Archiwa autora: pawelleski

O pawelleski

PAWEŁ LESKI – Entuzjasta podróży i poznawania innych kultur. Pracował m.in. w państwach Afryki Wschodniej. Od 2009 roku stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”.

O ZACHOWANIU PRZY STOLE

Od wczoraj prześladuje mnie piosenka samego mistrza Kaczmarskiego pod powyższym tytułem. Opis suto zakrapianej uczty posłużył mu za alegorię historii Pierwszej Rzeczpospolitej. Stół – ważny mebel w naszym życiu społecznym… nośna metafora…

 

Wiem, są sprawy ważniejsze. Ale to z kim się je i co  współbiesiadnik wyprawia również jest ważne. Nie tylko to, czy na stole jest jedzenie.

 

Poczucie estetyki cierpi szczególnie, gdy w zachowaniu brak konsekwencji – brudne ręce u faceta pijącego „jabola” pod budką z „jabolami” szokują mniej niż u faceta, który właśnie zasiadł w garniturze do stołu  u „Wierzynka”.

Takie właśnie zachowania serwują nam politycy.  Ostatnio szczególnie politycy partii rządzącej z samym prezesem na czele.

 

Ostatni numer z sądownictwem, zaraz po dyplomatycznym majstersztyku z wizytą Trumpa i rewelacyjnych wynikach ekonomicznych za pierwsze półrocze jest właśnie czymś takim. Coś, jakby zaserwować wyśmienitą zupę  i wyszukane drugie danie na eleganckim obrusie i w rodowej zastawie… a na końcu wytrzeć o ten obrus uwalane sosem ręce, wysmarkać się w krawat, splunąć na parkiet i beknąć tak głośno, że dania podejdą gościom do gardła, a ich smak pójdzie w zapomnienie.

 

Nieestetyczne odgłosy przy stole w wykonaniu rządzących mają swoją logikę. Zakłada ona, że część biesiadników, jest tak bezkrytyczna wobec kucharza, że nawet podanie na obiad pomyj nie odbierze im apetytu. Część kucharza tak nienawidzi, że bez względu na jakość dania nazwą je pomyjami, więc przejmować nie ma się czym. Część – ów języczek u restauracyjnej wagi – skoncentruje się na smaku zaserwowanych wcześniej dań, lub negatywnymi wspomnieniami poprzednich kucharzy.

 

Otóż błąd Panie i Panowie z warszawskiej kuchni. Z estetyką jest tak jak z bezpieczeństwem – całość ma wartość najsłabszego ogniwa systemu. To nie smak paru niezłych potraw, jakie udało wam się upichcić pozostaje w pamięci, tylko gromkie bekanie na niektórych obiadach. Jak dla mnie na o jednym za wiele. Dotyczy to zwłaszcza wspomnianej kategorii konsumentów nazwanej „języczkiem u wagi”. Jak choćby niżej podpisany, któremu po wczorajszych osiągnięciach parlamentu do reszty odeszła ochota do biesiadowania przy Waszym stole. Nie znaczy to, że dosiadam się do innego – wolę jeść sam. Jeśli za dwa lata wasza restauracja zbankrutuje, to miejcie pretensje do siebie. Poprzednicy też myśleli, że ich zakład zbiorowego żywienia jest bezkonkurencyjny…

TAJNA BROŃ PIS

W 2014 roku pozwoliłem sobie ujawnić „tajną broń PO”. Jak ktoś nie wierzy i ma za dużo czasu to może sprawdzić:

http://pawelleski.blog.tygodnikpowszechny.pl/2014/11/10/tajna-bron-platformy/

Jako ową tajną broń ujawniłem prezesa Kaczyńskiego, który swoimi występami podarował PO kolejną kadencję bez względu na to co owo PO robiło. Dzięki niemu i jego przybocznym „nie miało z kim przegrać”.

Jak widać obecna opozycja uczy się od ówcześnie opozycyjnego PIS-u i otwiera przed nim perspektywę kolejnej kadencji. Tym razem PIS nie ma z kim przegrać.

Tajna broń PIS to głównie opozycja. Choćby legenda wrocławskiej Solidarności Władysław Frasyniuk. Wszak żenujący był jego happening polegający na prowokowaniu wyjątkowo kulturalnego i opanowanego policjanta w stopniu starszego posterunkowego, traktującego Frasyniuka tak, jak się traktuje rozkapryszone dziecko. Przypuszczam, że większość policjantów nie popiera PIS. Są więc potencjalnymi wyborcami Frasyniuka i spółki. Ci co oglądali jak Frasyniuk odnosił się do policjanta i jak pokazywał konieczność traktowania go inaczej niż innych obywateli, już pewnie nie są jego wyborcami.  Ot jeden z wielu przykładów opozycjonistów jako tajnej broni PIS. Przykładów jest oczywiście więcej. Twarze KOD- u takie, jak fakturowy cwaniak, muzyk skazany za handel żywym towarem czy były członek WRON nie pomagają opozycji – PIS-owi z pewnością tak. Histeria z jaką zareagowano na wygraną PIS też owemu PIS-owi pomogła. Kiedy rok temu Wyborcza publikowała obciachowy poradnik „Co zrobić jak przyjdą po ciebie o szóstej rano”, a na zachodzie udzielano wywiadów o państwie policyjnym i zakazie dystrybucji niepisowskich filmów przepowiadałem, że będzie jak  w starej bajce o pasterzu, który dla żartu wołał, że wilki atakują stado na pastwisku. Za pierwszym razem zleciała się cała wieś. Za drugim pół wsi. Za trzecim nikt nie przybiegł – akurat wtedy, kiedy wilki rzeczywiście nadciągnęły. Obecny brak reakcji w sondażach na cokolwiek, nawet na symptomy tego, że wilk jednak się skrada, są dzięki bajce zrozumiałe.

Jeszcze parę porównań Kaczyńskiego z Erdoganem (przypomnę: tysiące ludzi, w tym sędziowie i dziennikarze za kratkami, setki zastrzelonych obywateli) a PIS już niczego nie będzie musiał się obawiać.

Może warto czytać bajki, zamiast opowiadać bajki. Inaczej opozycja nadal będzie tajną bronią PIS.

Choć trudno też nie zauważyć, że zachowania polityków PIS świadczą wyraźnie, że jednak starają się przezwyciężyć dokonania opozycji i nadal działają jako tajna broń PO… Wystarczy popatrzeć na rządową TV. Ciekawe kto kogo pokona. Czy wygrają opozycjoniści i uda im się skompromitować tak, żeby PIS porządził jeszcze jedną kadencję, czy wygrają politycy PIS i uda im się przed wyborami do reszty skompromitować własny rząd. Ech ciekawa ta nasza polityka. Jak jakiś mecz, ale z regułami rodem z Alicji w Krainie Czarów. Szkoda tylko uciekającego czasu i niewykorzystanych możliwości, jakie daje krajowi historia… Ale co tam, ważny mecz, choćby absurdalny. Zwłaszcza że poziom dyskusji z obu stron przypomina kibolskie przyśpiewki.

MOTOR DZIEJÓW

Klient pojawił się w zakładzie mechanicznym zaraz po jego otwarciu.

– Dzień dobry – powiedział do mechanika – Mam problem. Motor Dziejów mi się zepsuł.

Mechanik zasępił się.

– Co się dokładnie dzieje? – spytał

– Nie działa po prostu. Ja się nie znam. Jakbym się znał, nie musiałbym płacić za naprawę.

– No dobrze, dobrze – załagodził sprawę mechanik – Ma pan go przy sobie?

– No co pan? Na to trzeba lawetę. Ogromną w dodatku. Ponadczasową w pewnym sensie, jeśli rozumie pan co mam na myśli

– Rozumiem, ale nie mam akurat wolnej – powiedział mechanik – Ze sprzętu specjalnego mam jedynie klucz do sukcesu, ale w tym wypadku zapewne nie będzie pasował. Może jednak uda się jakoś uruchomić, czy przynajmniej zdiagnozować bez przewożenia.

– A ma pan jakieś hipotezy? Co najpierw sprawdzić?

Mechanik zamyślił się przez chwilę.

– A czy sprawdzał pan tryby historii? – zapytał – Coś ich nie zablokowało? Coś do nich nie wpadło?

– Ee, chyba nie – powiedział klient – Niedawno instalowałem nowe ochraniacze. Z atestestem ochraniającym przed wszystkimi zagrożeniami, łącznie z zalaniem wodą na młyn elementów wstecznych.

– A nie miał pan przypadkiem kolizji w Parowozem Postępu. To mgło wywołać wstrząs całego mechanizmu.

– Nie, panie kochany. Poruszam się bardzo ostrożnie. Zwalniam przed dziejowymi zakrętami a w terenie podmokłym uważam na wszelkie zawirowania. Kiedy jadę przez mroki niewiedzy na widok pojawiającego się światełka w tunelu zatrzymuje się i sprawdzam czy na pewno jest to świetlana przyszłość. Co tu dużo gadać – mam wszelkie zniżki za bezkolizyjną jazdę od kiedy dostałem prawo jazdy.

– A może paliwa panu brakło – zaryzykował mechanik najbanalniejsze rozwiązanie.

– Co też pan – obruszył się klient – do wypalenia mi daleko. Właściwie to niemal rzuciłem palenie.

– A może histomat panu zjechał na boczny tor? Albo świadomość środków produkcji zaplątała się w wywody dialektyczne?

– Nie. Histomat już dawno wyrzuciłem na śmietnik historii, a świadomość środków produkcji wymieniłem na krytycznie anlizowalne podzespoły zdarzeń . Właściwie wszystko jest elektroniczne. Zarówno oprzyrządowanie faktograficzne, jak i oprogramowanie interpretacyjne. Nawet narracja historyczna funkiel nówka na gwarancji.

– A nie nawaliły panu czynniki obiektywne? Czasem obsuwają się w subiektywizm, na dodatek zakłócając pracę bierników…

– Nie możliwe – powiedział klient – Świeciłaby się kontrolka, a nie świeci się. Przy czym prąd wydarzeń jest na normalnym poziomie.

– No to właściwie w porządku – dumał mechanik – wszystkie elementy na swoim miejscu. Wszystko nowoczesne. Co więc mogło się stać?

– W tym sęk! – wybuchnął klient – Zepsuł się i po prostu nie działa.

Mechanik przez chwilę rozważał coś bardzo uważnie po czym spytał ostrożnie:

– To jaki właściwie jest efekt nie działania pana Motoru Dziejów?

– Jak to jaki? – obruszył się klient – Nic się nie dzieje!

– Jeśli nic się nie dzieje – odparował z uczuciem ulgi mechanik – To co mi pan zawracasz głowę?

Cofnął się za próg i zamknął dokładnie drzwi od wewnątrz. Postanowił nie otwierać do odwołania.

Mając jednocześnie nadzieję, że odwołanie nie wpłynie w oznaczonym przepisami terminie.

DYPLOMACJA

Prezydent zabrał głos na forum Zgromadzenia Ogólnego. Popatrzył na przedstawicieli Zjednoczonych Narodów i rozpoczął rutynowe wystąpienie. Było krótkie i bez większego znaczenia. Ot coś trzeba było powiedzieć o przyjaźni i o pokoju. Prezydent miał skłonność do metafor, które zwykle są zmorą tłumaczy konferencyjnych. Tym razem nie tylko tłumacze mieli ucierpieć.

Nieświadomy niczego prezydent powiedział parę ładnych zdań o pokoju „który jest również metaforycznym pokojem, w którym narody mogą rozmawiać o wykuwanej w pocie czoła przyszłości” . Na koniec wpadł w dygresję o tradycji całkiem popadając w poetyckość. Coś w stylu „jak bociany na zimę wylatują z mojego kraju do dalekiego Egiptu, lecz potem wracają, tak…” – reszta nie miała znaczenia.

Prezydent skończył i usiadł. Nie było więcej mówców. W zasadzie każdy czekał na zakończenie zebrania. Przewodniczący zapytał retorycznie, czy ktoś przypadkiem chce coś powiedzieć. Już miał podziękować wszystkim za spotkanie, kiedy dłoń podniósł prezydent Egiptu.

-Szanowni Państwo – powiedział – pięknie zabrzmiały słowa mojego kolegi z Polski. Byłem wzruszony. Ale gwoli prawdy muszę nadmienić, że bociany nie wracają po zimie spędzonej w Egipcie do Polski, tylko po lecie spędzonym w Polsce do Egiptu. Do swojego domu.

Delegaci zaśmiali się kurtuazyjnie, doceniając poczucie humoru prezydenta Egiptu. Nie wszyscy jednak. Prezydent Polski pozostał poważny.

– Przy całym szacunku – włączył znowu mikrofon – bocian jest symbolem Polski. Nie może mieć innej ojczyzny. My Polacy mamy tendencję do migracji, to prawda, ale ojczyznę mamy jedną.

Już nie wszyscy delegaci śmiali się. Raczej spoglądali niecierpliwie na zegarki. Jeden nie spoglądał, ale również nie śmiał się. Był to prezydent Egiptu.

– Myślałem, że symbolem Polski jest orzeł. A co do migracji, to my Arabowie moglibyśmy wiele narodów uczyć podróżowania. Jesteśmy wszak twórcami geografii. Bociany mają jedną ojczyznę, to prawda, ale jest nią Egipt.

Już nikt się nie śmiał. Ale nikt też nie miał tak zaciętej miny jak prezydent Polski.

– Orzeł jest symbolem formalnym – silił się na spokój – ale bocian jest bliski sercu każdego Polaka. Klekot na zielonych mokradłach, których pan zapewne nie zna, jest oczywistym składnikiem sielanki, w której my Słowianie tak się lubujemy. Gniazdo wokół krytej strzechą chaty jest symbolem szczęścia…

– Bocian na pustyni – przerwał Egipcjanin – której pan zapewne nie zna i do której odwiedzenia pana zapraszam, gdyż to ona kształtuje charakter i gościnność, jest nierozerwalnie związany z poczuciem tożsamości każdego Egipcjanina. Bociany podziwiano wśród piramid na wieki przed tym, jak Słowianie nauczyli się budować, z przeproszeniem pana, chaty kryte strzechą.

– Piramidy! – wtrąciła się prezydent Słowacji – Symbol tendencji do podboju i pracy niewolniczej, przed którymi nie uchroni się nawet bocian. Jakież to arabskie!

Prezydent Polski zapowietrzył się jedynie. Przyciski mikrofonów nacisnęły równocześnie głowy kilku państw słowiańskich i arabskich. Sprawę opanował przewodniczący, który nie dopuszczając nikogo do głosu zamknął szybko posiedzenie.

Rozchodzący się politycy byli w złych humorach. Delegaci państw słowiańskich i arabskich wykazali tendencję do łączenia się w grupki i spoglądali na siebie niechętnie.

W następnym dniu na pierwszych stronach największych egipskich dzienników pojawiły się wojownicze artykuły i rysunki bocianów. Pytany o to przez dziennikarza Al-Jazeery rzecznik prasowy rządu powiedział, że nie należy sprawy rozdmuchiwać. „Kraje o krótkiej historii mają tendencję do czerpania z dorobku dawnych cywilizacji. Europejczycy specjalizują się w tym. Nie róbmy z tego zagadnienia”. Wypowiedź pokazano jedynie w arabskojęzycznej wersji katarskiej telewizji, ale już po godzinie tłumaczenie pokazały stacje europejskie.

Dzień później ambasador egipski w Warszawie wezwany został do polskiego MSZ, gdzie wręczono mu notę protestacyjną. Jednocześnie wielu posłów do parlamentu Unii Europejskiej pojawiło się na obradach w koszulkach z wizerunkiem bociana i francuskim napisem: „Solidarite avec les cigognes dans le pays de Solidarite”. Rzecznik prasowy rządu polskiego postanowił obrócić wszystko w żart mówiąc coś o konieczności zwrócenia się do hiszpańskiego sojusznika o podzielenie się doświadczeniami z rekonkwisty, skoro nasze bociany zagrożone są arabską niewolą.

Tym razem ambasador Polski w Kairze otrzymał wezwanie do egipskiego MSZ, gdzie wręczono mu notę protestacyjną, w której nie przebierano w słowach i nawet wspomniano coś o „neokolonializmie zadziwiającym u państwa, które również było przedmiotem kolonializmu”. Jednocześnie minister spraw zagranicznych pojawił się na konferencji prasowej w Aleksandrii na tle plakatu z bocianem i podpisem „Na zimę wracam do domu”.

Rząd RP obsadził natomiast wakujące stanowisko ambasadora przy ONZ urzędnikiem MSZ o nazwisku Janusz Bocian. Ambasador Bocian pierwszego dnia urzędowania udzielił wywiadu BBC, w którym zapytał retorycznie: „Czy ja wyglądam na Araba? A przecież jestem Bocian”.

Ambasador Egiptu w Warszawie został odwołany do Kairu na konsultacje. Przed ambasadą polską zebrał się tłum skandujący obraźliwe hasła. Pod piramidami pobito polskich turystów. MSZ zdecydował się ewakuować z Egiptu rodziny dyplomatów. Odwołano też na konsultacje do Warszawy ambasadora.

Na przypadającym akurat szczycie Unii Europejskiej wydano oświadczenie solidaryzujące się z Polską, przy odbywającej się jednocześnie w Brukseli manifestacji arabskiej mniejszości przeciwko rasizmowi. Większość demonstrantów miała na sobie koszulki z bocianem w arafatce. W Polsce zaatakowano kilku Włochów i Izraelitów, bo wyglądali podobnie do Egipcjan. Zdemolowano kilka kebabów.

W Ammanie zebrała się w trybie pilnym Liga Państw Arabskich zalecając ograniczenie stosunków handlowych i dyplomatycznych z szowinistyczną Europą, w szczególności z krajami słowiańskimi.

W Moskwie spotkali się działacze Forum Pansłowiańskiego. W wydanej deklaracji solidaryzowali się z atakowanym przez arabskich najeźdźców „polskim bocianem” i deklarowali wspólną walkę o czystość słowiańskiej kultury.

W prasie arabskiej zaczęły pojawiać się artykuły dowodzące, że obrączkowanie bocianów w Europie ma charakter szpiegowski. Obrączki rzekomo ornitologiczne mają w rzeczywistości wmontowane chipy zbierające informację o strategicznych instalacjach. Inne gazety dowodziły, że obrączki wysyłają również wiązki radioaktywne, zasilane z pobliskiego Izraela, które mają na celu dokonanie eksterminacji miejscowej ludności. Niektórzy politycy państw regionu odnieśli się do artykułów, z reguły stwierdzając, że brak jest „na razie” dowodów”, że jest to prawda i że „sprawa wymaga jeszcze wyjaśnienia”. Minister Ochrony Środowiska Egiptu oświadczył jednak, że najbliższej zimy odpowiednie służby będą wyłapywać zaobrączkowane ptaki i badać zawartość obrączek. Nadmienił również, że instalowanie jakichkolwiek urządzeń, nawet nieszkodliwych dla zdrowia obywateli, ale jednak na egipskich bocianach, bez pytania o zgodę Republiki Egiptu można uznać za działanie nieprzyjazne, lub wręcz wrogie.

W związku z nasilającymi się atakami na ulicach oba państwa odradziły swoim obywatelom podróżowanie na terytorium drugiego z nich. Zresztą służby graniczne obu państw przestały nawzajem wpuszczać na swoje terytorium obywateli adwersarza. Polskie MSZ odradziło bocianom wylatywać na zimę do Egiptu.

Do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości wpłynęły wkrótce wzajemne pozwy Egiptu i Polski żądające rekompensaty za bezprawne posługiwanie się symbolem drugiego państwa. Sklepy z odzieżą patriotyczną wypuściły koszulki z bocianem w koronie. Wkrótce Minister Obrony RP oświadczył na konferencji prasowej, że jakakolwiek ingerencja w integralność polskiego bociana przebywającego czasowo na terytorium Egiptu uznana zostanie za casus belli.

W Nowym Jorku zebrała się Rada Bezpieczeństwa ONZ. W Europie Unia Europejska. W Chartumie Liga Państw Arabskich. Egipt zarządził częściową mobilizację. Polska wypożyczyła z Ukrainy samoloty transportowe, z Rosji łodzie desantowe. Analogiczny sprzęt dostarczyli Egipcjanom Chińczycy, rozlokowując jednocześnie wzmocnione oddziały wzdłuż Syberii. Rosja zarządziła mobilizację. Rada Bezpieczeństwa zaapelowała o pokój…

Kiedy padły pierwsze salwy Trzeciej Wojny Światowej, nieświadome niczego bociany po raz ostatni klekotały na „sejmikach”, przygotowując się do podróży do ciepłych krajów…

KUBUŚ PUCHATEK – REAKTYWACJA

Niedawno, niedawno temu był sobie Stumilowy Las. Zmienił się od czasu, kiedy Kubuś Puchatek był bohaterem bajek. Stary Miś poszedł na emeryturę, natomiast karierę robił Młody Miś, zwany również „Misiewiczem”. Młody Miś odziedziczył po Starym Misiu mały rozumek i skłonność do popijania „małego conieco”, zwłaszcza kiedy wyjeżdżał na delegację. Karierę robił u Prosiaczka, który od dawnych czasów zmężniał i nikt nie śmiał wchodzić mu w drogę. Prosiaczek odpowiadał za bezpieczeństwo Stumilowego Lasu. Miał jasno określone odpowiedzi na jasno sprecyzowane pytania zanim sprawdził czy odpowiadają one rzeczywistości i skłonność do dobierania współpracowników z doświadczeniem odwrotnie proporcjonalnym do wysokości zajmowanego stanowiska. Obie tendencje przejął od swoich zaciętych wrogów, którzy rządzili lasem w poprzednich latach i których wówczas za to krytykował. Obecnie oni krytykowali za to samo jego.  Można powiedzieć, że w pewnym sensie w Stumilowym Lesie ciągłość systemowa trwała w najlepsze, choć na poziomie retorycznym Prosiaczek i jego drużyna jawili się jako przeciwieństwo poprzedniej ekipy Krewnych i Znajomych Królika.

Krewni i Znajomi Królika przez osiem poprzednich lat zadłużyli las bezprecedensowo i pod hasłem „Lasu w Budowie” rozbudowali nad podziw skutecznie kreatywną księgowość i stanowiska w administracji, jako, że Krewnych było bardzo dużo i każdy musiał mieć fuchę. W pewnym momencie o mało nie sprzedali całego Stumilowego Lasu. Zapewne dlatego przerażeni mieszkańcy oddali władzę Prosiaczkowi i spółce wpadając niejako z deszczu pod rynnę.

Gwoli historycznej ścisłości należy nadmienić, że sam Królik nie brał udziału w inicjatywach Krewnych i Znajomych. Nieco wcześniej założył w centrum lasu restaurację „Pędzący Królik” (zawsze gdzieś się śpieszył), której kuchnia na tyle zaszkodziła paru ważnym Krewnym, że reszta obchodziła Królika z daleka. Podobnie unikano Sowy i jej przyjaciół. Dobrze natomiast miał się Kłapouchy, który w ostatnich latach doczekał się wielu pobratymców w Stumilowym Lesie. Obsadzili oni leśne media i z uporem właściwym swojemu gatunkowi wybierali fragmenty faktów starając się nie tylko oczernić strony konfliktu (te kompromitowały się skutecznie same własnym zachowaniem) ile wybielić jedną ze stron w zależności od swoich sympatii. Jednocześnie Tygrysek zaczął brykać ze zdwojoną siłą zwłaszcza na Prosiaczka pociągając za sobą wielu statecznych mieszkańców, jednak wkrótce okazało się, że tygrysy lubią wszystko oprócz przejrzystego gospodarowania składkami i nawet Maleństwo zaczęło się na niego boczyć, a Kangurzyca odmówiła kolejnej porcji tranu i zagroziła, że jak zacznie o wszystkim mówić to Tygryskowi w pięty pójdzie.

Pozostaje zapytać co z Krzysiem? Krzysiu dawno opuścił las, bo dorósł i szkoda mu było czasu na infantylne zabawy pluszaków. W Stumilowym Lesie pozostali oczywiście mieszkańcy, którzy albo nie mieli gdzie odejść, albo nie chcieli, bo kochali las. Może nawet żyli długo i szczęśliwie… ale głosować żywcem nie mieli na kogo…

JEDNAK „PO-PIS” ?

Dawno, dawno temu, zanim zaczęła się wojna na śmierć i życie, zanim okrzyknięto się zdrajcami i oszołomami en bloc (to ważne bo jednostki wypełniające definicję owych terminów zapewne by się znalazły), zanim zaczęto „dożynać watahy”, niszczyć „drugie sorty”, urządzać zadymy na cmentarzach, czy ataki na ulicach, a więc dawno, dawno temu,  był sobie termin „PO-PIS”.

Termin ów używany był przez naiwnych, którzy wierzyli w jakieś brednie o interesie państwa, wspólnej przeszłości ważniejszej niż obecne różnice – ot takie bajki dla dorosłych  dzieci, do których niżej podpisany (oj głupi, głupi) się zaliczał. Ponieważ był w niezłym towarzystwie, to jednak nie bardzo się tej naiwności wstydzi. No może trochę…

„PO-PIS” od lat jest terminem egzotycznym bardziej niż Atlantyda i wydaje się bardziej przebrzmiały niż gród w Biskupinie. A tu jednak… „PO-PIS” reaktywacja!

Może nie dosłownie – nie będzie koalicji Schetyny z Kaczyńskim, a Drzewiecki nie obejmie wspólnego resortu z Jackiewiczem. Ale w pewnym sensie. Sens ów polega na coraz mniejszej różnicy. Przynajmniej z punktu widzenia tych naiwnych, którzy liczyli na to, że zmienią się nie nazwiska i retoryka, lecz esencja. Tych naiwnych, którzy głos oddali na zmianę nie dlatego, że stanowią elektorat PIS-u, tylko tych, którzy zacisnęli zęby i stwierdzili, że niedostatki intelektualne otoczenia Kaczyńskiego (z wyjątkami) i nawet apele smoleńskie na Polu Grunwaldzkim są ceną do zapłacenia za zakończenie powszechnego złodziejstwa i rozmontowywania bezpieczeństwa państwa, czyli wszystkiego tego co nazywamy „Państwem Teoretycznym”. W końcu za pierwszego PIS-u skala złodziejstwa w Polsce zmniejszyła się w znaczący sposób i kilka pozytywnych zmian wprowadzono (choćby gazoport)…

Oj naiwni głupcy – niektórzy podwójni – bo w 2007 roku uwierzyli w PO, a w 2015 w usunięcie praktyk PO (jak choćby niżej podpisany)!

Masowa kontrola służb w spółkach Skarbu Państwa cieszyłaby może, tylko troszkę późno się zaczyna. O tym co się dzieje w tych spółkach wcześniej nie wiedziano? Nie zamierzam dołączać do chóru wzdychającego do poprzedniej władzy przygotowującej ustawy na cmentarzu, czy ekspresowo głosującej zmiany w prawie przygotowane przez adwokata pewnego milionera, który dzięki nim nie stanął przed sądem mimo, że akt oskarżenia był już gotów. Do władzy próbującej zmienić w nocy konstytucję, żeby sprzedać lasy państwowe i w ogóle do afer średnio co miesiąc. Nagła aktywność „obrońców demokracji”, którzy wówczas siedzieli cicho raczej nie przekonuje mnie. Ale miało być inaczej. Nie choćby tak, jak w jednej ze spółek PKP, gdzie szef biura bezpieczeństwa, którego innowacyjne pomysły powodujące milionowe oszczędności dzięki ukróceniu kradzieży, w ramach „dobrej zmiany” został zastąpiony dwoma dyrektorami z wątpliwymi kwalifikacjami (doświadczenie jednego z nich opiera się na tym, że ma brata prokuratora – ale za to wysoko ustawionego). Dwoma, bo biuro podzielono… obaj chcieli być dyrektorami… A w PKP właśnie wyrasta ogromna afera korupcyjna. Jednocześnie nowosądecki hochsztapler – były szef Solidarności, który do „głodowej” związkowej pensji w wysokości 20 tysięcy złotych musiał dokraść kolejne dziesiątki tysięcy rozpisując się jako fikcyjny maszynista na weekendowe przejazdy lokomotywą, za co skazał go  sąd, teraz wraca do spółki, którą okradał, wycinając z pracy świadków, którzy przeciwko niemu zeznawali. Ot prawo silniejszego… i sprawiedliwość również silniejszego…

Bagno w spółkach Skarbu Państwa wygląda „rozwojowo” w rok po zmianie. Ten sam gnój tylko muchy inne – jak powiedział pewien krakowski piosenkarz.

Bezpieczeństwo państwa też pozostawia wiele do życzenia. Zaczynało się nieźle – ważne umowy z Ukrainą, Obrona Terytorialna… Ale najlepszą ideę można zniszczyć. Obronę Terytorialną tworzą między innymi tuby rosyjskiej propagandy, personalnie związane z jedną z rosyjskich spółek zamieszanych w warszawską aferę reprywatyzacyjną. Powiązania te sięgają poziomu MON i Sztabu Generalnego. Trudno się dziwić, że do OT wchodzą „patrioci” choćby z Falangi, znanej z agresywnej prorosyjskiej retoryki.  OT otwarta jest dla towarzystwa szkolonego na obozach pod Moskwą.  Nasuwa się pytanie czy tworzymy polską OT czy raczej przyszłe „zielone ludziki”. Wygoleni na łyso chłopcy związani z partią „Zmiana” Mateusza P., siedzącego w areszcie śledczym z podejrzeniem szpiegostwa służą już również w profesjonalnych jednostkach wojskowych – choćby w Gliwicach. Ci sami chłopcy, którzy jeszcze niedawno chwalili się na Facebooku związkami z DNR-em i… Hezbollahem. Gdzie ochrona kontrwywiadowcza? Pewnie nigdzie, skoro od roku służby działają na ćwierć gwizdka, a szefowie do dzisiaj nie mogą się zdecydować z kim chcą pracować, a z kim nie, utrzymując bez końca „stanowiska tymczasowe” osób którym nie do końca ufają, ale na których nic nie mają.

Królujący za PO model otaczania się przez decydentów ludźmi typu BMW (bierny, mierny ale wierny), brzuchatymi pułkownikami, którzy nigdy nie pracowali w terenie i ich jedynymi kwalifikacjami jest robienie kariery, ma się świetnie. Nie zmieniło się wiele w „teoretycznych” służbach. Nie zmienił się absurdalny system dowodzenia wprowadzony przez poprzednią ekipę powodujący, że wojsko składa się głównie ze zwalczających się konkurencyjnych dowództw i najliczniejszych procentowo generałów na świecie.

Zmieniła się retoryka. Tylko czy dla zmiany retoryki warto było fatygować się do głosowania? „PO-PIS” wiecznie żywy! „Popisali się” jedni i drudzy…

Miało być dobrze, wyszło jak zwykle…

EURO 2016 inaczej

Wszyscy fascynują się Euro 2016 – nie dziwie się. Wszyscy fascynują się trenerem Nawałką – też się nie dziwię. Ale wyobraźmy sobie, że to nie Nawałka, lecz politycy zajmują miejsce selekcjonera polskiej reprezentacji. W końcu u nas wszystko jest polityczne.

Zamiast mówienia o taktyce, analizie gry przeciwnika, treningach, ustawieniach zawodników i tym podobnych nic nie znaczących szczegółach technicznych,  wyobrażam sobie pełne treści i głębi wypowiedzi mniej więcej takie:

PIS – Należy sobie zadać pytanie: Dlaczego wszyscy grają przeciwko nam? Dlaczego nikt nie docenia wkładu naszych kibiców?  Mimo wszystko pojedziemy…  ale pod warunkiem, że UEFA przyjmie nasze warunki. Inaczej nie pojedziemy! Dopiero wszystkim będzie głupio. Zmiany w drużynie? Jasne. Opcja zero. Zwłaszcza lewy róg zmienimy za każdym razem na prawy róg. Prawy i sprawiedliwy – nie zapomnijmy dodać. To będzie dobra zmiana. Damy radę!

PO – Taktyka? Jaka taktyka? Powinniśmy cieszyć się, że jesteśmy na EURO. Nie wygrywać absolutnie! Mogliby o nas źle pomyśleć. Pamiętajmy, że jak będziemy mili, inne drużyny to docenią i strzelą sobie samobóje. A przynajmniej wymienią się koszulkami.  Zresztą EURO to turniej przyjaciół – wszyscy gramy do tej samej bramki i nie należy odłączać się od głównego nurtu… choćby to była nasza bramka. Najważniejsze co o nas pomyślą, nie kto ile goli strzeli. I skończmy mówienie o drużynach narodowych! To nacjonalizm! Euro to partnerstwo! Najlepiej związek partnerski.

PSL – Jaki skład drużyny? Hm, coś się wymyśli… W każdym razie stanowiska działaczy sportowych obsadzone jak nie przymierzając Agencja Rolna Skarbu Państwa. Że rodzinami? No i co z tego? Rodzina to podstawowa komórka społeczna. Wspierając rodziny wspieramy społeczeństwo. A wspierając swoje rodziny wspieramy swoje społeczeństwo. Zawodnicy? No… jak zostanie miejsce w samolocie, to też jakiegoś weźmiemy na Euro.

Kukiz … 2016 – Nasza taktyka gry to brak taktyki! Rozumiesz… bierzesz i grasz. Jak kibice zaśpiewają tak grasz. Ktoś od jednej trybuny, ktoś od drugiej i jakoś będzie. W braku planu nasza siła. My już wiemy jak mamy grać, bo zbytnio nie zastanawiamy się nad tym. Na wszelki wypadek w drużynie są specjaliści od wszystkich dyscyplin. Od piłki nożnej po szachy.

Nowoczesna – Euro? Oczywiście! Od stuleci gramy w Euro! Od dziecka graliśmy w Euro już na podwórkach. To nasza tradycyjna gra i nie pozwolimy PIS-owi jej zniszczyć!

I co panie trenerze? Nie głupio panu?

Pozostają jeszcze partie znajdujące się poza parlamentem. Czekam na propozycje.

 

KANCIASTY KANT KONTUZJI KONSTYTUCJI

Fajnie było widzieć flagi i ładną pogodę 3 maja. Może inaczej – fajnie BY było, gdyby choć na chwilę nastąpił rozejm w wojnie domowej. Ale nie nastąpił i nie wygląda, żeby miał nastąpić. Nie będę się niczym oburzał.  Również wygwizdaniem na stadionie prezydenta, na którego sam głosowałem. Gdyby nie ekscesy z wygwizdywaniem poprzednika na cmentarzu w rocznicę Powstania Warszawskiego to może bym się oburzył… Zresztą w ogóle nie chce mi się na nic oburzać. Wszyscy się oburzają z prawa i zlewa, w Polsce i za granicą. Zaczyna to być nudne

. Postanowiłem być konstruktywny i wymyśliłem rozwiązanie konfliktu konstytucyjnego w Polsce. Natchnął mnie Ryszard Petru komunikując, że 7 maja opozycja spotka się na marszu broniącym przed PIS… Konstytucji 3 Maja. Sam autor szybko zdjął wpis z Twittera, ale niesłusznie – w tym jest metoda.

Rozwijając pomysł – czemu ma być jedna konstytucja? W końcu miał być pluralizm. Niech będzie ta z 1791 – zarezerwujmy ją dla Nowoczesnej jako dla prekursora nowego polskiego konstytucjonalizmu. Rysiek (a jak wiadomo „wszystkie Ryśki to porządne chłopaki”) będzie jej sobie bronił do spółki z Kijowskim od rana do wieczora a nawet prowadził głodówkę z przerwami jedynie na posiłki.  PIS dostanie kwietniową – silne państwo, silny przywódca. Marcowa zostanie dla PO, a Mała Konstytucja dostanie się Peeselowi jako najmniejszej partii w Parlamencie. Peerelowskie potworki łącznie z Manifestem PKWN rozdzielimy pomiędzy SLD, Razem i ewentualnie partię Zmiana. Pozostaje do rozstrzygnięcia, której z partii lewicowych przypadnie rola „siły przewodniej”. Można pomyśleć, żeby była przechodnia, przy proporcjonalności czasu przydzielenia „przewodniości” do sondaży partii (system proporcjonalny) albo po równo – w końcu to partie socjalistyczne (system nieproporcjonalny ale zgodny z zasadą sprawiedliwości partyjnej i parytetami). Jeszcze Korwinowi przydzielimy Statuty Wiślickie i Konstytucję Nihil Novi, a grupkom „prawdziwych Polaków” z różnych oenerów damy flaszkę i salę bokserską bo z czytaniem i tak mogą mieć problemy, a salę zawsze można nazwać „Konstytucją”.

Taki system będzie w pełni demokratyczny – przecież nie po to walczyliśmy o demokrację, żeby nie można sobie wybrać konstytucji. Nawet Bruksela i Luksemburg powinny to docenić. Nawet prasa zachodnia byle im dobrze wytłumaczyć (bo na razie o sytuacji w Polsce wiedzą tyle co KOD napłakał).  W dodatku każda partia wybierze sobie Trybunał odpowiedni dla swojej konstytucji i wszyscy będą zadowoleni. Zwłaszcza, że wszyscy będą działać zgodnie ze swoją konstytucją, co na pewno każdy ze „swoich” Trybunałów chętnie potwierdzi.

No. Teraz kiedy uratowałem Ojczyznę chwilę odpocznę, kawkę wypije… Może zostanę politykiem?  Poziom już chyba osiągnąłem odpowiedni…

Królowe absurdu

Dawno nic mnie nie ucieszyło tak jak hasło ostatniej „manify”. Jako miłośnik humoru absurdalnego nie mogłem nie docenić konstrukcji brzmiącej „aborcja w obronie życia”.

Może trochę drastyczne, ale za to poziom surrealizmu rekompensuje negatywne odczucia estetyczne związane z tematyką hasła.

Świetny pomysł – pomyślałem. Pójdę tą drogą…

Poszedłem do kolegi z flaszką i już od progu krzyknąłem: „Seta w obronie trzeźwości”.

Kupił hasło – znaczy też ideowiec, zupełnie jak uczestniczki „manify”. Wypiliśmy „dla trzeźwości” zero siedem.

Już miałem dzwonić po taksówkę i wrócić po samochód następnego dnia…

– Ale co tam – pomyślałem – Jak ideowo , to ideowo!

Siadłem w auto z hasłem „prowadzenie po pijaku w obronie bezpieczeństwa”.

Usiłowałem wytłumaczyć to facetom z drogówki. Niestety nie zrozumieli. Już myślałem, że koniec ze mną, a tu nagle okazało się, że też są ideowcami.

– „Łapówka w obronie uczciwości!” – powiedziałem podając dwieście zeta. Przyjęli. A mówi się, że policjanci są bezdusznymi biurokratami…

Koleżanki z „manify” natchnęły mnie tak, że postanowiłem organizować następne akcje.

„Befsztyk w obronie wegetarianizmu”

„Analfabetyzm w obronie literatury”

„Bomba w obronie budowy”

„Trąba w obronie ciszy”

„Wojna w obronie pokoju” – najlepiej gościnnego… A jak Goscinny to Mikołajek… a jak Mikołajki to Mazury… a jak mazur, to również polonez… a jak polonez, to milicja…

Trochę absurdalnie? Słusznie – tylko „trochę” w porównaniu do pomysłów pań i panów z warszawskiej „manify”…

STARCIE PSYCHOPATÓW

Zestrzelenie rosyjskiego samolotu przez armię turecką ma co najmniej dwa wymiary – jeden natowski, drugi bezpośrednio z interesami sojuszu niezwiązany.

Kontekst natowski jest prosty – odkąd Putin rozpętał na Ukrainie wojnę, samoloty rosyjskie stale naruszają przestrzeń powietrzną krajów NATO. Samoloty sojuszu podrywają się i towarzyszą intruzom, dyplomaci protestują i tyle. Turcy najpierw zaprotestowali i ostrzegli, że następnym razem będą strzelać. I strzelili.

 

Aspekt nie związany bezpośrednio z interesami sojuszu to zbliżona osobowość przywódców Rosji i Turcji przy całkowicie odmiennych interesach. Interesach, dodajmy, z obu stron niebezpiecznych i z obu stron sprzecznych z interesem NATO, którego Turcja jest członkiem.

 

Zarówno Putin, jak Erdogan myślą o przyszłości patrząc na wzorce z przeszłości. Dyktatorski i skłonny do puszenia się Putin odbudowuje imperium z elementami carskimi i bolszewickimi. Dyktatorski i skłonny do puszenia się Erdogan widzi się nowym sułtanem i marzy o odbudowie otomańskiego imperium. Obaj nie przebierają w środkach i nie cofają się przed zbrodnią. Obaj są nieobliczalni.

 

Erdogan walcząc o głosy radykalnych wyborców i kontrolę nad chaosem w Syrii nie wahał się popełnić zbrodni wojennych na własnych obywatelach narodowości kurdyjskiej, zaatakować terytorium sąsiedniego Iraku i wspierać terrorystów z Al-Nusra (część Al-Kaidy). Sojusz z tym ostatnim przedstawiał jednocześnie jako walkę z Państwem Islamskim. W zasadzie słusznie, gdyż owe dwie terrorystyczne organizacje są konkurencyjne i zwalczają się nawzajem. Niemniej z walką z terroryzmem miało to niewiele wspólnego. Zwłaszcza, że jednocześnie tureckie wojsko atakowało oddziały kurdyjskie – jedyne skutecznie zwalczające terrorystów w Syrii.

 

Putin przyzwyczajony do tego, że wszystko mu wolno i nikt nie zareaguje na coraz śmielsze prowokacje tym razem się przeliczył. Stracił samolot, stracił twarz na „rynku wewnętrznym”. Nie wiadomo co będzie z dalszym zbliżeniem z Francją i resztą Zachodu, które dzięki wykorzystaniu zachodniego strachu przed terrorem pozwolić mu miało na powrót na salony i wolną rękę do dalszej wojny na Ukrainie (zintensyfikowany ostrzał rosyjski w Donbasie już się odbywa od jakiegoś czasu).

Z pewnością już obmyśla zemstę.

W starciu narcystycznych bandziorów widać zagubienie polityków zachodnich. Ich lęk przed stanowczością, lęk przed każdym kto wypręży muskuły. Zahukani Europejczycy starają się przekupić Erdogana, żeby wstrzymał napływ uchodźców w dużej mierze przez niego samego spowodowany, a nawet inspirowany. Boją się przedłużenia antyrosyjskich sankcji, choćby za cenę niezależności Ukrainy. Czy można się spodziewać, że wreszcie hukną pięścią w stół w rozmowie z oboma? Choćby po to, żeby uspokoić sytuację w Syrii i na Ukrainie wbrew mrzonkom o imperium czy sułtanacie?

Na to potrzeba rozumu i odwagi. A obu tych cech ze świecą szukać na europejskich salonach.