Archiwa autora: pawelleski

O pawelleski

PAWEŁ LESKI – Entuzjasta podróży i poznawania innych kultur. Pracował m.in. w państwach Afryki Wschodniej. Od 2009 roku stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”.

BYŁA AFERA – JEST CISZA

Cieszę się, że Jerzy Zelnik postanowił skarżyć Kubę Wojewódzkiego. Choć boję się, że przy pobłażliwości polskich sądów dla celebrytów znowu Wojewódzkiemu się upiecze. Tak jak w przypadku polskiej flagi w psich odchodach czy „żartów” na temat gwałcenia Ukrainek. Po tych dwóch „prowokacjach” (jak zwykło się u nas nazywać zwykłe chamstwo) nie tylko nikt go nie skazał, ale rzesze osób podają mu rękę, oglądają, przyjmują zaproszenia do jego ćwierćinteligenckich programów. No, Duda nie przyjął. Całe szczęście – nie dlatego, że jest Dudą, ale dlatego, że jest Prezydentem i dbanie o minimum powagi dla sprawowanego przez siebie urzędu jest jego obowiązkiem.

Ale wracając do sprawy Zelnika. Z dużym, ale miłym zaskoczeniem przeczytałem artykuł Grzegorza Sroczyńskiego w Gazecie Wyborczej Przeprosić Zelnika (http://wyborcza.pl/1,75968,19041688,przeprosic-zelnika.html?disableRedirects=true). Przynajmniej jeden zachował się przyzwoicie i nie dołączył do stada moralnych autorytetów idących w zawody kto wymyśli gorszy epitet pod adresem aktora. Najczęściej padało słowo „donosiciel”.

Pojawiały się przymiotnik „stalinowski”, „ubecki”. „Jerzy Zelnik w pełnej krasie szmaciarstwa i kapusiostwa” – pisał Zbigniew Hołdys. „Nie wiem, czy to głupota, brak inteligencji, zazdrość zawodowa czy jednak opętanie. A może jednak posunięte do granic cwaniactwo” – pisała pewna dziennikarka. To tylko próbka. Na wyżyny analizy politologiczno-psychologicznej wzniosły się damy, które w TV znęcały się nad aktorem, którego głównym przewinieniem jest to, że nie podziela poglądów politycznych większości show-biznesu. Może jeszcze to, że jest praktykującym katolikiem. No może jeszcze to, że zamiast uganiać się za dziewczynami, czy chłopcami i robić z tego lans przeżył większość dorosłego życia ze swoją żoną. W telewizyjnym „seansie nienawiści” padło nawet odkrywcze stwierdzenie o tym jak to wspierana przez Zelnika partia robi z ludzi donosicieli.

Bardziej niż na wyrok sądu czekam na to, czy ci wszyscy ludzie zdobędą się na „przepraszam”. Wątpię…

Z WARSZAWY DO KRAKOWA

Cieszę się gdy mogę dojechać szybko z Warszawy do Krakowa. Cieszę się, gdy pociąg jest czysty i cichy. Choć w kraju od 10 lat będącym członkiem Unii Europejskiej czystość powinna być tak normalna, że niemal niezauważalna. Cieszę się, że jadę pustym niemal pociągiem i mogę wybierać miejsca nie patrząc na to, co mam napisane na bilecie…

No właśnie – przy tym ostatnim mam już mieszane uczucia. Bo puste jest z jakiegoś powodu. Pewnie z tego, że bilet kosztuje 150 złotych, a na jadące 20 minut dłużej TLK tylko 60. Co prawda w ramach promocji Pendolino drastycznie ograniczono ilość kursujących TLK, ale to raczej powoduje tłok w tych ostatnich niż likwiduje pustki w Pendolino.  Bilet jest drogi, bo też inwestycja była droga. Cóż wybrano wg kryterium ceny, jak to w przetargach, tylko z jednym ale. Odnoszę wrażenie, że kierowano się wysokością ceny, a nie jej niskością. Wszak można było kupić polskie pociągi, których jakość nie ustępuje chyba europejskim standardom, skoro kupują je… Niemcy. Na dodatek pieniądze zostałyby w kraju, a rząd dołożyłby sporą cegiełkę do walki z bezrobociem. Kupiliśmy włoskie – droższe ale za to ładnie z włoska brzmiące. Nasuwające skojarzenia nie tylko z włoskim językiem ale również aferami korupcyjnymi, jakie były udziałem producenta. Czy to również aspekt naszego wyboru? To może kiedyś ktoś wyjaśni ale podejrzenia nasuwają się same, bo sensu inwestycji nie widać. Absurdalne tłumaczenie, że „Pendolino może jechać szybciej” raczej wskazuje na maskowanie braku argumentów. Bo NIE MOŻE po polskich torach i jeszcze długo nie będzie mogło.

Natomiast za 150 złotych w jedną stronę (to fakt, że z klimatyzacją, co przy obecnym klimacie jest atutem, który jednak stare polskie ekspresy też miały) mam ładnie wyglądający wagon z najmniej wygodnymi siedzeniami jakie spotkałem w polskich pociągach. Kubełkowe siedzenia wyprofilowane są w pozycję niemal embrionalną ustawiającą plecy w pozycji półkolistej – odwrotnej do naturalnych krzywizn zdrowego kręgosłupa. Jeśli ktoś już i tak z plecami ma problemy, to po ponad dwóch godzinach w Pendolino ich pogorszenie ma gwarantowane. Zwłaszcza jak posiedzi przy komputerze do którego na stolik z siedzenia ciężko sięgnąć nie prostując rąk przy wygiętych jednocześnie w pałąk plecach. Wyciągniętych do komputera, w którym miał nadzieję znaleźć Internet. Ale nie! Za 150 złotych Internetu nie będzie! W zamian za to zainwestowano spore pieniądze w 13 monitorów na wagon, które serwują idiotyczne filmiki bez głosu (na szczęście) i pasjonujące hasła w stylu :”Czy wiesz ilu pasażerów patrzy teraz w monitor?”

Nie wiem proszę państwa i mało mnie to obchodzi. Natomiast zasięg Internetu i komfortowa jazda, w dodatku za mniejsze pieniądze i przy jednoczesnym tworzeniu miejsc pracy w Polsce obchodzi mnie bardzo. Jak pewnie nas wszystkich. Może za wyjątkiem tych, którzy na tej absurdalnej decyzji zarobili.

MIĘDZY RACJĄ A CHAMSTWEM

Są chwile, w których to, kto ma rację nie jest najistotniejsze. Niemal nigdy nie jest to jedynym istotnym czynnikiem. Cywilizowane zachowanie, czy mówiąc dosadnie brak zachowań chamskich też jest istotne. Waga zachowania wzrasta w sytuacjach i miejscach szczególnych, wymagających okazania ponadprzeciętnej kultury i powagi. Są takie miejsca, są takie rocznice…

Mam skrajnie negatywną opinię o ustępującym Prezydencie. Mam skrajnie negatywną opinię, o ustępującej (mam nadzieję) Pani Premier. Niemniej gwizdanie na ich widok na cmentarzu, na powstańczych uroczystościach uważam za zwykłe chamstwo i dowód, że gwiżdżący są zwykłymi smarkaczami – nawet jeśli są w podeszłym wieku.

Czuję zażenowanie, kiedy politycy starają się takie chamstwo usprawiedliwiać, zamiast nazwać po imieniu. Albo – jeszcze lepiej – zamiast starać się do niego nie dopuścić. To nie pan „Y”, czy pani „X” składają kwiaty – to Premier, Prezydent , Minister wybrany przez Naród w demokratycznych wyborach. Też mierzi mnie ten wybór – ale należy go uszanować i stronić od chamstwa.

Próba usprawiedliwiania chamstwa i agresji (wiem, wiem po drugiej stronie też jest agresja, ale co to ma do rzeczy) w wykonaniu polityka środowiska konserwatywnego jest szokujące znacznie bardziej niż w innym środowisku. W końcu gdzie jak nie wśród konserwatystów oczekiwać należy dobrego wychowania i szacunku dla miejsc pamięci? A tu proszę – profesor Gliński stara się usprawiedliwiać zachowanie profanujące cmentarz i Powstanie Warszawskie. Gdyby to był Palikot… ktoś ze środowiska Krytyki Politycznej… wtedy bym się nie dziwił.

Panie i Panowie – dajcie na wstrzymanie. Przecież Wasza popularność wyrosła na walce z chamstwem i przemocą – dawno, dawno temu, kiedy Lech Kaczyński był jeszcze Ministrem Sprawiedliwości. Nie zapominajcie o tym.

Zresztą poza aspektem moralnym i estetycznym jest jeden bardzo praktyczny – każdy taki numer ogranicza ilość osób, które wcześniej niezdecydowane, mogą zostać Waszymi wyborcami. Liczenie na to, że wszyscy zacisną zęby i powiedzą : „bez względu na cokolwiek trzeba ratować kraj i głosować na kogokolwiek byle przeciw PO” może zawieść. Wielu ludziom paskudne obrazki zapadają w pamięć bardziej niż dziesiątki bezkarnych afer, „gierkowskie” długi, niszczenie wojska i służb, kumoterstwo i to wszystko czego tak mamy dość w naszym „państwie teoretycznym”.

Przemyślcie to proszę. „Estetyka może być pomocna w życiu” – jak pisał Herbert. Ja Wam naprawdę dobrze życzę…

EWA KOPACZ JAK BOLESŁAW CHROBRY

Rząd postanowił powrócić do źródeł. Do początkowych sukcesów państwa.

Zaczęto od modelu zarządzania. W czasach pierwszych Piastów nie było stałego geograficznego ośrodka władzy i książę był cały czas w podróży. Objeżdżał swoje włości i wszystkiego sam doglądał w każdym zakątku księstwa. W ten sposób utrzymywał jedność kraju i kontakt z poddanymi. Ani książę, ani poddani nie jeździli co prawda pociągami, za którymi podążają puste limuzyny i samoloty, lecz końmi, z mniej nowoczesnym orszakiem. Ale to detal – też drogo kosztowało.

Powrót Polski do praźródeł uwidocznił się w pełnej krasie podczas wyjazdowego posiedzenia całego dworu, przepraszam – rządu, na Śląsku. Oferta inwestycyjna, oraz rządowe priorytety, parytety i parapety dotyczące województwa łódzkiego ogłoszone zostały przez księżną w samej Łodzi. Z Warszawy głosu by nie doniosło, o rozstawnych koniach nikt nie pomyślał. No i jak tu  inaczej Łódź czy Katowice powiadomić o tym, co ich dotyczy?

Ta tendencja widoczna była już za panowania księcia Donalda. Ów jeździł głównie po rozlicznych katastrofach i powodziach. Oczywiście nie po to, żeby odciągać od swoich zadań policję i przeszkadzać ratownikom przedkładając nad życie i zdrowie ratowanych własną popularność. On, jak to kiedyś wyjaśnił, musiał przekonać się na miejscu jaka jest sytuacja. Z czego wynika, że nie miał – podobnie jak pierwsi Piastowie – żadnych nowoczesnych służb umożliwiających orientowanie się w tym co się w państwie dzieje. Dobrze, że nigdy nic nie wydarzyło się w dwóch miejscach jednocześnie.

Raz nawet raczył książę Donald sam wziąć łopatę i umacniać wały przeciwpowodziowe. Z tego wynika, że również on wzorował się na czasach przedjagiellońskich. Wszak już Jagiełło dowodził bitwą pod Grunwaldem z pobliskiego pagórka, co umożliwiało mu kontrolowanie wszystkich działań. Nie pchał się z mieczem do szeregów. Ale może Jagiełło miał na dworze lepszych doradców od zarządzania, a gorszych od „piaru. No i nie dysponował telewizją.

Wszystko to jedynie powrót do Polski piastowskiej, a nie wyciąganie kolejnych pieniędzy z budżetu na kampanię wyborczą, którą winno się finansować z funduszy partyjnych.

Nie mam żadnych wątpliwości.

Czy nadal jesteśmy sojusznikami?

Kluczowym sukcesem Władimira Putina, wydaje się powolne rozbijanie Sojuszu Północnoatlantyckiego. W 25 lat po końcu Zimnej Wojny, po naiwnym stwierdzeniu, że przynajmniej w Europie „historia się skończyła” Sojusz trzeszczy w szwach, a wojna jest coraz bliżej jego wschodnich granic. Pytanie czy nadal jesteśmy sojusznikami jest coraz bardziej uprawnione w ustach Estończyków, Łotyszy, Litwinów, czy Polaków. Należy je zadać szczególnie najsilniejszemu z europejskich sojuszników – Francji. Francja zgodnie z artykułem 5 Traktatu zobowiązuje się do aktywnej obrony w wypadku ataku na kogokolwiek z nich. Ale czy wschodnie narody Sojuszu mogą w to wierzyć, jeżeli ich teoretyczny sojusznik sprzedaje na potęgę broń potencjalnemu agresorowi? Owa agresja jest coraz bardziej prawdopodobna. Przykład Ukrainy pokazuje, że nie będzie to wojna wprost. Raczej rzekomy bunt mniejszości narodowych, których w państwach bałtyckich nie brakuje. Przy uderzeniu na Polskę też znajdą się pewnie jakieś „zielone ludziki” bez dystynkcji, z wcześniejszym doświadczeniem na Krymie czy w Donbasie. Z doświadczeniem obejmującym świadomość, że choćby cały świat wiedział, że są to zawodowi żołnierze rosyjscy, w rosyjskich czołgach i z nowoczesnymi rosyjskimi rakietami, to osoby pokroju Hollanda czy Sarkozyego będą nadal bredzić o „separatystach” i „wojnie domowej”. Swoim zwyczajem będą mówić, że „pada deszcz” na kolejnych konferencjach prasowych, na których Rosjanie będą pluć im w twarz. Ostatnia konferencja w Mińsku i to co się po niej dzieje jako żywo przypomina konferencję monachijską w 1938 roku. Prezydent Hollande wykazał się ignorancją historyczną niestety dość charakterystyczną dla absolwentów postępowych europejskich szkół, w których obrazki Power Point zastępują wiedzę i myślenie. Powiedział, że „przywiózł pokój”. Zupełnie jak Chamberlain po konferencji monachijskiej. Churchill skomentował wówczas – „Mieli do wyboru wojnę lub hańbę, wybrali hańbę, a wojnę będą mieli i tak”. O honorze Hollanda szkoda nawet napomykać. Dalsza część komentarza, ta o wojnie jest prawdopodobna. Do czego prowadzi ustępowanie szaleńcowi marzącemu o imperium, pokazała historia po konferencji monachijskiej. Analogie historyczne dotyczące zdrad sojuszników drażliwe są szczególnie dla Polaków. Doświadczenie tych zdrad w XX wieku kosztowało Polskę między innymi jedną trzecią ludności i 50 lat niewoli. W 1939 roku Francuzi też byli sojusznikami. Po napaści przez Hitlera na Polskę zrzucili na Niemcy… ulotki. Jednak wtedy nie dostarczali Hitlerowi broni. Obecnie eksport broni ofensywnej trwa w najlepsze. Dzięki naciskowi zewnętrznemu i protestom samych Francuzów zawieszono chwilowo najważniejszy z kontraktów – ten na Mistrale. Ale mało kto wie, że równolegle stocznie francuskie budują dla Rosjan łodzie desantowe. Właśnie podpisano francusko-kazachski (czyli z dostępem dla Rosjan) projekt budowy podwodnych dronów. Rosyjskie czołgi niedługo zostaną wyposażone w super nowoczesne systemy zakupione we Francji. Te systemy na polu bitwy zapewnią im przewagę nad czołgami Polski czy krajów bałtyckich, o których zniszczeniu rosyjscy politycy mówią otwartym tekstem. Z francuskim sprzętem i pewnością bezruchu sojuszników niedawne deklaracje Rosjan, że „dojdą do Warszawy w jeden dzień” brzmią szczególnie złowrogo. Nie widzę, żeby w krajach zachodnich uzbrajanie Rosji w broń ofensywną powodowało obiekcje polityków – choćby takie jak kilka lat temu, kiedy Polska negocjowała amerykańską tarczę antyrakietową – broń defensywną nie zagrażającą nikomu, kto nie chce jej zaatakować. Jednocześnie Francja – główny producent broni, z której być może w niedalekiej przyszłości ktoś zabije mnie i tysiące moich rodaków stara się, jak gdyby nigdy nic, o obronny „kontrakt stulecia” w Polsce. Do zarobienia 10 miliardów euro. Przy tradycyjnym frajerstwie Polaków doprawionym umiejętnym lobbingiem i łapówkami Francja może wygrać z głównym konkurentem z Ameryki, mimo równoległego dozbrajania potencjalnego agresora. W tej sytuacji uprawnione wydaje się pytanie – czy kody źródłowe francuskiego sprzętu sprzedanego Polsce przekazane zostaną również Putinowi? Dlaczego nie? Przecież biznes jest biznes. Nikt nie chce stracić możliwości zarobku… nie mówiąc o „umieraniu za Gdańsk”…

 

Wersja francuska:

https://www.facebook.com/pawel.leski.7

Powiązany wpis:

http://pawelleski.blog.pl/2014/08/29/jestem-europejczykiem-i-jest-mi-wstyd/

 

Wersja francuska:

https://www.facebook.com/notes/pawel-leski/je-suis-europ%C3%A9en-et-jen-ai-honte/344639135714256

Rozum po kolei

 

Ulegając licznym sugestiom, postanowiłem pójść po rozum do głowy. Byłem mniej więcej w połowie drogi, kiedy poczułem zmęczenie. Przechodziłem akurat koło dworca.

– Czemu nie pojechać pociągiem? Czy muszę chodzić? – pomyślałem

Podszedłem do kasy biletowej.

– Poproszę jeden cały do… – zawahałem się.

Kasjer popatrzył pytająco.

– Znaczy wie pan, chodzi o to – zacząłem się plątać – że szedłem po rozum do głowy i pomyślałem, że mógłbym pojechać pociągiem. Czy jest jakieś połączenie?

– Czy jest połączenie? – ucieszył się kasjer – Z tym pytaniem proszę zwrócić się do informacji!

Odnalazłem okienko informacji i zacząłem od nowa wyłuszczać temat. O rozumie, o głowie.

– Znaczy właściwie o co chodzi? – spytała pani z informacji – Po co pan tam jedzie, to nie moja sprawa. Ale jeśli do głowy to proszę sprecyzować gdzie ta głowa jest i ja wtedy sprawdzę.

– No właśnie… – zająknąłem się – Chyba zgubiłem wątek…

– A! – ucieszyła się pani z informacji – Jeśli zgubił pan wątek, to najpierw proszę zgłosić się do dworcowego Punktu Rzeczy Znalezionych. Tam na pewno panu pomogą. Gdyby chodziło o kradzież, to komisariat dworcowy. Ale jak wątek zgubiony to tylko tam.

Poszedłem we wskazane miejsce.

– Zgubiłem wątek – oświadczyłem.

– Jaki? – spytano

– Logiczny. Konwersacyjny. Dialog przestał się kleić, przez co nie mogę kupić biletu i pojechać po rozum do głowy.

Za ladą poszperano po jakichś zeszytach.

– Nie mamy – stwierdzono kategorycznie – takich wątków nie mamy. Jest jeden ale literacki. W dodatku podpisany nazwiskiem żeńskim, więc na pewno nie pana. A co do dialogu, to może pan kupić klej w kiosku.

– Nie mamy – powiedział kioskarz – Mamy klej do papieru i do plastiku. Do dialogów nie mamy. Nie wiem czemu przestał się kleić. Nie bierzemy odpowiedzialności za przedmioty niezakupione w naszym kiosku.

– No to mi pan zabił klina – mruknąłem

– Co????????? – wrzasnął – To jest insynuacja! Pomówienie! Ja nawet nic nigdy nie ukradłem a pan mnie oskarża o zabójstwo!

– Co tu się dzieje? – zapytała policjantka, która przybiegła słysząc krzyki? – Panie Józiu co się stało? Znowu jakiś pijak się awanturuje? – spytała kioskarza.

– To metafora… – zacząłem się bronić

– Nie żadna meta tylko dworzec kolejowy! – ryknęła policjantka – A fora to ze dwora! Znaczy z dworca!

Pośpiesznie wyszedłem na zewnątrz. Postanowiłem zrezygnować z usług kolei.

– Piechotą zdrowiej – pocieszyłem się.

Poszedłem po rozum do głowy.

 

 

NOWY ROK

Do północy pozostały sekundy. Wszyscy przestali rozmawiać. Rząd, społeczeństwo, media. Cały kraj zamarł czekając na przyjście Nowego Roku. Zaczęto odliczać:

– Pięć, cztery, trzy, dwa , jeden…!

I… nic… Wybiła dwunasta, zastygły ręce z przygotowanymi wcześniej kieliszkami szampana. Nowy Rok nie przyszedł…

Cały kraj aż wytrzeźwiał ze zdumienia – zapewne pierwszy raz w historii. Zegary działały normalnie – szły do przodu, razem z kalendarzami i pokazywały oczekiwaną datę i godzinę. Ale pokazywały nieprawdę – bo Nowy Rok nie przyszedł. Nie było go, co każdy od razu zauważył. Zadumał się rząd. Zadumało się społeczeństwo. Zadumały się media.

Pierwszy otrzeźwiał i tak już otrzeźwiały wraz z całym krajem rząd.

– Co się dzieje? – rzucił premier – Czemu go nie ma?

– Ano, nie przyszedł. Nie wiemy dlaczego? – odpowiedział ktoś nieśmiało.

– Jak to nie przyszedł? – zdenerwował się premier (a za nim media i społeczeństwo) – Może utknął w korkach?

Popatrzył wymownie na Ministra Transportu, ale tamten zaprzeczył i zaprzeczenia poparł zdjęciami z prasy. Przypomniał również, że właściwie nie wiadomo jakim środkiem transportu miał się poruszać. W zasadzie miał „przyjść”, więc transport nie ma tu nic do rzeczy. Postanowiono spytać Stary Rok, żeby rozwiązać tę kwestię, która już wywołała dyskusję w mediach i w społeczeństwie.

Tu pojawił się kolejny problem. Stary Rok odszedł w wyznaczonym terminie i tyle go widzieli. Pisz pan na Berdyczów – poszedł i go nie ma. Tylko Nowy Rok nie przyszedł…

– I co teraz? – zastanawiał się rząd (nie mówiąc o mediach i społeczeństwie)

– Może zlecić poszukiwania policji? – zaproponował ktoś.

– E tam, – żachnął się Minister Spraw Wewnętrznych – Nie mamy nawet rysopisu. Nikt go nie zna.

– A co wymyślili w innych krajach? – zapytał premier patrząc z nadzieją na Ministra Spraw Zagranicznych.

– To samo co u nas. Kryzys – mruknął minister.

Zwołano Sztab Kryzysowy. Media wydały specjalne serwisy informacyjne omijając dyskretnie datę – wszak było już po 31 grudnia, ale jeszcze przed 1 stycznia… Społeczeństwo zaczęło dyskutować zawzięcie.

– Może nie jest tak źle – mruknął ktoś ze społeczeństwa – nie ma roku, nie będziemy płacić podatków.

– Może nie jest tak źle – mruknął ktoś z rządu – Nie ma roku, nie ma wydatków budżetowych przewidzianych na nowy rok.

– Bzdura! – zdenerwował się Minister Finansów – przecież czas leci. Godziny mijają. Tylko daty nie da się ustalić jak Nowy Rok nie przyszedł. Wszystko się dzieje, tylko nie wiadomo kiedy. Dopiero będzie bałagan, jakich jeszcze nie było! A jak w ogóle nie przyjdzie? To co zrobimy?

– Poczekamy do następnego – zaproponował ktoś z obecnych – W końcu to tylko rok…

– Rok nie wyrok – skonstatował Minister Sprawiedliwości

– A jak następny też nie przyjdzie!!!!!!!!!!!! – wybuchnął Premier – To co wtedy zrobimy?

– No, nie zrobimy wyborów – ktoś podsunął – Zawsze coś

– Ee, bzdura! Z niczym się nie pozbieramy!

Nastrój zrezygnowania udzielił się mediom i społeczeństwu. Co chwilę pojawiały się nowe problemy. Na przykład jak ustalić urodziny? Jak ustalić daty urlopów? Katastrofa!

Póki co najwięcej wagi przykuwały jednak powody, dla których Nowy Rok nie przyszedł.

– Może wpadliśmy w pętle czasową? – mówili jedni – Ale wtedy nie odszedłby Stary Rok.

– Może zaspał? Może zapił gdzieś po drodze, bumelant jeden i nie dość, że przyjdzie spóźniony, to jeszcze skacowany! – denerwowali się inni

– Nieważne, byle przyszedł – odpowiadali jeszcze inni – żeby w ogóle przyszedł!

Przygnębienie ogarnęło bez mała wszystkich – rząd, media, społeczeństwo. Wyglądało na to, że stracili nadzieję. Znowu zapadła cisza, jak przed dwunastą, jednak nie cisza radosnego oczekiwania, na przyjście Nowego Roku, lecz cisza zrezygnowania.

I nagle w tej ciszy dało się słychać nieśmiałe pukanie.

Wszyscy zamarli w bezruchu – rząd, media, społeczeństwo.

Tymczasem drzwi uchyliły się powoli i pokazał się Nowy Rok – zmieszany wbitym w niego wzrokiem rządu, mediów, społeczeństwa.

– Przepraszam za spóźnienie – powiedział przepraszającym głosem – Pobłądziłem trochę… Jestem tu nowy…

————————————————————————————————————-

PRZY OKAZJI INFORMUJĘ, ŻE NIEDŁUGO ADRES BLOGA ZMIENI SIĘ NA: pawelleski.blog.tygodnikpowszechny.pl

Nowy Rok

Do północy pozostały sekundy. Wszyscy przestali rozmawiać. Rząd, społeczeństwo, media. Cały kraj zamarł czekając na przyjście Nowego Roku. Zaczęto odliczać:

– Pięć, cztery, trzy, dwa , jeden…!

I… nic… Wybiła dwunasta, zastygły ręce z przygotowanymi wcześniej kieliszkami szampana. Nowy Rok nie przyszedł…

Cały kraj aż wytrzeźwiał ze zdumienia – zapewne pierwszy raz w historii. Zegary działały normalnie – szły do przodu, razem z kalendarzami i pokazywały oczekiwaną datę i godzinę. Ale pokazywały nieprawdę – bo Nowy Rok nie przyszedł. Nie było go, co każdy od razu zauważył. Zadumał się rząd. Zadumało się społeczeństwo. Zadumały się media.

Pierwszy otrzeźwiał i tak już otrzeźwiały wraz z całym krajem rząd.

– Co się dzieje? – rzucił premier – Czemu go nie ma?

– Ano, nie przyszedł. Nie wiemy dlaczego? – odpowiedział ktoś nieśmiało.

– Jak to nie przyszedł? – zdenerwował się premier (a za nim media i społeczeństwo) – Może utknął w korkach?

Popatrzył wymownie na Ministra Transportu, ale tamten zaprzeczył i zaprzeczenia poparł zdjęciami z prasy. Przypomniał również, że właściwie nie wiadomo jakim środkiem transportu miał się poruszać. W zasadzie miał „przyjść”, więc transport nie ma tu nic do rzeczy. Postanowiono spytać Stary Rok, żeby rozwiązać tę kwestię, która już wywołała dyskusję w mediach i w społeczeństwie.

Tu pojawił się kolejny problem. Stary Rok odszedł w wyznaczonym terminie i tyle go widzieli. Pisz pan na Berdyczów – poszedł i go nie ma. Tylko Nowy Rok nie przyszedł…

– I co teraz? – zastanawiał się rząd (nie mówiąc o mediach i społeczeństwie)

– Może zlecić poszukiwania policji? – zaproponował ktoś.

– E tam, – żachnął się Minister Spraw Wewnętrznych – Nie mamy nawet rysopisu. Nikt go nie zna.

– A co wymyślili w innych krajach? – zapytał premier patrząc z nadzieją na Ministra Spraw Zagranicznych.

– To samo co u nas. Kryzys – mruknął minister.

Zwołano Sztab Kryzysowy. Media wydały specjalne serwisy informacyjne omijając dyskretnie datę – wszak było już po 31 grudnia, ale jeszcze przed 1 stycznia… Społeczeństwo zaczęło dyskutować zawzięcie.

– Może nie jest tak źle – mruknął ktoś ze społeczeństwa – nie ma roku, nie będziemy płacić podatków.

– Może nie jest tak źle – mruknął ktoś z rządu – Nie ma roku, nie ma wydatków budżetowych przewidzianych na nowy rok.

– Bzdura! – zdenerwował się Minister Finansów – przecież czas leci. Godziny mijają. Tylko daty nie da się ustalić jak Nowy Rok nie przyszedł. Wszystko się dzieje, tylko nie wiadomo kiedy. Dopiero będzie bałagan, jakich jeszcze nie było! A jak w ogóle nie przyjdzie? To co zrobimy?

– Poczekamy do następnego – zaproponował ktoś z obecnych – W końcu to tylko rok…

– Rok nie wyrok – skonstatował Minister Sprawiedliwości

– A jak następny też nie przyjdzie!!!!!!!!!!!! – wybuchnął Premier – To co wtedy zrobimy?

– No, nie zrobimy wyborów – ktoś podsunął – Zawsze coś

– Ee, bzdura! Z niczym się nie pozbieramy!

Nastrój zrezygnowania udzielił się mediom i społeczeństwu. Co chwilę pojawiały się nowe problemy. Na przykład jak ustalić urodziny? Jak ustalić daty urlopów? Katastrofa!

Póki co najwięcej wagi przykuwały jednak powody, dla których Nowy Rok nie przyszedł.

– Może wpadliśmy w pętle czasową? – mówili jedni – Ale wtedy nie odszedłby Stary Rok.

– Może zaspał? Może zapił gdzieś po drodze, bumelant jeden i nie dość, że przyjdzie spóźniony, to jeszcze skacowany! – denerwowali się inni

– Nieważne, byle przyszedł – odpowiadali jeszcze inni – żeby w ogóle przyszedł!

Przygnębienie ogarnęło bez mała wszystkich – rząd, media, społeczeństwo. Wyglądało na to, że stracili nadzieję. Znowu zapadła cisza, jak przed dwunastą, jednak nie cisza radosnego oczekiwania, na przyjście Nowego Roku, lecz cisza zrezygnowania.

I nagle w tej ciszy dało się słychać nieśmiałe pukanie.

Wszyscy zamarli w bezruchu – rząd, media, społeczeństwo.

Tymczasem drzwi uchyliły się powoli i pokazał się Nowy Rok – zmieszany wbitym w niego wzrokiem rządu, mediów, społeczeństwa.

– Przepraszam za spóźnienie – powiedział przepraszającym głosem – Pobłądziłem trochę… Jestem tu nowy…

EMPIK? NIE, DZIĘKUJĘ

EMPIK ? NIE DZIĘKUJĘ.

Święta kojarzą się zwykle z emocjami pozytywnymi. Ale różnie bywa. Od jakiegoś czasu politycznie poprawna Europa ze świętami walczy, chociaż wybiórczo. Niepoprawna jest szopka, czy jasełka – stanowią „religijną opresję”. Niepoprawna coraz częściej może być nawet choinka! Natomiast czas wolny od pracy jest już całkowicie poprawny i nawet warto by go wydłużyć. Byle nie nazywać tego świętami, a wolne dni spędzić pijąc w knajpach, albo kupując tysiące nikomu niepotrzebnych przedmiotów w supermarketach. Wtedy jest poprawnie.

W Polsce, która nowinki i mody przyjmuje z pewną powściągliwością, owo szaleństwo na szczęście jeszcze nie króluje. Święta to święta, również dla zdecydowanej części osób niewierzących, czy dla osób wyznań innych niż chrześcijańskie. Dla tych osób jest to rodzinna, ważna tradycja, której chrześcijański rodowód nie ulega wątpliwości, ani nie przeszkadza. Czy dlatego, że generalnie u nas zwykle wszystko jest mniej ekstremalne, więc wychylenia ideologicznego wahadła są mniejsze (mniejsza opresja kobiet w historii – mniejszy femnistyczny ekstremizm obecnie, mniejsza opresja innowierców w historii – mniejsza skłonność do jakobinizbu). A może po prostu Polacy jeszcze nie oczadzieli od nadmiaru dobrobytu i mają prawdziwe problemy – nie muszą  wynajdywać sobie sztucznych?

Brzmi optymistycznie – ale nie do końca. Bo diagnoza dotyczy przytłaczającej większości, ale niekoniecznie najgłośniejszej. Głośna mniejszość to choćby ta, której główną motywacją do działań jest zaistnienie. A nic łatwiej nie pomaga w zaistnieniu jak zaszokowanie. W Polsce póki co jeszcze łatwiej zaszokować, choć za każdym razem musi to być bardziej szokujące, żeby zostało zauważone. „Szokerów” za wszelką cenę może nie ma dużo, ale za to mogą liczyć na wpływowych dziennikarzy – albo pożytecznych naiwnych, albo ideologicznych ekstremistów, albo zwyczajne hieny, dla których ważna jest wyłącznie „klikalność” idąca za wszystkim co szokuje. Zapewne z tego ostatniego powodu mogą również liczyć na wsparcie specjalistów od reklamy.

Ponieważ mania szokowania powoduje, że jest ono coraz trudniejsze, od pewnego czasu na tapetę idą święta. Rok temu zaistniała pani Bratkowska oświadczając, że właśnie w wigilię podda się aborcji. To niby taka odwaga miała być, czy prowokacja. Ów żenujący spektakl oczywiście zachwycił kilka wpływowych osób i spowodował „klikalność” przekładającą się na kasę.

Może ów „sukces” spektaklu głupoty i okrucieństwa podziałał na wyobraźnię marketingowców Empiku w tym roku. Świątecznymi twarzami Empiku zrobili „Nergala” i Marię Czubaszek. „Nergal” zaistniał poprzez teksty nawołujące do palenia kościołów i darciu Biblii na koncertach. To otworzyło mu drogę do kariery. Maria Czubaszek powróciła do sławy deklarując, że jej największym osiągnięciem były dwie skrobanki. Przyznała też, że dzieci nienawidzi i sama ich obecność działa jej mocno na nerwy. O ile „Nergal” robi wrażenie cwanego, bezwzględnego lisa, robiącego kasę za wszelką cenę, o tyle pani Czubaszek wzbudza bardziej litość niż grozę. Skomplikowane konstrukcje myślowe i strach przed dziećmi wygląda bardziej na paniczne zabijanie poczucia winy, czy tłumionych instynktów macierzyńskich niż bezwzględność. Ale nie o tym mowa – zostawmy to psychoterapeutom.

Mowa o marketingowcach z Empiku, którzy na owych żałosnych spektaklach postanowili zarobić kasę i jeszcze przypodobać się wpływowym grupom trzęsącym częścią mediów, które każdą „prowokację” uderzającą w uczucia znienawidzonego „zaścianka” powitają z radością.

Mam nadzieję, że wyjdą na tym jak Zabłocki na mydle. Akcja niekupowania w Empiku nabiera rozmachu. Zwłaszcza przed świętami może pokazać, że na chamstwie można stracić, nie tylko zarobić. Rzadko (poza jedzeniem) kupuję coś innego niż książki. Otóż deklaruję – w Empiku z pewnością już ich nie kupię. I namawiam do tego wszystkich. Nie tylko ze względów etycznych. Również estetycznych.

TAJNA BROŃ PLATFORMY

Tajna broń właściwie jest jawna… No i teoretycznie wycelowana w Platformę. Praktycznie strzela na odwrót. Coś jakby pistolet przystawiony do głowy wypalał przez  kurek zamiast lufę.

Broń od lat jest skuteczna i z wielką determinacją odwraca spadające po kolejnych aferach sondaże PO. Broń nazywa się Jarosław Kaczyński…

Teza, że PIS tak naprawdę nie chce wygrać wyborów, bo pozycja największej partii opozycyjnej daje spore profity, a nie jest związana z odpowiedzialnością pachniała mi zawsze teorią spiskową. Ostatnio zacząłem się zastanawiać…

Arogancja władzy, ilość złodziejskich afer już kilkakrotnie doprowadzały Platformę na skraj przepaści. Wyborcy patrząc na skalę i częstotliwość szwindli, na bronienie za wszelką cenę złapanych na tych szwindlach kolesi już kilka razy trzymali w ręce czerwoną kartkę.

 Ale wtedy na ratunek śpieszył Prezes PIS. I mówił. Mówił w taki sposób, że część potencjalnych wyborców obrażała się (ludzie bardzo łatwo się obrażają), część dochodziła do wniosku, że mniej straszny przewidywalny złodziej niż obciachowy furiat. “Obciach” – to pojęcie, które ludzi przeraża najbardziej. Wolą być identyfikowani z ładnie podretuszowanym Alem Capone niż z formacją za którą co chwilę trzeba się wstydzić. Choćby ów Al Capone miał okraść ich własne mieszkanie.

Prezes wiele razy ujawniał swoje polityczno-samobójcze skłonności. Na przykład po nieznacznie przegranych wyborach prezydenckich.  Taktyka, która wyciągnęła go z dna do pierwszej ligi i o mało nie zrobiła prezydentem (mało mówił, zachowywał się kulturalnie, nie mylił studia TV z wiecem) została nagle przez niego odrzucona razem z osobami za nią odpowiedzialnymi. A poparcie zaczęło się zmniejszać…

Po każdej aferze, gdy PIS wyrastał na przyszłego zwycięzcę, Prezes a to kogoś obraził, a to wyskoczył z tekstem “wiem ale nie powiem”. A to nie podał ręki. A to podał, ale potem jego przyboczny tłumaczył że nie do końca podał i że to nic nie znaczy… No, przyboczny po  madryckiej aferce (wszak mimo wszystko to „aferka, nie „afera”, jakich po drugiej stronie bez liku)  już  nie jest przybocznym. Nawet wyleciał z partii (tym różni się ta partia od tamtej), jednak co przysporzył przed odejściem głosów Platformie, to jego.

Zresztą nie on jeden, bo specjalistów od “tajnego” ratowania PO jest w PIS oprócz samego Prezesa wielu. Także wśród “pisowskich” dziennikarzy. Jutro 11 listopada. Zapewne wśród uczestników Marszu Niepodległości znów znajdą się “dymiący” kibole. Im ich więcej tym “lepiej” tuż przed wyborami. Lepiej dla PO – nie dla Polski. Wiodące media z pewnością zrównają jak zwykle cały marsz z owymi bandytami, których wśród uczestników marszu jest garstka. Manipulację wiodących mediów wzmocni jeden czy drugi “pisowski” dziennikarz broniąc bandziorów i nazywając ich “patriotami”. W TVN będą to pokazywać na przemian z kolejnymi gafami Prezesa i jego przybocznych.

A potem wybory… Walkower? Samobójstwo? Trudno powiedzieć – na pewno żenada… No i żal, że partia rządząca, która w swoim zachowaniu przypomina bardziej zorganizowaną grupę przestępczą niz ugrupowanie polityczne, nadal nie dostanie czerwonej kartki…