O ZACHOWANIU PRZY STOLE

Od wczoraj prześladuje mnie piosenka samego mistrza Kaczmarskiego pod powyższym tytułem. Opis suto zakrapianej uczty posłużył mu za alegorię historii Pierwszej Rzeczpospolitej. Stół – ważny mebel w naszym życiu społecznym… nośna metafora…

 

Wiem, są sprawy ważniejsze. Ale to z kim się je i co  współbiesiadnik wyprawia również jest ważne. Nie tylko to, czy na stole jest jedzenie.

 

Poczucie estetyki cierpi szczególnie, gdy w zachowaniu brak konsekwencji – brudne ręce u faceta pijącego „jabola” pod budką z „jabolami” szokują mniej niż u faceta, który właśnie zasiadł w garniturze do stołu  u „Wierzynka”.

Takie właśnie zachowania serwują nam politycy.  Ostatnio szczególnie politycy partii rządzącej z samym prezesem na czele.

 

Ostatni numer z sądownictwem, zaraz po dyplomatycznym majstersztyku z wizytą Trumpa i rewelacyjnych wynikach ekonomicznych za pierwsze półrocze jest właśnie czymś takim. Coś, jakby zaserwować wyśmienitą zupę  i wyszukane drugie danie na eleganckim obrusie i w rodowej zastawie… a na końcu wytrzeć o ten obrus uwalane sosem ręce, wysmarkać się w krawat, splunąć na parkiet i beknąć tak głośno, że dania podejdą gościom do gardła, a ich smak pójdzie w zapomnienie.

 

Nieestetyczne odgłosy przy stole w wykonaniu rządzących mają swoją logikę. Zakłada ona, że część biesiadników, jest tak bezkrytyczna wobec kucharza, że nawet podanie na obiad pomyj nie odbierze im apetytu. Część kucharza tak nienawidzi, że bez względu na jakość dania nazwą je pomyjami, więc przejmować nie ma się czym. Część – ów języczek u restauracyjnej wagi – skoncentruje się na smaku zaserwowanych wcześniej dań, lub negatywnymi wspomnieniami poprzednich kucharzy.

 

Otóż błąd Panie i Panowie z warszawskiej kuchni. Z estetyką jest tak jak z bezpieczeństwem – całość ma wartość najsłabszego ogniwa systemu. To nie smak paru niezłych potraw, jakie udało wam się upichcić pozostaje w pamięci, tylko gromkie bekanie na niektórych obiadach. Jak dla mnie na o jednym za wiele. Dotyczy to zwłaszcza wspomnianej kategorii konsumentów nazwanej „języczkiem u wagi”. Jak choćby niżej podpisany, któremu po wczorajszych osiągnięciach parlamentu do reszty odeszła ochota do biesiadowania przy Waszym stole. Nie znaczy to, że dosiadam się do innego – wolę jeść sam. Jeśli za dwa lata wasza restauracja zbankrutuje, to miejcie pretensje do siebie. Poprzednicy też myśleli, że ich zakład zbiorowego żywienia jest bezkonkurencyjny…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *