O ZACHOWANIU PRZY STOLE

Od wczoraj prześladuje mnie piosenka samego mistrza Kaczmarskiego pod powyższym tytułem. Opis suto zakrapianej uczty posłużył mu za alegorię historii Pierwszej Rzeczpospolitej. Stół – ważny mebel w naszym życiu społecznym… nośna metafora…

 

Wiem, są sprawy ważniejsze. Ale to z kim się je i co  współbiesiadnik wyprawia również jest ważne. Nie tylko to, czy na stole jest jedzenie.

 

Poczucie estetyki cierpi szczególnie, gdy w zachowaniu brak konsekwencji – brudne ręce u faceta pijącego „jabola” pod budką z „jabolami” szokują mniej niż u faceta, który właśnie zasiadł w garniturze do stołu  u „Wierzynka”.

Takie właśnie zachowania serwują nam politycy.  Ostatnio szczególnie politycy partii rządzącej z samym prezesem na czele.

 

Ostatni numer z sądownictwem, zaraz po dyplomatycznym majstersztyku z wizytą Trumpa i rewelacyjnych wynikach ekonomicznych za pierwsze półrocze jest właśnie czymś takim. Coś, jakby zaserwować wyśmienitą zupę  i wyszukane drugie danie na eleganckim obrusie i w rodowej zastawie… a na końcu wytrzeć o ten obrus uwalane sosem ręce, wysmarkać się w krawat, splunąć na parkiet i beknąć tak głośno, że dania podejdą gościom do gardła, a ich smak pójdzie w zapomnienie.

 

Nieestetyczne odgłosy przy stole w wykonaniu rządzących mają swoją logikę. Zakłada ona, że część biesiadników, jest tak bezkrytyczna wobec kucharza, że nawet podanie na obiad pomyj nie odbierze im apetytu. Część kucharza tak nienawidzi, że bez względu na jakość dania nazwą je pomyjami, więc przejmować nie ma się czym. Część – ów języczek u restauracyjnej wagi – skoncentruje się na smaku zaserwowanych wcześniej dań, lub negatywnymi wspomnieniami poprzednich kucharzy.

 

Otóż błąd Panie i Panowie z warszawskiej kuchni. Z estetyką jest tak jak z bezpieczeństwem – całość ma wartość najsłabszego ogniwa systemu. To nie smak paru niezłych potraw, jakie udało wam się upichcić pozostaje w pamięci, tylko gromkie bekanie na niektórych obiadach. Jak dla mnie na o jednym za wiele. Dotyczy to zwłaszcza wspomnianej kategorii konsumentów nazwanej „języczkiem u wagi”. Jak choćby niżej podpisany, któremu po wczorajszych osiągnięciach parlamentu do reszty odeszła ochota do biesiadowania przy Waszym stole. Nie znaczy to, że dosiadam się do innego – wolę jeść sam. Jeśli za dwa lata wasza restauracja zbankrutuje, to miejcie pretensje do siebie. Poprzednicy też myśleli, że ich zakład zbiorowego żywienia jest bezkonkurencyjny…

TAJNA BROŃ PIS

W 2014 roku pozwoliłem sobie ujawnić „tajną broń PO”. Jak ktoś nie wierzy i ma za dużo czasu to może sprawdzić:

http://pawelleski.blog.tygodnikpowszechny.pl/2014/11/10/tajna-bron-platformy/

Jako ową tajną broń ujawniłem prezesa Kaczyńskiego, który swoimi występami podarował PO kolejną kadencję bez względu na to co owo PO robiło. Dzięki niemu i jego przybocznym „nie miało z kim przegrać”.

Jak widać obecna opozycja uczy się od ówcześnie opozycyjnego PIS-u i otwiera przed nim perspektywę kolejnej kadencji. Tym razem PIS nie ma z kim przegrać.

Tajna broń PIS to głównie opozycja. Choćby legenda wrocławskiej Solidarności Władysław Frasyniuk. Wszak żenujący był jego happening polegający na prowokowaniu wyjątkowo kulturalnego i opanowanego policjanta w stopniu starszego posterunkowego, traktującego Frasyniuka tak, jak się traktuje rozkapryszone dziecko. Przypuszczam, że większość policjantów nie popiera PIS. Są więc potencjalnymi wyborcami Frasyniuka i spółki. Ci co oglądali jak Frasyniuk odnosił się do policjanta i jak pokazywał konieczność traktowania go inaczej niż innych obywateli, już pewnie nie są jego wyborcami.  Ot jeden z wielu przykładów opozycjonistów jako tajnej broni PIS. Przykładów jest oczywiście więcej. Twarze KOD- u takie, jak fakturowy cwaniak, muzyk skazany za handel żywym towarem czy były członek WRON nie pomagają opozycji – PIS-owi z pewnością tak. Histeria z jaką zareagowano na wygraną PIS też owemu PIS-owi pomogła. Kiedy rok temu Wyborcza publikowała obciachowy poradnik „Co zrobić jak przyjdą po ciebie o szóstej rano”, a na zachodzie udzielano wywiadów o państwie policyjnym i zakazie dystrybucji niepisowskich filmów przepowiadałem, że będzie jak  w starej bajce o pasterzu, który dla żartu wołał, że wilki atakują stado na pastwisku. Za pierwszym razem zleciała się cała wieś. Za drugim pół wsi. Za trzecim nikt nie przybiegł – akurat wtedy, kiedy wilki rzeczywiście nadciągnęły. Obecny brak reakcji w sondażach na cokolwiek, nawet na symptomy tego, że wilk jednak się skrada, są dzięki bajce zrozumiałe.

Jeszcze parę porównań Kaczyńskiego z Erdoganem (przypomnę: tysiące ludzi, w tym sędziowie i dziennikarze za kratkami, setki zastrzelonych obywateli) a PIS już niczego nie będzie musiał się obawiać.

Może warto czytać bajki, zamiast opowiadać bajki. Inaczej opozycja nadal będzie tajną bronią PIS.

Choć trudno też nie zauważyć, że zachowania polityków PIS świadczą wyraźnie, że jednak starają się przezwyciężyć dokonania opozycji i nadal działają jako tajna broń PO… Wystarczy popatrzeć na rządową TV. Ciekawe kto kogo pokona. Czy wygrają opozycjoniści i uda im się skompromitować tak, żeby PIS porządził jeszcze jedną kadencję, czy wygrają politycy PIS i uda im się przed wyborami do reszty skompromitować własny rząd. Ech ciekawa ta nasza polityka. Jak jakiś mecz, ale z regułami rodem z Alicji w Krainie Czarów. Szkoda tylko uciekającego czasu i niewykorzystanych możliwości, jakie daje krajowi historia… Ale co tam, ważny mecz, choćby absurdalny. Zwłaszcza że poziom dyskusji z obu stron przypomina kibolskie przyśpiewki.

KUBUŚ PUCHATEK – REAKTYWACJA

Niedawno, niedawno temu był sobie Stumilowy Las. Zmienił się od czasu, kiedy Kubuś Puchatek był bohaterem bajek. Stary Miś poszedł na emeryturę, natomiast karierę robił Młody Miś, zwany również „Misiewiczem”. Młody Miś odziedziczył po Starym Misiu mały rozumek i skłonność do popijania „małego conieco”, zwłaszcza kiedy wyjeżdżał na delegację. Karierę robił u Prosiaczka, który od dawnych czasów zmężniał i nikt nie śmiał wchodzić mu w drogę. Prosiaczek odpowiadał za bezpieczeństwo Stumilowego Lasu. Miał jasno określone odpowiedzi na jasno sprecyzowane pytania zanim sprawdził czy odpowiadają one rzeczywistości i skłonność do dobierania współpracowników z doświadczeniem odwrotnie proporcjonalnym do wysokości zajmowanego stanowiska. Obie tendencje przejął od swoich zaciętych wrogów, którzy rządzili lasem w poprzednich latach i których wówczas za to krytykował. Obecnie oni krytykowali za to samo jego.  Można powiedzieć, że w pewnym sensie w Stumilowym Lesie ciągłość systemowa trwała w najlepsze, choć na poziomie retorycznym Prosiaczek i jego drużyna jawili się jako przeciwieństwo poprzedniej ekipy Krewnych i Znajomych Królika.

Krewni i Znajomi Królika przez osiem poprzednich lat zadłużyli las bezprecedensowo i pod hasłem „Lasu w Budowie” rozbudowali nad podziw skutecznie kreatywną księgowość i stanowiska w administracji, jako, że Krewnych było bardzo dużo i każdy musiał mieć fuchę. W pewnym momencie o mało nie sprzedali całego Stumilowego Lasu. Zapewne dlatego przerażeni mieszkańcy oddali władzę Prosiaczkowi i spółce wpadając niejako z deszczu pod rynnę.

Gwoli historycznej ścisłości należy nadmienić, że sam Królik nie brał udziału w inicjatywach Krewnych i Znajomych. Nieco wcześniej założył w centrum lasu restaurację „Pędzący Królik” (zawsze gdzieś się śpieszył), której kuchnia na tyle zaszkodziła paru ważnym Krewnym, że reszta obchodziła Królika z daleka. Podobnie unikano Sowy i jej przyjaciół. Dobrze natomiast miał się Kłapouchy, który w ostatnich latach doczekał się wielu pobratymców w Stumilowym Lesie. Obsadzili oni leśne media i z uporem właściwym swojemu gatunkowi wybierali fragmenty faktów starając się nie tylko oczernić strony konfliktu (te kompromitowały się skutecznie same własnym zachowaniem) ile wybielić jedną ze stron w zależności od swoich sympatii. Jednocześnie Tygrysek zaczął brykać ze zdwojoną siłą zwłaszcza na Prosiaczka pociągając za sobą wielu statecznych mieszkańców, jednak wkrótce okazało się, że tygrysy lubią wszystko oprócz przejrzystego gospodarowania składkami i nawet Maleństwo zaczęło się na niego boczyć, a Kangurzyca odmówiła kolejnej porcji tranu i zagroziła, że jak zacznie o wszystkim mówić to Tygryskowi w pięty pójdzie.

Pozostaje zapytać co z Krzysiem? Krzysiu dawno opuścił las, bo dorósł i szkoda mu było czasu na infantylne zabawy pluszaków. W Stumilowym Lesie pozostali oczywiście mieszkańcy, którzy albo nie mieli gdzie odejść, albo nie chcieli, bo kochali las. Może nawet żyli długo i szczęśliwie… ale głosować żywcem nie mieli na kogo…

JEDNAK „PO-PIS” ?

Dawno, dawno temu, zanim zaczęła się wojna na śmierć i życie, zanim okrzyknięto się zdrajcami i oszołomami en bloc (to ważne bo jednostki wypełniające definicję owych terminów zapewne by się znalazły), zanim zaczęto „dożynać watahy”, niszczyć „drugie sorty”, urządzać zadymy na cmentarzach, czy ataki na ulicach, a więc dawno, dawno temu,  był sobie termin „PO-PIS”.

Termin ów używany był przez naiwnych, którzy wierzyli w jakieś brednie o interesie państwa, wspólnej przeszłości ważniejszej niż obecne różnice – ot takie bajki dla dorosłych  dzieci, do których niżej podpisany (oj głupi, głupi) się zaliczał. Ponieważ był w niezłym towarzystwie, to jednak nie bardzo się tej naiwności wstydzi. No może trochę…

„PO-PIS” od lat jest terminem egzotycznym bardziej niż Atlantyda i wydaje się bardziej przebrzmiały niż gród w Biskupinie. A tu jednak… „PO-PIS” reaktywacja!

Może nie dosłownie – nie będzie koalicji Schetyny z Kaczyńskim, a Drzewiecki nie obejmie wspólnego resortu z Jackiewiczem. Ale w pewnym sensie. Sens ów polega na coraz mniejszej różnicy. Przynajmniej z punktu widzenia tych naiwnych, którzy liczyli na to, że zmienią się nie nazwiska i retoryka, lecz esencja. Tych naiwnych, którzy głos oddali na zmianę nie dlatego, że stanowią elektorat PIS-u, tylko tych, którzy zacisnęli zęby i stwierdzili, że niedostatki intelektualne otoczenia Kaczyńskiego (z wyjątkami) i nawet apele smoleńskie na Polu Grunwaldzkim są ceną do zapłacenia za zakończenie powszechnego złodziejstwa i rozmontowywania bezpieczeństwa państwa, czyli wszystkiego tego co nazywamy „Państwem Teoretycznym”. W końcu za pierwszego PIS-u skala złodziejstwa w Polsce zmniejszyła się w znaczący sposób i kilka pozytywnych zmian wprowadzono (choćby gazoport)…

Oj naiwni głupcy – niektórzy podwójni – bo w 2007 roku uwierzyli w PO, a w 2015 w usunięcie praktyk PO (jak choćby niżej podpisany)!

Masowa kontrola służb w spółkach Skarbu Państwa cieszyłaby może, tylko troszkę późno się zaczyna. O tym co się dzieje w tych spółkach wcześniej nie wiedziano? Nie zamierzam dołączać do chóru wzdychającego do poprzedniej władzy przygotowującej ustawy na cmentarzu, czy ekspresowo głosującej zmiany w prawie przygotowane przez adwokata pewnego milionera, który dzięki nim nie stanął przed sądem mimo, że akt oskarżenia był już gotów. Do władzy próbującej zmienić w nocy konstytucję, żeby sprzedać lasy państwowe i w ogóle do afer średnio co miesiąc. Nagła aktywność „obrońców demokracji”, którzy wówczas siedzieli cicho raczej nie przekonuje mnie. Ale miało być inaczej. Nie choćby tak, jak w jednej ze spółek PKP, gdzie szef biura bezpieczeństwa, którego innowacyjne pomysły powodujące milionowe oszczędności dzięki ukróceniu kradzieży, w ramach „dobrej zmiany” został zastąpiony dwoma dyrektorami z wątpliwymi kwalifikacjami (doświadczenie jednego z nich opiera się na tym, że ma brata prokuratora – ale za to wysoko ustawionego). Dwoma, bo biuro podzielono… obaj chcieli być dyrektorami… A w PKP właśnie wyrasta ogromna afera korupcyjna. Jednocześnie nowosądecki hochsztapler – były szef Solidarności, który do „głodowej” związkowej pensji w wysokości 20 tysięcy złotych musiał dokraść kolejne dziesiątki tysięcy rozpisując się jako fikcyjny maszynista na weekendowe przejazdy lokomotywą, za co skazał go  sąd, teraz wraca do spółki, którą okradał, wycinając z pracy świadków, którzy przeciwko niemu zeznawali. Ot prawo silniejszego… i sprawiedliwość również silniejszego…

Bagno w spółkach Skarbu Państwa wygląda „rozwojowo” w rok po zmianie. Ten sam gnój tylko muchy inne – jak powiedział pewien krakowski piosenkarz.

Bezpieczeństwo państwa też pozostawia wiele do życzenia. Zaczynało się nieźle – ważne umowy z Ukrainą, Obrona Terytorialna… Ale najlepszą ideę można zniszczyć. Obronę Terytorialną tworzą między innymi tuby rosyjskiej propagandy, personalnie związane z jedną z rosyjskich spółek zamieszanych w warszawską aferę reprywatyzacyjną. Powiązania te sięgają poziomu MON i Sztabu Generalnego. Trudno się dziwić, że do OT wchodzą „patrioci” choćby z Falangi, znanej z agresywnej prorosyjskiej retoryki.  OT otwarta jest dla towarzystwa szkolonego na obozach pod Moskwą.  Nasuwa się pytanie czy tworzymy polską OT czy raczej przyszłe „zielone ludziki”. Wygoleni na łyso chłopcy związani z partią „Zmiana” Mateusza P., siedzącego w areszcie śledczym z podejrzeniem szpiegostwa służą już również w profesjonalnych jednostkach wojskowych – choćby w Gliwicach. Ci sami chłopcy, którzy jeszcze niedawno chwalili się na Facebooku związkami z DNR-em i… Hezbollahem. Gdzie ochrona kontrwywiadowcza? Pewnie nigdzie, skoro od roku służby działają na ćwierć gwizdka, a szefowie do dzisiaj nie mogą się zdecydować z kim chcą pracować, a z kim nie, utrzymując bez końca „stanowiska tymczasowe” osób którym nie do końca ufają, ale na których nic nie mają.

Królujący za PO model otaczania się przez decydentów ludźmi typu BMW (bierny, mierny ale wierny), brzuchatymi pułkownikami, którzy nigdy nie pracowali w terenie i ich jedynymi kwalifikacjami jest robienie kariery, ma się świetnie. Nie zmieniło się wiele w „teoretycznych” służbach. Nie zmienił się absurdalny system dowodzenia wprowadzony przez poprzednią ekipę powodujący, że wojsko składa się głównie ze zwalczających się konkurencyjnych dowództw i najliczniejszych procentowo generałów na świecie.

Zmieniła się retoryka. Tylko czy dla zmiany retoryki warto było fatygować się do głosowania? „PO-PIS” wiecznie żywy! „Popisali się” jedni i drudzy…

Miało być dobrze, wyszło jak zwykle…

KANCIASTY KANT KONTUZJI KONSTYTUCJI

Fajnie było widzieć flagi i ładną pogodę 3 maja. Może inaczej – fajnie BY było, gdyby choć na chwilę nastąpił rozejm w wojnie domowej. Ale nie nastąpił i nie wygląda, żeby miał nastąpić. Nie będę się niczym oburzał.  Również wygwizdaniem na stadionie prezydenta, na którego sam głosowałem. Gdyby nie ekscesy z wygwizdywaniem poprzednika na cmentarzu w rocznicę Powstania Warszawskiego to może bym się oburzył… Zresztą w ogóle nie chce mi się na nic oburzać. Wszyscy się oburzają z prawa i zlewa, w Polsce i za granicą. Zaczyna to być nudne

. Postanowiłem być konstruktywny i wymyśliłem rozwiązanie konfliktu konstytucyjnego w Polsce. Natchnął mnie Ryszard Petru komunikując, że 7 maja opozycja spotka się na marszu broniącym przed PIS… Konstytucji 3 Maja. Sam autor szybko zdjął wpis z Twittera, ale niesłusznie – w tym jest metoda.

Rozwijając pomysł – czemu ma być jedna konstytucja? W końcu miał być pluralizm. Niech będzie ta z 1791 – zarezerwujmy ją dla Nowoczesnej jako dla prekursora nowego polskiego konstytucjonalizmu. Rysiek (a jak wiadomo „wszystkie Ryśki to porządne chłopaki”) będzie jej sobie bronił do spółki z Kijowskim od rana do wieczora a nawet prowadził głodówkę z przerwami jedynie na posiłki.  PIS dostanie kwietniową – silne państwo, silny przywódca. Marcowa zostanie dla PO, a Mała Konstytucja dostanie się Peeselowi jako najmniejszej partii w Parlamencie. Peerelowskie potworki łącznie z Manifestem PKWN rozdzielimy pomiędzy SLD, Razem i ewentualnie partię Zmiana. Pozostaje do rozstrzygnięcia, której z partii lewicowych przypadnie rola „siły przewodniej”. Można pomyśleć, żeby była przechodnia, przy proporcjonalności czasu przydzielenia „przewodniości” do sondaży partii (system proporcjonalny) albo po równo – w końcu to partie socjalistyczne (system nieproporcjonalny ale zgodny z zasadą sprawiedliwości partyjnej i parytetami). Jeszcze Korwinowi przydzielimy Statuty Wiślickie i Konstytucję Nihil Novi, a grupkom „prawdziwych Polaków” z różnych oenerów damy flaszkę i salę bokserską bo z czytaniem i tak mogą mieć problemy, a salę zawsze można nazwać „Konstytucją”.

Taki system będzie w pełni demokratyczny – przecież nie po to walczyliśmy o demokrację, żeby nie można sobie wybrać konstytucji. Nawet Bruksela i Luksemburg powinny to docenić. Nawet prasa zachodnia byle im dobrze wytłumaczyć (bo na razie o sytuacji w Polsce wiedzą tyle co KOD napłakał).  W dodatku każda partia wybierze sobie Trybunał odpowiedni dla swojej konstytucji i wszyscy będą zadowoleni. Zwłaszcza, że wszyscy będą działać zgodnie ze swoją konstytucją, co na pewno każdy ze „swoich” Trybunałów chętnie potwierdzi.

No. Teraz kiedy uratowałem Ojczyznę chwilę odpocznę, kawkę wypije… Może zostanę politykiem?  Poziom już chyba osiągnąłem odpowiedni…

Królowe absurdu

Dawno nic mnie nie ucieszyło tak jak hasło ostatniej „manify”. Jako miłośnik humoru absurdalnego nie mogłem nie docenić konstrukcji brzmiącej „aborcja w obronie życia”.

Może trochę drastyczne, ale za to poziom surrealizmu rekompensuje negatywne odczucia estetyczne związane z tematyką hasła.

Świetny pomysł – pomyślałem. Pójdę tą drogą…

Poszedłem do kolegi z flaszką i już od progu krzyknąłem: „Seta w obronie trzeźwości”.

Kupił hasło – znaczy też ideowiec, zupełnie jak uczestniczki „manify”. Wypiliśmy „dla trzeźwości” zero siedem.

Już miałem dzwonić po taksówkę i wrócić po samochód następnego dnia…

– Ale co tam – pomyślałem – Jak ideowo , to ideowo!

Siadłem w auto z hasłem „prowadzenie po pijaku w obronie bezpieczeństwa”.

Usiłowałem wytłumaczyć to facetom z drogówki. Niestety nie zrozumieli. Już myślałem, że koniec ze mną, a tu nagle okazało się, że też są ideowcami.

– „Łapówka w obronie uczciwości!” – powiedziałem podając dwieście zeta. Przyjęli. A mówi się, że policjanci są bezdusznymi biurokratami…

Koleżanki z „manify” natchnęły mnie tak, że postanowiłem organizować następne akcje.

„Befsztyk w obronie wegetarianizmu”

„Analfabetyzm w obronie literatury”

„Bomba w obronie budowy”

„Trąba w obronie ciszy”

„Wojna w obronie pokoju” – najlepiej gościnnego… A jak Goscinny to Mikołajek… a jak Mikołajki to Mazury… a jak mazur, to również polonez… a jak polonez, to milicja…

Trochę absurdalnie? Słusznie – tylko „trochę” w porównaniu do pomysłów pań i panów z warszawskiej „manify”…

STARCIE PSYCHOPATÓW

Zestrzelenie rosyjskiego samolotu przez armię turecką ma co najmniej dwa wymiary – jeden natowski, drugi bezpośrednio z interesami sojuszu niezwiązany.

Kontekst natowski jest prosty – odkąd Putin rozpętał na Ukrainie wojnę, samoloty rosyjskie stale naruszają przestrzeń powietrzną krajów NATO. Samoloty sojuszu podrywają się i towarzyszą intruzom, dyplomaci protestują i tyle. Turcy najpierw zaprotestowali i ostrzegli, że następnym razem będą strzelać. I strzelili.

 

Aspekt nie związany bezpośrednio z interesami sojuszu to zbliżona osobowość przywódców Rosji i Turcji przy całkowicie odmiennych interesach. Interesach, dodajmy, z obu stron niebezpiecznych i z obu stron sprzecznych z interesem NATO, którego Turcja jest członkiem.

 

Zarówno Putin, jak Erdogan myślą o przyszłości patrząc na wzorce z przeszłości. Dyktatorski i skłonny do puszenia się Putin odbudowuje imperium z elementami carskimi i bolszewickimi. Dyktatorski i skłonny do puszenia się Erdogan widzi się nowym sułtanem i marzy o odbudowie otomańskiego imperium. Obaj nie przebierają w środkach i nie cofają się przed zbrodnią. Obaj są nieobliczalni.

 

Erdogan walcząc o głosy radykalnych wyborców i kontrolę nad chaosem w Syrii nie wahał się popełnić zbrodni wojennych na własnych obywatelach narodowości kurdyjskiej, zaatakować terytorium sąsiedniego Iraku i wspierać terrorystów z Al-Nusra (część Al-Kaidy). Sojusz z tym ostatnim przedstawiał jednocześnie jako walkę z Państwem Islamskim. W zasadzie słusznie, gdyż owe dwie terrorystyczne organizacje są konkurencyjne i zwalczają się nawzajem. Niemniej z walką z terroryzmem miało to niewiele wspólnego. Zwłaszcza, że jednocześnie tureckie wojsko atakowało oddziały kurdyjskie – jedyne skutecznie zwalczające terrorystów w Syrii.

 

Putin przyzwyczajony do tego, że wszystko mu wolno i nikt nie zareaguje na coraz śmielsze prowokacje tym razem się przeliczył. Stracił samolot, stracił twarz na „rynku wewnętrznym”. Nie wiadomo co będzie z dalszym zbliżeniem z Francją i resztą Zachodu, które dzięki wykorzystaniu zachodniego strachu przed terrorem pozwolić mu miało na powrót na salony i wolną rękę do dalszej wojny na Ukrainie (zintensyfikowany ostrzał rosyjski w Donbasie już się odbywa od jakiegoś czasu).

Z pewnością już obmyśla zemstę.

W starciu narcystycznych bandziorów widać zagubienie polityków zachodnich. Ich lęk przed stanowczością, lęk przed każdym kto wypręży muskuły. Zahukani Europejczycy starają się przekupić Erdogana, żeby wstrzymał napływ uchodźców w dużej mierze przez niego samego spowodowany, a nawet inspirowany. Boją się przedłużenia antyrosyjskich sankcji, choćby za cenę niezależności Ukrainy. Czy można się spodziewać, że wreszcie hukną pięścią w stół w rozmowie z oboma? Choćby po to, żeby uspokoić sytuację w Syrii i na Ukrainie wbrew mrzonkom o imperium czy sułtanacie?

Na to potrzeba rozumu i odwagi. A obu tych cech ze świecą szukać na europejskich salonach.

BYŁA AFERA – JEST CISZA

Cieszę się, że Jerzy Zelnik postanowił skarżyć Kubę Wojewódzkiego. Choć boję się, że przy pobłażliwości polskich sądów dla celebrytów znowu Wojewódzkiemu się upiecze. Tak jak w przypadku polskiej flagi w psich odchodach czy „żartów” na temat gwałcenia Ukrainek. Po tych dwóch „prowokacjach” (jak zwykło się u nas nazywać zwykłe chamstwo) nie tylko nikt go nie skazał, ale rzesze osób podają mu rękę, oglądają, przyjmują zaproszenia do jego ćwierćinteligenckich programów. No, Duda nie przyjął. Całe szczęście – nie dlatego, że jest Dudą, ale dlatego, że jest Prezydentem i dbanie o minimum powagi dla sprawowanego przez siebie urzędu jest jego obowiązkiem.

Ale wracając do sprawy Zelnika. Z dużym, ale miłym zaskoczeniem przeczytałem artykuł Grzegorza Sroczyńskiego w Gazecie Wyborczej Przeprosić Zelnika (http://wyborcza.pl/1,75968,19041688,przeprosic-zelnika.html?disableRedirects=true). Przynajmniej jeden zachował się przyzwoicie i nie dołączył do stada moralnych autorytetów idących w zawody kto wymyśli gorszy epitet pod adresem aktora. Najczęściej padało słowo „donosiciel”.

Pojawiały się przymiotnik „stalinowski”, „ubecki”. „Jerzy Zelnik w pełnej krasie szmaciarstwa i kapusiostwa” – pisał Zbigniew Hołdys. „Nie wiem, czy to głupota, brak inteligencji, zazdrość zawodowa czy jednak opętanie. A może jednak posunięte do granic cwaniactwo” – pisała pewna dziennikarka. To tylko próbka. Na wyżyny analizy politologiczno-psychologicznej wzniosły się damy, które w TV znęcały się nad aktorem, którego głównym przewinieniem jest to, że nie podziela poglądów politycznych większości show-biznesu. Może jeszcze to, że jest praktykującym katolikiem. No może jeszcze to, że zamiast uganiać się za dziewczynami, czy chłopcami i robić z tego lans przeżył większość dorosłego życia ze swoją żoną. W telewizyjnym „seansie nienawiści” padło nawet odkrywcze stwierdzenie o tym jak to wspierana przez Zelnika partia robi z ludzi donosicieli.

Bardziej niż na wyrok sądu czekam na to, czy ci wszyscy ludzie zdobędą się na „przepraszam”. Wątpię…

Z WARSZAWY DO KRAKOWA

Cieszę się gdy mogę dojechać szybko z Warszawy do Krakowa. Cieszę się, gdy pociąg jest czysty i cichy. Choć w kraju od 10 lat będącym członkiem Unii Europejskiej czystość powinna być tak normalna, że niemal niezauważalna. Cieszę się, że jadę pustym niemal pociągiem i mogę wybierać miejsca nie patrząc na to, co mam napisane na bilecie…

No właśnie – przy tym ostatnim mam już mieszane uczucia. Bo puste jest z jakiegoś powodu. Pewnie z tego, że bilet kosztuje 150 złotych, a na jadące 20 minut dłużej TLK tylko 60. Co prawda w ramach promocji Pendolino drastycznie ograniczono ilość kursujących TLK, ale to raczej powoduje tłok w tych ostatnich niż likwiduje pustki w Pendolino.  Bilet jest drogi, bo też inwestycja była droga. Cóż wybrano wg kryterium ceny, jak to w przetargach, tylko z jednym ale. Odnoszę wrażenie, że kierowano się wysokością ceny, a nie jej niskością. Wszak można było kupić polskie pociągi, których jakość nie ustępuje chyba europejskim standardom, skoro kupują je… Niemcy. Na dodatek pieniądze zostałyby w kraju, a rząd dołożyłby sporą cegiełkę do walki z bezrobociem. Kupiliśmy włoskie – droższe ale za to ładnie z włoska brzmiące. Nasuwające skojarzenia nie tylko z włoskim językiem ale również aferami korupcyjnymi, jakie były udziałem producenta. Czy to również aspekt naszego wyboru? To może kiedyś ktoś wyjaśni ale podejrzenia nasuwają się same, bo sensu inwestycji nie widać. Absurdalne tłumaczenie, że „Pendolino może jechać szybciej” raczej wskazuje na maskowanie braku argumentów. Bo NIE MOŻE po polskich torach i jeszcze długo nie będzie mogło.

Natomiast za 150 złotych w jedną stronę (to fakt, że z klimatyzacją, co przy obecnym klimacie jest atutem, który jednak stare polskie ekspresy też miały) mam ładnie wyglądający wagon z najmniej wygodnymi siedzeniami jakie spotkałem w polskich pociągach. Kubełkowe siedzenia wyprofilowane są w pozycję niemal embrionalną ustawiającą plecy w pozycji półkolistej – odwrotnej do naturalnych krzywizn zdrowego kręgosłupa. Jeśli ktoś już i tak z plecami ma problemy, to po ponad dwóch godzinach w Pendolino ich pogorszenie ma gwarantowane. Zwłaszcza jak posiedzi przy komputerze do którego na stolik z siedzenia ciężko sięgnąć nie prostując rąk przy wygiętych jednocześnie w pałąk plecach. Wyciągniętych do komputera, w którym miał nadzieję znaleźć Internet. Ale nie! Za 150 złotych Internetu nie będzie! W zamian za to zainwestowano spore pieniądze w 13 monitorów na wagon, które serwują idiotyczne filmiki bez głosu (na szczęście) i pasjonujące hasła w stylu :”Czy wiesz ilu pasażerów patrzy teraz w monitor?”

Nie wiem proszę państwa i mało mnie to obchodzi. Natomiast zasięg Internetu i komfortowa jazda, w dodatku za mniejsze pieniądze i przy jednoczesnym tworzeniu miejsc pracy w Polsce obchodzi mnie bardzo. Jak pewnie nas wszystkich. Może za wyjątkiem tych, którzy na tej absurdalnej decyzji zarobili.

MIĘDZY RACJĄ A CHAMSTWEM

Są chwile, w których to, kto ma rację nie jest najistotniejsze. Niemal nigdy nie jest to jedynym istotnym czynnikiem. Cywilizowane zachowanie, czy mówiąc dosadnie brak zachowań chamskich też jest istotne. Waga zachowania wzrasta w sytuacjach i miejscach szczególnych, wymagających okazania ponadprzeciętnej kultury i powagi. Są takie miejsca, są takie rocznice…

Mam skrajnie negatywną opinię o ustępującym Prezydencie. Mam skrajnie negatywną opinię, o ustępującej (mam nadzieję) Pani Premier. Niemniej gwizdanie na ich widok na cmentarzu, na powstańczych uroczystościach uważam za zwykłe chamstwo i dowód, że gwiżdżący są zwykłymi smarkaczami – nawet jeśli są w podeszłym wieku.

Czuję zażenowanie, kiedy politycy starają się takie chamstwo usprawiedliwiać, zamiast nazwać po imieniu. Albo – jeszcze lepiej – zamiast starać się do niego nie dopuścić. To nie pan „Y”, czy pani „X” składają kwiaty – to Premier, Prezydent , Minister wybrany przez Naród w demokratycznych wyborach. Też mierzi mnie ten wybór – ale należy go uszanować i stronić od chamstwa.

Próba usprawiedliwiania chamstwa i agresji (wiem, wiem po drugiej stronie też jest agresja, ale co to ma do rzeczy) w wykonaniu polityka środowiska konserwatywnego jest szokujące znacznie bardziej niż w innym środowisku. W końcu gdzie jak nie wśród konserwatystów oczekiwać należy dobrego wychowania i szacunku dla miejsc pamięci? A tu proszę – profesor Gliński stara się usprawiedliwiać zachowanie profanujące cmentarz i Powstanie Warszawskie. Gdyby to był Palikot… ktoś ze środowiska Krytyki Politycznej… wtedy bym się nie dziwił.

Panie i Panowie – dajcie na wstrzymanie. Przecież Wasza popularność wyrosła na walce z chamstwem i przemocą – dawno, dawno temu, kiedy Lech Kaczyński był jeszcze Ministrem Sprawiedliwości. Nie zapominajcie o tym.

Zresztą poza aspektem moralnym i estetycznym jest jeden bardzo praktyczny – każdy taki numer ogranicza ilość osób, które wcześniej niezdecydowane, mogą zostać Waszymi wyborcami. Liczenie na to, że wszyscy zacisną zęby i powiedzą : „bez względu na cokolwiek trzeba ratować kraj i głosować na kogokolwiek byle przeciw PO” może zawieść. Wielu ludziom paskudne obrazki zapadają w pamięć bardziej niż dziesiątki bezkarnych afer, „gierkowskie” długi, niszczenie wojska i służb, kumoterstwo i to wszystko czego tak mamy dość w naszym „państwie teoretycznym”.

Przemyślcie to proszę. „Estetyka może być pomocna w życiu” – jak pisał Herbert. Ja Wam naprawdę dobrze życzę…