niewolnikami. Belgowie w Kongu z handlarzami niewolników stoczyli wojnę – prawdopodobnie jedyną w historii wojnę belgijsko-arabską (jeśli nie liczyć wyprawy Godfryda de Bouillon z 1096 r., zwanej pierwszą wyprawą krzyżową).

Tak więc straszliwi koloniści przerwali piękny zwyczaj polowania na ludzi, jednak nie wykorzenili go. Po uzyskaniu przez Sudan niepodległości w 1956 r. obie części Sudanu, jako była kolonia brytyjska, automatycznie stały się jednym państwem – zgodnie z logiką terytorialnych absurdów, wynikających z rozwiązań kolonialnych. Jeszcze przed formalną niepodległością rozgorzała wojna, zwana na wyrost domową.

Na wyrost, bo ów dom to raczej dwie rodziny od wieków się nienawidzące, które na skutek najpierw kolonializmu, a potem dekolonizacji, otoczone zostały jednym płotem z napisem: „A teraz się rządźcie”.

Do podziałów etnicznych (Arabowie – czarni Afrykanie) dochodzi podział religijny: na Północy muzułmanie, na Południu chrześcijanie lub animiści, którym usiłowano narzucić szariat – restrykcyjne prawo religijne, obowiązujące w niektórych krajach islamskich. Można odnieść wrażenie, że ów podział religijny, tak uwypuklany w publikacjach, nie jest istotniejszy niż podział rasowy. Czarna ludność Darfuru traktowana jest przez rząd w Chartumie i wspierane przezeń milicje jak „podludzie” i materiał na niewolników, mimo że są to muzułmanie.

Czyli: element rasizmu wydaje się również jednym z najistotniejszych w tym konflikcie. Jednak z jakichś przyczyn o rasizmie mówi się zazwyczaj w kontekście Europy czy Ameryki. Może dlatego, że tam postrzega się go jako problem, podczas gdy w wielu innych miejscach świata traktuje się go jako coś naturalnego. I pozornie problemu nie ma.

Wraz z końcem kolonializmu i nawrotem odwiecznych konfliktów, teraz wyrażanych przy pomocy nowoczesnej broni, odżyło niewolnictwo. Handlarze niewolników napadali na wioski, mordowali, gwałcili, porywali dzieci i sprzedawali jako „służbę domową” na Północy. Proceder miał się dobrze jeszcze w latach 80. XX wieku. Niewykluczone, że istnieje nadal.

Lata wojen wpłynęły na rozwój czy właściwie niedorozwój kraju. Wojen nierównych, gdzie głównym celem ataku była ludność cywilna. Ataków tak wojska, jak rozlicznych milicji wspieranych przez wojsko. Również chyba najstraszniejszej w dziejach Afryki grupy fanatycznych rebeliantów ugandyjskich z Armii Bożego Oporu (LRA), którzy sadyzm – zwłaszcza wobec dzieci – podnieśli do rangi ideologii. Rebelianci ci przez dłuższy czas otrzymywali pomoc od rządu w Chartumie w zamian za terroryzowanie i destabilizację Południa. Ostatnie informacje wskazują, że takie wsparcie zaczęli znowu otrzymywać.

Do wojny dodać trzeba złożoną sytuację wewnętrzną. Południe jest jednolite, jeśli ma wspólnego wroga. Natomiast nie jest jednolite wewnętrznie. W Jubie, w urzędach, najczęściej słyszy się język Dinka. I właśnie plemię Dinka jest dominujące. Co nie znaczy, że innym się to podoba.

Po latach wojen trudno sobie wyobrazić sprawnie funkcjonujące społeczeństwo. Rozmawiając z pewną wysokiej rangi urzędniczką, wykazującą się – co jest tu rzadkością – profesjonalizmem i pracowitością, zapytałem, czy osoba, o której rozmawialiśmy, była badana przez psychiatrę i co ten powiedział. Okazało się, że w całym kraju nie ma psychiatry. W kraju, gdzie większość ludzi przeszła traumę, po której terapia wydaje się niezbędna. W kraju jest też niewiele dróg. I niewielu fachowców od czegokolwiek.

Sudan 3

Juba, stolica autonomii, była kilkutysięcznym miasteczkiem, które w ostatnich latach rozrosło się nagle do pół miliona mieszkańców. Z szaleńczymi cenami, windowanymi przez obecność wojsk ONZ i brak infrastruktury, o służbach komunalnych nie wspominając.

Niestety, ludność niewiele w tym mieście robi. Juba sprawia wrażenie, jakby większość jej mieszkańców nie pracowała. Nie znam statystyk, ale zauważyłem, że wśród taksówkarzy czy pracowników hoteli i restauracji niemal nie ma Sudańczyków. Większość to Ugandyjczycy i Kenijczycy. Pytałem ich, dlaczego tak się dzieje. Twierdzili, że Sudańczycy nie chcą pracować. A może nie potrafią, cierpiąc na „wyuczoną bezradność” i „mentalność niewolniczą” (znaną choćby z pokołchozowych terenów b. ZSSR). A ktoś podpowiedział, że ponoć nie muszą pracować, bo niedawno odkryto złoża ropy i niedługo wszyscy będą bogaci…

Na razie zapowiadanego bogactwa nigdzie nie widać. Juba jest nieciekawa, nieprzyjazna. Zaczynając od nieprofesjonalnych urzędników, choćby (zwłaszcza?) najwyższego szczebla, przez chore ceny i niemożność załatwienia czegokolwiek. Hotel z sensowniejszymi cenami, ale też idącymi w kilkadziesiąt dolarów za noc, w internecie wyglądał sympatycznie. W rzeczywistości spało się w blaszanych bungalowach. I niechętnie z nich wychodziło, bo chroniły jako tako przed potwornym smrodem. Hotel położony był między rzeźnią, oczywiście niesprzątaną, i cmentarzem, który służył też jako ubikacja dla pobliskich slumsów.

Ale również w Jubie mogło zdarzyć się coś, co wprawi w (miłe) osłupienie. Miotając się między nieudanymi spotkaniami, podczas których nikt nic nie wiedział, nie potrafił pomóc, nie umiał etc., trafiłem do baru prowadzonego przez dwóch Greków. Włączyłem laptopa, by skorzystać z internetu i zamówiłem coś do picia. Właściciele byli sympatyczni, a z głośników dochodził blues, którego w Afryce trudno uświadczyć. Okazało się, że nie tylko raz w tygodniu w barze są wieczory jazzowe, ale Grecy właśnie montują zespół jazzowy, w którym pierwsze skrzypce ma odgrywać były żołnierz orkiestry wojskowej.

Jubijską ponurość osłabił przyjemny surrealizm sytuacji. Ale nie to było najciekawszym elementem. Właściciel zapytał o moją narodowość. Usłyszał odpowiedź i zaczął gmerać przy komputerze. Chwilę później w pomieszczeniu zabrzmiały polonezy Chopina. Nigdy Chopin nie podobał mi się tak jak w tej chwili. Do Poloneza zabrakło jedynie Mazurka… podanego na talerzyku, do kawy.

Ale wróćmy do rzeczywistości. Czyli – do ropy. To jej złoża, odkryte w Południowym Sudanie, są jednym z powodów, dla którego należy się spodziewać nowej wojny. Bo Północ zapewne nie będzie chciała oddać ich Południu. A Północ to nie tylko wojsko i Janjaweedzi oraz Armia Bożego Oporu. To jeszcze międzynarodowe wsparcie Chińskiej Republiki Ludowej, dysponującej dużą ilością amunicji (dociera ona sprawnie nie tylko do Chartumu, ale nawet do objętego embargiem ONZ Darfuru), jak również prawem weta w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Eksperci oceniają, że do 90 proc. broni małego kalibru w Sudanie to produkcja chińska – w tym, powtórzmy, w objętym sankcjami ONZ Darfurze. Używają jej wszyscy: i zwolennicy, i przeciwnicy Chartumu.

Niedawno, w październiku, postawa Chin niemal storpedowała raport ONZ-owskich śledczych, którzy w Darfurze znaleźli m.in. chińską amunicję – mimo że nie zarzucili oni Chińczykom celowego łamania embarga, a tylko niedopełnienie należytej staranności. Część raportu zapewne nie ujrzałaby światła dziennego, gdyby nie przecieki do prasy „z kręgów dyplomatycznych” (dobrze, że nie wszędzie prasa funkcjonuje tak jak w Chinach i Sudanie).
Wracając do ropy: kłopot polega na tym, że największe jej złoża położone są w Sudanie… No właśnie, oficjalnie nie wiadomo, w którym. Odpowiedź zależy od tego, czy pytanie zada się na Północy, czy na Południu. Odkryto je bowiem w regionie Abyei, położonym dokładnie pośrodku – i do dziś nie wiadomo, do kogo będzie on należeć. Chwilowo ma „specjalny status administracyjny”, a jego przynależność rozstrzygnąć ma 9 stycznia 2011 r. plebiscyt.

Wprawdzie większość mieszkańców Abyei stanowią Dinka, lojalni wobec Południa. Ale spora mniejszość to arabskojęzyczni nomadzi z plemienia Misseriya, lojalni wobec Północy. Oni już straszą zbrojnym oporem, gdyby ich prawa nie zostały uwzględnione. A prawa te to przede wszystkim głosowanie w nadchodzącym plebiscycie. Tyle że Misseriya, będący nomadami, pojawiają się w regionie ze swoimi stadami na kilka miesięcy w roku. A Południe uważa, że głosować mogą tylko stali mieszkańcy. Ci zaś pamiętają o popełnianych na nich przez Północ masakrach…

Sprawa przynależności terenów roponośnych staje się coraz bardziej paląca – chciałoby się rzec: gardłowa… – tym bardziej że w styczniu na Południu zaplanowane jest referendum w sprawie niepodległości Sudanu Południowego.

Juba już teraz żyje referendum, choć jego wynik nie budzi wątpliwości: dla wszystkich jest oczywiste, że mieszkańcy zagłosują za niepodległością. Niby oczywiste jest również, że Północ powinna zaakceptować każdy jego wynik: referendum zostało w końcu uzgodnione z rządem w Chartumie. Ale teraz, nagle, od paru tygodni, słychać głosy z Chartumu, że z tym referendum to jednak nie do końca tak, że warto jeszcze porozmawiać… Oczywiście, Południe rozmawiać nie będzie chciało.

Tymczasem wypierane z Konga i Republiki Środkowoafrykańskiej oddziały Armii Bożego Oporu, napędzane sadystycznym obłędem swego lidera, znajdują schronienie w kontrolowanym przez Północ Darfurze. Zaczynają współdziałać z sudańskimi Janjaweedami, których dowódca Ahmad Haroun, ścigany międzynarodowym listem gończym, został w 2008 r. mianowany… ministrem ds. humanitarnych.

Wszystko razem wskazuje na to, że kolejna faza strasznej wojny sudańskiej, niesłusznie zwanej domową, to prawdopodobnie kwestia najbliższych miesięcy. A może nawet tygodni.

Sudan 7

Na szczęście przewidywania artykułu co do rozwoju sytuacji nie potwierdziły się. Jednak konflikt z Północą tli się nadal, co jakiś czas doprowadzając do walk. DO tego dochodzą walki wewnętrzne.

Handel bronią

Publikowane w Tygodniku Powszechnym z 22.05.2012:
http://tygodnik.onet.pl/31,0,75905,francuski_lacznik,artykul.html

FRANCUSKI ŁĄCZNIK

Kiedy nowojorski sąd skazał niedawno na 25 lat więzienia Rosjanina Wiktora Buta, odnotowały to wszystkie światowe media. Najsłynniejszy handlarz bronią, który przez lata zbliżone do wysokości obecnego wyroku uciekał przed wymiarem sprawiedliwości, wreszcie trafił za kratki. Choć film z Nicolasem Cage’em pt. „Pan życia i śmierci”, dzięki któremu pierwowzór bohatera stał się sławny, jest dość infantylny i niewiele ma wspólnego z rzeczywistością globalnego handlu bronią, dzięki niemu But stał się znany nie tylko tym, którzy jego osobą interesowali się – nazwijmy to – zawodowo.

Sporo rozgłosu spowodowało też skazanie w 2009 r. w USA innego światowego potentata, który zaopatrywał nielegalnie w broń cały świat – mieszkającego w Hiszpanii Syryjczyka Monzera Al-Kassara. Interesującego również ze względu na polski akcent w jego działalności – na początku lat 90. Al-Kassar prowadził swoje biznesy wspólnie z osobami powiązanymi z wojskowymi tajnymi służbami wolnej już Polski (sprawa niestety nie znalazła finału w polskim sądzie).

Obaj skazani byli sławni, lecz oczywiście nie działali w próżni. Media, jak to media – cieszą się krótkim „newsem”. Natomiast olbrzymi nielegalny przemysł „handlu śmiercią” istnieje nadal. Z oczywistych przyczyn – rynkowych – koncentruje się głównie w regionach ogarniętych konfliktami, choć niektóre z nich są już tak nasycone bronią, że przestaje to być opłacalne. Zwłaszcza od momentu, gdy afrykańskie rynki zbytu zalała tania broń z Chińskiej Republiki Ludowej.

Podstawowa działalność nielegalnych handlarzy polega na dostarczaniu broni – a także części zamiennych oraz usług w postaci szkolenia – do krajów objętych embargiem ONZ. Sankcje nakłada Rada Bezpieczeństwa, zarówno na państwa, jak i na konkretne osoby, głównie w związku z rażącym naruszaniem praw człowieka. Przy czym „naruszanie praw człowieka” jest eufemizmem, określającym wyjątkowe bestialstwo wobec własnych obywateli. Wyjątkowość musi być dobrze udokumentowana – choć nawet wówczas niełatwo przepchnąć taką decyzję przez Radę Bezpieczeństwa, gdzie stałymi członkami z prawem weta są tacy specjaliści od praw człowieka jak Chiny czy Rosja. Ta ostatnia zablokowała ostatnio embargo na dostawy broni dla władz Syrii – skądinąd wiadomo, że sama obsługuje (albo przynajmniej do niedawna obsługiwała) reżim w Damaszku na wielką skalę.

Embargo dla każdego z krajów nim objętych jest monitorowane przez mniej lub bardziej niezależnych ekspertów, publikujących co roku raporty ze swojej działalności. Raporty niejednokrotnie pokazują, jak dziurawy potrafi być system sankcyjny – i jakie pieniądze można zarobić, łamiąc embargo. Niektóre kraje, jak Jugosławia czy Białoruś, są stałymi „bohaterami” raportów, niezbyt się tym przejmując. Pojawienie się nazwisk czy firm z krajów Unii Europejskiej – czy szerzej: z „kręgu zachodniego” – budzi jednak zrozumiałe emocje.

Osobną sprawą jest, na ile państwa te reagują na publikacje. Zdarzało się jednak, że raporty doprowadzały do wszczynania procedur karnych – np. we Francji i w Niemczech przeciwko Rwandyjczykom kierującym terrorystami z organizacji FDLR działającymi na terenie Konga
Pod koniec kwietnia tego roku Rada Bezpieczeństwa ONZ opublikowała kolejny roczny efekt pracy ekspertów monitorujących międzynarodowe embargo nałożone na Wybrzeże Kości Słoniowej. Sankcje wprowadzono w związku z zachowaniem miejscowego dyktatora Laurenta Gbagbo; po krwawych zamieszkach, jakie nastąpiły po wyborach w 2010 r., stracił on władzę i obecnie przebywa w areszcie Międzynarodowego Trybunału Karnego w Hadze.

Przez lata eksperci Komitetu Sankcyjnego mieli ograniczony dostęp do danych władz Wybrzeża Kości Słoniowej – dopiero właśnie po upadku Gbagbo stał się on możliwy. Ponadto wśród pracujących przez ostatni rok ekspertów znaleźli się tacy, których doświadczenie i mentalność bardziej pasowały do ideowo nastawionego policjanta niż dyplomaty. Efekty widać w opublikowanym właśnie raporcie.

Raporty mało kto czyta, ale jego skutki odczuć mogą zainteresowani. Nie tylko dlatego, że być może Rada Bezpieczeństwa, składająca się z dyplomatów i często oderwana od rzeczywistości, może teraz rozszerzyć sankcje na osoby wymienione w raporcie (co skutkuje zakazem podróży i zamrożeniem aktywów). Być może raport zmusi też kilka państw do wszczęcia śledztwa na swym terytorium – a dwa z nich należą do Unii Europejskiej. To Francja i Łotwa, których obywatele i firmy odgrywały rolę pierwszoplanową w nielegalnym eksporcie broni do objętego embargiem Wybrzeża Kości Słoniowej. Broni, którą dyktator zabijał później swoich obywateli.

Autorzy raportu ONZ ustalili, że pierwsze skrzypce w organizacji tego procederu grał Francuz: Frédéric Lafont, były żołnierz Legii Cudzoziemskiej, o którym w kontekście handlu bronią mówiono od dawna. Jakiś czas temu objęła go nawet sankcjami Unia Europejska, lecz po interwencji prawnika Lafonta zdecydowano się wykreślić go z listy, w związku z brakiem wystarczających dowodów.

Dziś dowodów nie brakuje. Według raportu ONZ Lafont, związany z władzami dawnego reżimu Wybrzeża, eksportował tam wszystko – od pistoletów przez granaty po silnik helikoptera. Organizował też szkolenie prezydenckich sił specjalnych, które masakrowały obywateli w czasie powyborczej wojny domowej w 2010 r. Na zlecenie Lafonta szkolenie prowadził emerytowany pułkownik francuskiej żandarmerii Jean-Grégoire Charaux, obecnie związany z firmą zarejestrowaną w Abidżanie, a kontrolowaną przez innego wojennego przestępcę gen. Anselma Seke Yapo (dziś w więzieniu). To były przyboczny obalonego prezydenta, związany z siatką przemycającą broń, powiązaną z kolei z władzami sąsiedniej Gwinei.
Działalność Lafonta ułatwiała nie tylko sieć firm – porozrzucanych po Wybrzeżu, Tunezji i… Łotwie – należących do niego samego i jego znajomych, lecz również (co upodabnia go do Wiktora Buta) własne linie lotnicze Sofia Airlines, zarejestrowane w Abidżanie na jego żonę Louise Kodo. Ostatnią misją tych linii było wywiezienie archiwów Lafonta; ich ślad urywa się w niedalekim Togo.

Owa sieć firm miała zapewne zgubić ewentualnych śledczych (jak widać bezskutecznie); dochodziło do tego, że jeden mail obsługiwał dwie pozornie odrębne spółki. Lafont reprezentował też na Wybrzeżu Kości Słoniowej kilka francuskich firm – i właśnie z Francji sprowadził nielegalnie silnik do helikoptera i sprzęt komunikacyjny.

Również firmy z innego kraju Unii Europejskiej – Łotwy – wydają się odgrywać wiodącą rolę w przestępczym procederze na Wybrzeżu. Znowu powiązania osobiste łączą się z udziałami żony Lafonta w łotewskich firmach, jak choćby w Atlantis Corporation z Rygi, zarządzanej przez dwóch obywateli tego kraju, z których przynajmniej jeden zdaje się być związany z łotewską polityką. Ich zaangażowanie wynika nie tylko z dokumentów firm. W odkrytym przez oenzetowskich śledczych mailu jeden z tych szefów tak pisze do wspomnianego generała Yapo: „Kwestie militarne. W zeszłym tygodniu spotkałem się ze starymi przyjaciółmi, którzy siedzą w tych interesach od 15 lat. Są bezpośrednimi eksporterami dwóch fabryk na Ukrainie i w Rosji. Gotowi do współpracy i wysyłania ładunków do Afryki (…) Mają konta bankowe w Rydze”.

W ten sposób przestępcy z Afryki poprzez Łotwę mieli dotrzeć do przestępców z byłego Związku Sowieckiego – jak w jednej globalnej rodzinie.

Czy przynajmniej państwa unijne wymienione w raporcie ONZ potraktują sprawę poważnie?